Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Grzegorz Wiśniewski
‹Dobrzy, źli ludzie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułDobrzy, źli ludzie
Opis"Dobrzy, źli ludzie" to nie tylko fanfiction gwiezdnowojenne. To także znakomite niezależne opowiadanie science fiction i świetny tekst antywojeny, nagrodzony w 1999 roku nagrodą Elektrybałta.
Gatunekfanfiction, SF

Dobrzy, źli ludzie

Grzegorz Wiśniewski
1 2 3 17 »
Jako sierżant 6 karnego Legionu Oddziałów Szturmowych brał udział w pułapce zastawionej na grupę buntowników, którzy mieli zamiar opanować i zniszczyć generatory pól deflekcyjnych, chroniących imperialną Gwiazdę Śmierci przed atakiem. To miała być kolejna rutynowa potyczka w trwającej od kilkunastu lat wojnie podjazdowej, kolejna łatwa akcja, po której ogłupiali rebelianci sami bezradnie rzucaliby broń.

Grzegorz Wiśniewski

Dobrzy, źli ludzie

Jako sierżant 6 karnego Legionu Oddziałów Szturmowych brał udział w pułapce zastawionej na grupę buntowników, którzy mieli zamiar opanować i zniszczyć generatory pól deflekcyjnych, chroniących imperialną Gwiazdę Śmierci przed atakiem. To miała być kolejna rutynowa potyczka w trwającej od kilkunastu lat wojnie podjazdowej, kolejna łatwa akcja, po której ogłupiali rebelianci sami bezradnie rzucaliby broń.

Grzegorz Wiśniewski
‹Dobrzy, źli ludzie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułDobrzy, źli ludzie
Opis"Dobrzy, źli ludzie" to nie tylko fanfiction gwiezdnowojenne. To także znakomite niezależne opowiadanie science fiction i świetny tekst antywojeny, nagrodzony w 1999 roku nagrodą Elektrybałta.
Gatunekfanfiction, SF
I traveled on far and wide
But now it seems I′m just stranger to myself
And even things I sometimes do
It isn′t me but someone else
1.
Szum w uszach był pierwszą rzeczą, która dotarła do otępiałego umysłu Keitha Galvina. Po chwili szum przemienił się w bolesne tętnienie, pulsujące wewnątrz głowy w takt wirujących pod powiekami tęczowych kręgów. Prawa dłoń Galvina odpięła rzepy hełmu, a lewa zdjęła go, pozwalając opaść głowie na murawę. Nozdrza zaatakowały intensywne zapachy lasu: pni, gałęzi, gleby, porządkując chaos myśli i przywracając sprawność umysłowi.
Powoli, starannie szukając dłońmi oparcia, Galvin podniósł się na klęczki, ostrożnie kręcąc bolącą głową. Mrówki bólu rozpełzły się też po karku. Otworzył oczy. Pulsowanie w okolicach obu skroni stało się nieprzyjemnie wyraźne, zupełnie jakby tętnice skroniowe tłoczyły ciecz o konsystencji błota. Przejechał dłonią po krótkich włosach i natrafił na źródło największego bólu - prawą stronę czoła, gdzie pojawił się guz, pokryty zakrzepłą krwią. Miał wielkość orzecha paso, ale bolał, jakby był z dziesięć razy taki. Galvin uniknął wstrząsu mózgu, ale miał kłopoty z utrzymaniem równowagi. Zaaplikował sobie z wiszącego przy pasie zasobnika środek przeciwbólowy. Pulsowanie w głowie natychmiast osłabło, a i ucho środkowe zaczęło wracać do równowagi.
Pierwszą rzeczą, której przyjrzał się dokładniej był hełm, ściągnięty przed chwilą z głowy. Białą, polinanomidową konstrukcję z jakby owadzio zaprojektowanymi wizjerami szpeciło wgniecenie i siatka pęknięć. Miał szczęście. Ostatnim, co pamiętał, było nagłe uderzenie w pierś, które zmiotło go zza sterów prowadzonego gravskutera wprost na drzewo. Przy prędkości, z jaką leciał powinno oznaczać śmierć.
W tym samym momencie, kiedy to sobie uświadomił, odskoczyła ostatnia zapadka w przyblokowanej szokiem pamięci. Przypomniał sobie, kim jest i co robi w tej leśnej głuszy rozciągającej się we wszystkie strony.
Jako sierżant 6 karnego Legionu Oddziałów Szturmowych brał udział w pułapce zastawionej na grupę buntowników, którzy mieli zamiar opanować i zniszczyć generatory pól deflekcyjnych, chroniących imperialną Gwiazdę Śmierci przed atakiem. To miała być kolejna rutynowa potyczka w trwającej od kilkunastu lat wojnie podjazdowej, kolejna łatwa akcja, po której ogłupiali rebelianci sami bezradnie rzucaliby broń. Zaklął gniewnie w myślach, ostrożnie siadając na leżącym obok pniaku.
Z początku wszystko szło świetnie. Dzięki danym wywiadu Galvin i dwa tuziny innych zwiadowców z 1 plutonu nie mieli najmniejszych problemów z wykryciem i namierzeniem przeciwnika. Rebeliantów było niewielu, nie mieli dokładnego rozpoznania i działali nerwowo. Zaatakowali zgodnie z przewidywaniami, w momencie kiedy ich flota wyszła z hiperprzestrzeni i w szyku Pika/Ekran ruszyła do ataku na Gwiazdę Śmierci.
Przygwożdżono ich bez trudu. Ale kiedy wyprowadzono tę słabą, rozbrojoną grupkę z bunkra kontrolnego wszystko zaczęło się nagle psuć. Skraje polany niespodziewanie zaroiły się od owych niewielkich, niedźwiedziowatych stworzeń żyjących w tutejszych lasach, a które zdaniem Sztabu były całkowicie niegroźne. Nim ktokolwiek z oficerów zdążył zareagować, na ustawionych po bunkrem szturmowców runął grad strzał, oszczepów i kamieni. Broń ta nie była wprawdzie szczególnie groźna dla pancerzy szturmowych, ale jej napór ilościowy częściowo równoważył brak skuteczności. W eterze zapanował chaos i zaczęto wydawać wzajemnie sprzeczne rozkazy. Trzeci pluton, stojący na lewo od wyjścia z bunkra, rzucił się do lasu w ślad za umykającymi stworzeniami. Żołnierze Floty stojący obok natychmiast runęli do bunkra, zasuwając za sobą wrota ochronne, jakby zaatakował ich cały pułk przeciwników. Pozostali szturmowcy rozproszyli się po drugiej stronie polany pozwalając grupie rebeliantów odzyskać broń i, co najgorsze, inicjatywę. Ktoś, Galvin nie pamiętał kto, wezwał zaczajonych za wzgórzem zwiadowców na gravskuterach i posłał ich w gęstwinę po zachodniej stronie lasu, w wyniku czego większość z nich się rozbiła. Galvinowi jako jednemu z nielicznych udało się uniknąć zderzenia z drzewem, ale to, że zwolnił, uczyniło go świetnym celem dla przeciwnika. Chwilę później coś strąciło go z maszyny wprost na drzewo.
Ponownie zaklął. Przysiągł sobie odnaleźć oficera, który był odpowiedzialny za skierowanie tylu ludzi wprost w ramiona śmierci. Rozejrzał się wokół, usiłując ustalić, gdzie jest.
Stał w niewielkim zagłębieniu, porośniętym szczelnie bujnymi paprociami. Paprocie te częściowo zamortyzowały jego upadek. Śledząc ich połamane łodygi można było wywnioskować, z jakim impetem się po nich przetoczył. Podniósł wzrok nieco wyżej, wprost na widoczną w prześwicie zielonego stropu tarczę słońca. Był ranek następnego dnia po owej fatalnej potyczce.
Zastanowił się nad jej wynikiem. Ile czasu mogło zabrać batalionowi szturmowców wyposażonemu w kroczące, szturmowe AT-ST i osłanianemu przez zwiadowców na gravskuterach rozgromienie grupki buntowników i uzbrojonych w archaiczną broń tubylców? Z pewnością niewiele. W takim razie, dlaczego nikt go jeszcze nie odnalazł? Zdezorientowany sięgnął do pasa po sygnalizator i pokręcił głową ze złością. Sygnalizator zniknął, musiał zsunąć się z zaczepu podczas upadku. Bez sygnalizatora odnalezienie kogoś leżącego bez przytomności w dywanie paproci byłoby cudem, a Galvin swój limit cudów wyczerpał już wcześniej.
Wlał do gardła parę łyków z manierki, resztą wody spłukując twarz. Poczuł się nieco lepiej. Ustalił właściwy kierunek marszu, sprawdzając namiernik orbitalny na przegubie. Zrobił kilka kroków naprzód, zataczając się. Nadal nie czuł się zbyt pewnie. Poluźnił zapięcia munduru przy szyi i głębiej odetchnął. Tętent pod czaszką nie ustał wprawdzie całkowicie, ale osłabł wystarczająco.
Ponaglając samego siebie w myślach wspiął się po łagodnym zboczu zagłębienia, ruszając w kierunku bazy. Wybierał najprostszą drogę, a gdzie musiał - przedzierał się przez krzaki. Omijał grube jak domy pnie drzew oraz otwierające się niekiedy w ziemi wyrwy. Kiedy wdrapał się na dość stromy pagórek i spojrzał na znajdującą się za nim polanę, zatrzymał się zdumiony.
Polana była właściwie płytką kotliną w kształcie nieco nieforemnej elipsy, rozpościerającą się w kierunku zachodnim. Na jej dnie trwało rozrzuconych kilkanaście wraków. Część z nich była rozpoznawalna jako AT-ST, przechylone pod dziwacznymi kątami lub leżące na bokach strzaskanych wieżyczek. Wiele dymiło jeszcze, podobnie jak osmalone strzępy gravskuterów powbijanych w niektóre drzewa, znaczących ich pnie ciemnymi plamami. Widok poniszczonych maszyn był jednak niczym wobec zaściełającego przestrzeń kotliny dywanu ciał, jakby uzupełnienia połamanego leśnego poszycia. Galvin ogarnął zdezorientowanym wzrokiem otoczenie i uświadomił sobie nagle, że większość zabitych ma na sobie białe pancerze szturmowe. Gdzieniegdzie migały też szare mundury oficerów, leżących ramię w ramię ze swoimi podkomendnymi. Niewielkie podwyższenie mniej więcej w środku kotliny było całe poorane wybuchami, a sylwetki szturmowców leżały rozmiecione wokół jak płatki białego kwiatu. Wyglądało to na ostatni posterunek.
Bitwa musiała być zajadła, sądząc po pniach okolicznych drzew, podziurawionych, popalonych, a niekiedy nawet rozszczepionych trafieniami z plazmowych dział i karabinów. Skończyła się dawno, pięć albo i sześć godzin wcześniej, bowiem wszystkie płomienie, jakie musiały zostać wzniecone, teraz co najwyżej się tliły.
Galvin ostrożnie, tak, aby nie naruszyć ciszy, spowijającej kotlinę niczym całun, zsunął się na jej dno i ruszył przez pobojowisko. W mijaniu coraz to nowych ciał i strzaskanych metalowych konstrukcji kryło się coś bardzo dostojnego, niczym w odwiedzaniu galerii sztuki, lecz Keithowi nie przyszedł do głowy taki punkt widzenia. Opanowała go nagła obawa, bardzo nie sprecyzowana, że sytuacja wygląda gorzej, niż przypuszczał. Błąkając się w gąszczu ciał i wraków szukał odpowiedzi, które mogłyby go upewnić o czymś przeciwnym, jednak wnioski, jakie wyciągnął do tej pory, nie napawały go optymizmem.
Zauważył cztery różne totemy kompanijne widoczne na mundurach zabitych szturmowców, dokładnie tyle, ile oddziałów brało udział w akcji przechwycenia rebelianckiego rajdu. Sądząc po rozproszeniu poszczególnych plutonów jednostki nie zachowały podczas walki dyscypliny i szyku, a jedynymi powodami takiego zachowania mogła być utrata łączności z dowództwem lub, co bardziej prawdopodobne, panika. Nastąpiła katastrofa, sytuacja wymknęła się spod kontroli i nie znalazł się nikt kompetentny, kto zdołałby ją opanować. Bitwa, która rozegrała się w kotlinie, Galvin aż się zatrzymał oświecony tą myślą, wcale nie miała na celu odepchnięcia atakujących stworzeń i garstki rebeliantów z powrotem do lasu. Miała ocalić całą grupę operacyjną Imperium przed zagładą, pozwolić batalionowi szturmowców przedrzeć się do bazy i dotrzeć na kosmodrom. Nie powiodło się to jednak i oddział skonał w starciu.
Coś było jednak nie w porządku. Tej masakry nie mogli dokonać uzbrojeni w kamienną broń tubylcy, nawet wspierani przez tuzin rebeliantów, tak jak udało im się to z trzema plutonami pilnującymi bunkra. Aby tego dokonać, potrzeba było poważniejszych sił, co najmniej pułku. Skąd one się wzięły? Co zatem stało się z bunkrem kontrolnym i Gwiazdą Śmierci?
Galvin zerknął w górę, usiłując przebić wzrokiem baldachim liści, ale nie mógł dostrzec stacji bojowej. Jego pewność co do faktu, że Gwiazda Śmierci nadal tam jest, została nagle zachwiana. Zaklął i ruszył naprzód, zerkając na kompas, aby uchwycić właściwy kierunek. Otumanienie i pewna beztroska, które towarzyszyły mu od momentu ocknięcia się, teraz zniknęły bez śladu. Pozostała tylko niepewność.
1 2 3 17 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wędrowiec
Jakub Sobalski

10 VIII 2019

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

O księżniczce i smokach
Agnieszka „Raven” Szmatoła

20 VII 2019

Z zapartym tchem czekała na odpowiedź. Ta nadeszła, choć niewerbalna. Wejście jaskini zalśniło ciepłym światłem, a ściany zadrżały lekko od głośnego mruczenia. Księżniczka weszła do jaskini.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Wiedźmińska Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tolkienowska opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Obca opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Pies, czyli kot
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.