Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 marca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Maciej Żytowiecki
‹Powrót ojca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Żytowiecki
TytułPowrót ojca
OpisAutor pisze o sobie:
Kolekcjoner opowieści, wytrwały słuchacz i obserwator. Kocha literaturę, marzenia i życie – chociaż to trudna miłość. Lubi dobrą muzykę, dobre i niedobre filmy, przygody i ciekawe podróże oraz kilka innych rzeczy, które wolał przemilczeć. Publikował do tej pory w SFFiH, Esensji, Fahrenheicie oraz w zbiorach opowiadań „Nawiedziny” i „Białe szepty”. Jego debiutancka powieść „Mój prywatny demon” ukazała się latem 2011 roku nakładem wydawnictwa Ifryt. Blog autorski: maciejzytowiecki.wordpress.com.
GatunekSF

Powrót ojca

1 2 3 »
Mężczyzna wbił nóż w podłogę i wstał. Podszedł do stołu pełnego klamotów, a po chwili wrócił ze sfatygowanym blaszanym kubkiem pełnym wody. Piła łapczywie. Kiedy ponownie usiadł na swoim krześle, natychmiast skręcił kolejnego papierosa i nie odezwał się, zanim nie spalił połowy.

Maciej Żytowiecki

Powrót ojca

Mężczyzna wbił nóż w podłogę i wstał. Podszedł do stołu pełnego klamotów, a po chwili wrócił ze sfatygowanym blaszanym kubkiem pełnym wody. Piła łapczywie. Kiedy ponownie usiadł na swoim krześle, natychmiast skręcił kolejnego papierosa i nie odezwał się, zanim nie spalił połowy.

Maciej Żytowiecki
‹Powrót ojca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Żytowiecki
TytułPowrót ojca
OpisAutor pisze o sobie:
Kolekcjoner opowieści, wytrwały słuchacz i obserwator. Kocha literaturę, marzenia i życie – chociaż to trudna miłość. Lubi dobrą muzykę, dobre i niedobre filmy, przygody i ciekawe podróże oraz kilka innych rzeczy, które wolał przemilczeć. Publikował do tej pory w SFFiH, Esensji, Fahrenheicie oraz w zbiorach opowiadań „Nawiedziny” i „Białe szepty”. Jego debiutancka powieść „Mój prywatny demon” ukazała się latem 2011 roku nakładem wydawnictwa Ifryt. Blog autorski: maciejzytowiecki.wordpress.com.
GatunekSF
Zielone bicze smagały twarz i dłonie. Potknęła się o wystający korzeń i upadła, boleśnie rozbijając kolano. Gdzieś z tyłu dosłyszała trzask łamanej gałęzi – to dodało jej sił.
Wyrwała się plątaninie korzeni i zwiędłych liści, rozszarpując przy tym podeszwę buta. Złapała naprężony brzuch. Skóra była naciągnięta, jakby miała zaraz pęknąć.
Kobieta poczuła kolejny skurcz. Jej czas był blisko.
• • •
Ciężkie pyski hybrydowych zwierząt przypatrywały się czarnymi oczyma. Straszyły porożami przypominającymi konary pradawnych drzew, sękate i zmurszałe; straszyły zębami wielkimi jak rzeźnickie noże albo olbrzymie hufnale. Mimo że łby przybito do ściany, w świetle zwisającej z sufitu olbrzymiej żarówki wyglądały, jakby miały zaraz ożyć.
Siedziała na krześle. Grube pęta mocno trzymały dłonie i stopy. Wyciągnęła głowę i ujrzała, że jej nogi są sine, a jedynym, co okrywało nagość była jakaś szmata, opinająca biodra. Zimno wdarło się chłodnymi palcami do pochwy i kobieta zadrżała.
Moje dziecko!
Brzuch nie sterczał, brzuch zwiotczał jak przebita piłka – zmieniony w pojedynczą fałdę skóry, lał się na szczyty ud. Rozpacz ścisnęła jej gardło, niemal fizyczny ból przydusił pierś i łzy popłynęły ciurkiem na policzki, na brodę, na piersi.
• • •
Nie wiedziała, jak wiele czasu minęło. Mogły to być godziny albo dni. Wszystkie łzy wyschły, a smutek zmienił się w ciężki kamień, który na stałe zamieszkał w jej wnętrzu, na miejscu noszonego dziecka.
Lampa zatańczyła pijanego walca do pary z przeciągiem. Za plecami kobieta usłyszała stukot zamykanych drzwi i odgłos ciężkich, zmęczonych kroków.
– Czego chcesz? – zajęczała, lecz nie doczekała się odpowiedzi.
W zamian dobiegł ją brzęk rozrzucanych klamotów, a kilka chwil później syk gotowanej w czajniku wody. Ktokolwiek ją więził, nie spieszył się. Był pewny, że czasu ma tyle, ile będzie potrzebował.
Coś trzasnęło.
Przeładowywana strzelba – pomyślała z obawą, ale i nadzieją. Może zaraz to wszystko się skończy. Ten cały koszmar.
Wyczuła obecność za plecami. Blisko. Blisko i bliżej, aż gorący oddech ogrzał jej krótkie włosy i odsłoniętą szyję.
Ciężka łapa wylądowała na ramieniu. Palce zacisnęły się jak imadło, wyrywając z gardła okrzyk zaskoczenia i bólu.
– Kim jesteś? – zapytał, stając przed nią.
Splunęła. Pamiętała tę wściekle czerwoną gębę. Skrytą pod naciśniętą na oczy myśliwską czapą, spod której wystawał wielki nos i gęsty, biały wąs.
– Kim jesteś? – powtórzył mężczyzna, uderzając ją w twarz.
Krew płynęła z nosa, warga spuchła, ale uwięziona milczała. Nie mogła odpowiedzieć. Nie mogła myśleć, kiedy w głowie biły dzwony.
– Kim jesteś? – zapytał po raz trzeci, unosząc sękatą dłoń.
– Przestań! – pisnęła.
Jego ręka zatrzymała się tuż przed twarzą.
– Co tutaj robisz?
– Przyjechałam na wczasy – zakwiliła. Chciała płakać, prosiła o łzy, ale te nie przychodziły. – Przyjechałam na wczasy. Na wczasy…
Zatrzęsła się i gdyby nie więzy, upadłaby na podłogę.
– Co zrobiłeś z moim dzieckiem?
Myśliwy wyszczerzył żółte zęby w grymasie, którego znaczenia nie potrafiła odgadnąć – równie dobrze mógł oznaczać zadowolenie, jak i pogardę. Wyminął ją i stanął za plecami. Ułożył ciężkie łapska na poręczach krzesła, a potem przekręcił je bez wysiłku. Drewniane siedzisko zaprotestowało jękliwie.
Oczom uwięzionej ukazała się druga część pomieszczenia. W tej, którą widziała wcześniej, wystawione zostały trofea… Tutaj znajdowały się narzędzia, dzięki którym myśliwy je zdobył. Trójlufowe i dwulufowe strzelby, błyszczące oliwą pułapki oraz wnyki, paczki skór złączonych z dozownikami feromonów oraz miniakumulatory do bardziej wymyślnych pułapek.
– Podnieś głowę – rozkazał.
Pod sufitem, przybita gwoździami za odnóża, wisiała olbrzymia kałamarnica. Jej macki rozciągały się od jednej ściany do drugiej, wyrastając z niemowlęcego korpusu. Maleńka, łysa główka wytrzeszczała czarne, podobne do śliwek oczy.
– Dostrzegasz podobieństwo?
• • •
Na kolanach mężczyzny leżał długi na przedramię myśliwski nóż. Plamki krwi wielkości główki szpilki otaczały ostrze niczym rama obrazu. Starzec skręcał papierosa brudnymi paluchami. Kiedy skończył, grubym, krowim językiem oblizał bibułkę i włożył skręta do ust.
– A więc jesteś człowiekiem, ta?
Zaskwierczała zapałka, dym splątał się w gęstym zaroście, zasyczał wciągany w płuca tytoń i surowa twarz mężczyzny na moment nabrała bardziej cywilizowanego wyglądu.
– Przyjmijmy, że mówisz prawdę. Tak dla wygody naszej konwersacji – powiedział, wypuszczając kłąb dymu. – Żeby się upewnić, musiałbym cię otworzyć, a po takiej operacji ludzie nie gadają.
Kobieta trzęsła się. Nie wiedziała, czy to z zimna, czy od utraty krwi. Przerażenie zniknęło, zakopane w głębokim grobie pod ciężkimi warstwami cierpienia. Cienkie pasy nacięć zdobiły jej piersi, brzuch, ręce i uda. Jedynie twarz pozostawała na razie nietknięta.
– Jak masz na imię? – zapytał nagle.
– Kamila – wyszeptała. Gardło zeschło na wiór, język zdawał się należeć do jakiejś obcej osoby.
Mężczyzna wbił nóż w podłogę i wstał. Podszedł do stołu pełnego klamotów, a po chwili wrócił ze sfatygowanym blaszanym kubkiem pełnym wody. Piła łapczywie.
Kiedy ponownie usiadł na swoim krześle, natychmiast skręcił kolejnego papierosa i nie odezwał się, zanim nie spalił połowy.
– Kiedyś pracowałem dla służb – rzucił nagle. – Dlatego wiem, jak i gdzie ciąć. Dlatego znam sposoby przypominania ludziom o rzeczach, które zapomnieli już dawno.
Kobieta zlizała resztki wody ze spierzchniętych warg. Dotyk języka piekł.
– Zawsze dzielili nas na dwa rodzaje. Tych, którzy pracowali głową i tych lepiej sprawdzających się przy mokrej robocie – powiedział nieobecnym głosem. – Wiesz, co mnie zawsze bawiło? Nie wiesz? Otóż właśnie chłopcy od szybkich korekt musieli mieć równo poukładane pod sufitem, żeby nie zwariować po rzeczach, które przez lata widzieli. Ciągle przechodzili badania, testy. Setki badań i testów. Za to nikt nie sprawdzał normalności decydentów… Może dlatego świat znalazł się w tym miejscu, a ty siedzisz na moim krześle. – Zrobił pauzę. – Zabawne. Chyba stałem się sentymentalnym, starym głupcem, skoro ci to opowiadam. Może nie jesteś nawet człowiekiem? Może tylko udajesz jedną z nas? – mlasnął. – Właściwie, to nieważne. To nie jest już ważne. Jeśli jesteś ludzką kobietą, to na pewno nie taką, jakie ja pamiętałem.
– Dla-dlaczego to robisz? – wydukała.
– Czasem rozmyślam. Niewiele więcej mi pozostaje. Niewiele więcej pozostaje starcowi, który najlepsze lata ma za sobą i który resztę życia chce spędzić z dala od raka toczącego dzisiejszy świat – splunął brązową flegmą. Ta przylepiła się pomiędzy ranami na udzie kobiety. – Pozostało mi myśleć. Rozmyślam na przykład, czy o was, czcigodni obywatele miasta, można powiedzieć jeszcze, że należycie do ludzkiej rasy? Bo na pewno nie należycie do tej samej rasy, co ja. A co do siebie mam pewność.
Kamila poczuła, że skóra pod zlepionymi potem włosami zaczyna swędzieć. Pomyślała, że to dziwne: jej ciało jest mapą bólu, a ona skupia się na tak nieistotnym szczególe.
– Jakie są wasze wartości? – perorował dalej starzec. – Praca rąk? Nie. Rozrywka? Na pewno! Gdzie podziali się robotnicy? Ludzie, którzy w znoju i trudzie wznosili nasze budynki? Dawny Pałac Kultury… Niby szkaradny, betonowy stwór pośrodku kryształowego dzisiaj miasta, ale wśród tych ścian ktoś zaklął przecież duszę! Wiele dusz. Dusz tych wszystkich ludzi, którzy własny pot zamienili na coś trwałego. Dzisiaj macie maszyny… Jedyne, co robicie, to wklepujecie kolejne bzdury do komputerów, wykonując nikomu niepotrzebną robotę. Czy bez kolejnego pośrednika, doliczającego dziesiątą z kolei marżę do produktu, świat by się załamał? Lepiej, żeby pan pośrednik wziął się za uczciwą robotę… Ale przecież nie ma dla niego pracy! Nie ma dość pracy dla każdego, dlatego też trzeba robić cokolwiek, żeby nie zwariować. Żeby zapełnić czas. Po to są te wszystkie puste zawody bez znaczenia. Po to, żebyście nie zwariowali. Od nieróbstwa. Czy jest jeszcze jakaś wartość, którą cenicie? Jesteście posłuszni prawu, które w dawnych czasach wywodziło się przecież z religii… Ale wszak lata temu, kiedy przylecieli Oni, zaoraliście kościoły!
1 2 3 »

Komentarze

01 VII 2012   23:00:32

Też mnie wkurzają pośrednicy pośredników. Pijawki. A opowiadanie ciekawe, przyjemnie się czyta, chociaż momentami troszeczkę obrzydliwe.

02 VII 2012   16:01:01

Ogolnie calkiem dobre. W zakonczeniu polepsza sie. Dwie rozne bajki i przejscie miedzy nimi zaskakujace. Mam takie wrazenie, ze poczatek rodem ze slasher movie, a koncowka przewraca wszystko do gory nogami.

21 VIII 2012   12:54:43

Nie mogę powiedzieć, że opowiadanie czytałem z zapartym tchem, lecz coś w sobie miało. Zachowanie starca bardzo mi się spodobało, pokazywało go w dobrym stylu typowego obrońcy martwych tradycji. Dodatkowo postać Ojca jest świetnym konceptem.
Jak wspomniał Trevjakin - końcówka wywraca wszystko do góry nogami i nadaje ukrytego sensu.
Niezły kawałek literatury.
Pozdrawiam,
ja.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Amelia w chmurach
— Maciej Żytowiecki

Duży Bob
— Maciej Żytowiecki

hcsoB
— Maciej Żytowiecki

Znak
— Maciej Żytowiecki

Skrzynia
— Maciej Żytowiecki

Mój (nie)przyjaciel demon
— Magdalena Kubasiewicz

Wadliwy zbawiciel
— Maciej Żytowiecki

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.