Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Daniel ‘Kruger’ Ostrowski
‹Woli bogów skromni wykonawcy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDaniel ‘Kruger’ Ostrowski
TytułWoli bogów skromni wykonawcy
OpisAutor pisze o sobie:
Wiek lekkopółśredni (35), stan rodzinny: żon – 1, dzieci – 1. Wrocławianin napływowy (urodzony w stolicy polskiej miedzi). Z wykształcenia prawnik – ale tego nie lubi. Współpracownik Fahrenheita i Szortalu. Zaciekle czyta fantastykę, od kilku lat próbuje pisać. Drugie hobby – airsoft.
Gatunekfantasy, humor / satyra

Woli bogów skromni wykonawcy

1 2 3 »
W miarę, jak maszerujący raźno Merlje i Tolik zbliżali się do centrum pieczary, z ciemności wyłaniać się poczęła olbrzymia konstrukcja. Jej najważniejszy element stanowił potężny spiżowy drąg, biegnący nieco ukosem od sufitu do podłogi. Drąg był tak gruby, że nawet stu gnomów trzymających się za ręce nie dałoby rady go opasać. Przy tym powoli obracał się, bez ustanku, wydając basowy pomruk.

Daniel ‘Kruger’ Ostrowski

Woli bogów skromni wykonawcy

W miarę, jak maszerujący raźno Merlje i Tolik zbliżali się do centrum pieczary, z ciemności wyłaniać się poczęła olbrzymia konstrukcja. Jej najważniejszy element stanowił potężny spiżowy drąg, biegnący nieco ukosem od sufitu do podłogi. Drąg był tak gruby, że nawet stu gnomów trzymających się za ręce nie dałoby rady go opasać. Przy tym powoli obracał się, bez ustanku, wydając basowy pomruk.

Daniel ‘Kruger’ Ostrowski
‹Woli bogów skromni wykonawcy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDaniel ‘Kruger’ Ostrowski
TytułWoli bogów skromni wykonawcy
OpisAutor pisze o sobie:
Wiek lekkopółśredni (35), stan rodzinny: żon – 1, dzieci – 1. Wrocławianin napływowy (urodzony w stolicy polskiej miedzi). Z wykształcenia prawnik – ale tego nie lubi. Współpracownik Fahrenheita i Szortalu. Zaciekle czyta fantastykę, od kilku lat próbuje pisać. Drugie hobby – airsoft.
Gatunekfantasy, humor / satyra
Przewróciła się na drugi bok i powoli, ostrożnie otworzyła oczy.
Kac, jak zwykle, uderzył raptownie, mocno. Zamknęła oczy i położyła się na wznak, pozwalając tępemu pulsowaniu na ogarnięcie całego mózgu. Nie walczyć, ot i cała boska tajemnica. Poddanie się bólowi sprawiło, jak zawsze, że ustąpił łagodnie, pomęczył chwilę i odszedł. Pozostało jeszcze wyschnięte na wiór gardło, ale i na to miała wypraktykowane sposoby, wychyliła duszkiem czekającą przy wezgłowiu łoża szklankę zimnej źródlanej wody. Ostatnie symptomy kaca zniknęły.
W mgnieniu oka odrzuciła okrywające ją futra i naga stanęła przy łożu. Uniosła wysoko ręce i przeciągnęła się, aż zatrzeszczały stawy, po czym jednym skokiem dopadła ciężkich kotar zasłaniających okno i rozsunęła je. Półmrok komnaty ustąpił przed światłem, przygaszonym i burym.
Usłyszała za plecami głośniejsze sapnięcie i z radosnym uśmiechem obróciła się, by z tej perspektywy obserwować swego budzącego się kochanka. Spod sterty futer wysunęła się rozczochrana głowa i nagie męskie ramiona. Oczy miał jeszcze zamknięte, ale oddychał szybciej. Coś wybiło go już z głębokiego snu, być może dźwięk odsuwanych kotar albo zalewający sypialnię słaby blask dnia. Jej Kay, jej boski, słodki chłopiec, jej mężczyzna. Czekała z radością, aż rozchyli powieki.
Kay zajęczał nagle, głucho i przeciągle, otworzył przekrwione oczy i zaraz osłonił je ramieniem przed padającym od okna blaskiem. Sapał głośno i pojękiwał, gdy zbliżyła się i podała mu szklanicę z zimną wodą. Wypił ją, parskając, kaszląc i wylewając połowę płynu na swój młodzieńczy tors.
– Wstawaj, Kay – powiedziała miękko, głaszcząc jego ramiona. – Wstawaj, kochany.
W odpowiedzi oddał jej tylko szklanicę i zapadł się znów między futra. Przytuliła się do niego i odcisnęła pocałunek na szorstkim policzku. Nie przeszkadzało jej, że Kay bynajmniej nie jest świeży i pachnący jak po opuszczeniu łaźni, że cuchnie potem, kacem, przetrawionym winem, gorzałką i dymem. Codziennie od nowa zdumiewało ją, jaka jest z nim szczęśliwa, jak bardzo cieszy ją jego obecność i towarzystwo. Choć przecież był już z nią tak długo. Tak długo, że choć trafił tu jako dziecko, to dorósł, wydoroślał i zmężniał. I dogonił ją.
– Wstawaj, Kay… Boli cię głowa? Nie przejmuj się, kochany. Dam ci wina i ból zelżeje.
– Nieee! – wychrypiał nagle i uniósł się nad poduszką. – Nie chcę wina! Ani gorzałki! Nie chcę narkotyków. Nie chcę znów zaczynać… Dzisiaj zmogę ból winem i nie skończy się na jednym pucharze, bo przecież będziemy pić razem. Potem znów przyjdą twoi przyjaciele i zabawa się rozkręci, tak jak wczoraj i przedwczoraj… codziennie. Nie chcę!
– Kay…
– Błagam cię! To już za długo trwa. Te zabawy, codzienne upijanie się, codzienny kac i picie nazajutrz, by poczuć się lepiej. – Wbił w nią zmęczone oczy. – Pozwól mi dziś odchorować. Przerwijmy ten niekończący się… jubel. Nie potrafię zwalczyć kaca tak prosto jak ty, mogę go tylko zapić. I mam tego dosyć!
Miał rację, oczywiście. Nieustanna popijawa trwała już od wielu, wielu dni, ściślej byłoby powiedzieć, od kilku miesięcy. Jego towarzyszka nie miała zbyt wiele do roboty, a środki praktycznie nieograniczone, podobnie jak jej przyjaciele. Zaczynali zabawę przed południem, kończyli grubo po północy, a wino i gorzałka lały się strumieniami. Gdy nudził się im alkohol, brali narkotyki, palili, wcierali w dziąsła, wciągali nosem. A gdy mieli ich dość, znów rozpoczynali szaloną biesiadę przy mocniejszych napitkach.
– Dobrze, Kay. Dobrze, kochany. Nie będziemy pić, powiadomię resztę, że musimy… musisz odetchnąć… przez kilka dni.
– Dziękuję – Kay znów opadł na posłanie i naciągnął na siebie futra. – Możesz zasłonić okno?
– Oczywiście, kochany. Odpoczywaj. – Podeszła do okna, by z powrotem zaciągnąć kotary. – To nam nawet dobrze zrobi, pojedziemy gdzieś, odpoczniemy dwa, trzy tygodnie. Ale tyle wystarczy, Kay. Potem będzie koniec roku. Wiesz, największa zabawa, będą wszyscy nasi przyjaciele. Musimy być z nimi…
Przerwała, gdy wyczuła za plecami pełne konsternacji milczenie. Obróciła się i ujrzała, jak Kay unosi się na posłaniu i oparty na łokciach wpatruje się w nią dziwnie.
– Kay, proszę cię… Nie chcesz? To tradycja, największa zabawa, nowy rok… Nie możesz, musimy…
– Kochanie – przerwał jej. – Nie wierzę. To aż… w taki ciąg wpadłaś? Nie zauważyłaś? Koniec roku już był, mamy styczeń.
– Kay, kochanie – westchnęła i wskazała za okno, gdzie lekki kapuśniaczek moczył tonącą w błocie równinę. – Jaki styczeń? To najwyżej początek, góra połowa grudnia, nie ma nawet śniegu!
– Jak uważasz, zawsze wiesz lepiej. – Powoli położył się i zagrzebując w futrach, rzucił jeszcze: – Wedle mojej rachuby minęła połowa stycznia.
Spojrzała na równinę. Niebo przykryte zwałem ciemnych chmur, deszcz, ocean błota. Ani mrozu, ani śniegu. Czy to możliwe, by miał rację? A jeśli… Coś tu było cholernie nie tak. Zasunęła kotary.
Zamyśliła się.
• • •
Z kakofonii wesołej biesiady, gwaru rozmów, brzęku naczyń, siorbania, mlaskania i przekleństw buchnęła znienacka pod sufit jaskini wesoła, pijacka pieśń. O ile dotychczasowe hałasy niespecjalnie przeszkadzały Tolikowi w oddawaniu się marzeniom sennym, o tyle chóralna pieśń wyrwała go ze snu błyskawicznie i dokumentnie. Zwłaszcza, gdy pod koniec pierwszej zwrotki biesiadnicy zgodnie skontrapunktowali szczególnie udane, ich zdaniem, wspólne wykonanie fragmentu piosenki, rozbijając jednocześnie kilkanaście naczyń. Na ściany poleciały szklanice, flasze i gąsiorki, a odłamki szkła i ceramiki gęsto obsypały przecierającego zaspane ślepia Tolika.
– Kurwasz mać, brudasy!
– Ooo wa, patrzajcie! Księżniczkę obudzilim. Sam tu! – W stronę gramolącego się z barłogu sypnęły się niewybredne komentarze i zachęty ze strony podchmielonych towarzyszy. – Nie wadź się, Tolik! Miodu mu nalejta, jak raz złe humory prysną!
– Piwa lepiej dajcie – stęknął Tolik, zasiadając na niskim zydlu. – I do żarcia cosik.
– Piwa ni ma! Okowity też resztki się plączą – poinformował towarzysza Skeedar. – Ale miodu mamy w bród i pieczystego takoż!
Tolik wiary słowu nie dał. A bo małoż to razy chowali coś dla siebie i mówili, że nie ma? Stęknął raz jeszcze, wstając, bo gnomie członki nie pokonały jeszcze sennej sztywności i ruszył sprawdzić. Skeedar go nie okłamał. Wszystkie flasze i gąsiorki, jakie jeszcze ocalały, były puste lub chlupotał w nich miód, a i po dnie antałka rychło czerpak skrobać począł, tak że jedynie pół kufla piwa udało się nabrać. Tolik zaś miodu szczerze nie znosił.
– Hej kurwie syny! Po piwo trza pójść! I po gorzałkę.
Apel wzbudził wśród biesiadujących gnomów napad szczerej wesołości. Wyciągnięte paluchy na tle roześmianych gąb zewsząd kłuły Tolika w oczy.
– Tolik! – przekrzyczał rejwach Merlje, najstarszy z gnomów. – Na piwo masz chętkę, to sam bieżaj. Nam miód smakuje!
Złorzecząc pod nosem, Tolik powlókł się ku węższemu końcowi jaskini. W plecy uderzyła go druga zwrotka i refren kulawej, sprośnej pieśni, której śpiewanie przerwał wcześniej pozostałym:
Nie widzą nam się gnomki w kubrakach
Krasnoludki zdzierżyć, próżne staranie
I tylko elfki w muślinowych szatach
By je pospołu wydupcyć na sianie
Hej, portki w dół – elfki idą
Hej, naprzód w bój, z pałą i z dzidą
Hej, dalej na porypkę niemałą
Hej, naprzód w bój, z dzidą i z pałą
Gdy wyprowadzał dwukołowy wózek za odrzwia, którymi kończyła się ich przytulna jaskinia, przez chóralny śpiew usłyszał głośny tupot stóp. Merlje pomógł mu zawrzeć skrzydła wrót i oparł się o nie plecami z westchnieniem ulgi.
– Pójdziem razem. Już mi bokiem te przyśpiewki wyłażą, pacjencji się łaknie, choć małość. A po słodkim miodzie łyknęłoby się piwa. – Zauważył niedowierzanie malujące się na gruzłowatej twarzy Tolika, bo dodał: – A ty co się tak wślipiasz? Pomogę ci, boś ty mały i cherlawy, sam za dużo nie uciągniesz. Pospołu więcej naładujem, na dłużej wystarczy. A tera wózek, póki pusty, ciągnij sam.
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Grzechy naszych ojców
Maria Dunkel

13 IV 2019

Ashora obudziła się pośród buchających kłębów czarnego dymu, gorąca, niespodziewanej białej jasności, smrodu palonego mięsa i wrzasków, które zlewały się w jej uszach w przeraźliwą kakofonię. Nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy matka zgarnęła ją z posłania wraz z kocem, przycisnęła do siebie i pobiegła, zgięta wpół, przez krajobraz zniszczenia. Kolejny nalot spopielił ich namiot do szczętu.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Demony Witkacego
Adrianna Filimonowicz

6 IV 2019

„Porażenie piorunem na Giewoncie! Siedem osób nie żyje!” – tak miały brzmieć nagłówki z tego dnia. Ale koszmarem nie był los tych, którym seria błyskawic odebrała życie, lecz tych, którzy przeżyli.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Człowiek, który szedł na solo
Łukasz Śmigiel

9 III 2019

Powiem wam, jakie to uczucie czekać na swój koniec. Niektórzy się załamują i nie potrafią zrobić kompletnie nic, inni szaleją tak bardzo, że po prostu niespodziewanie wpadają na śmierć i to jest finał. A ja? Ja muszę działać, minuta po minucie, cały czas coś robić, choćby nie dawało to absolutnie żadnych szans na ratunek. I tak też zacząłem to rozgrywać zaraz po przyjeździe do wieży.

więcej »

Polecamy

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.