Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Radosław Rak
‹Tamdarej w innych światach›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRadosław Rak
TytułTamdarej w innych światach
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1987, mieszka w Dębicy. Lekarz weterynarii, pracuje w swoim zawodzie. Opublikował kilka opowiadań w czasopismach (ostatnio „Lilka” w Nowej Fantastyce, nr 3/2012), kolejne w planach. Aktualnie równolegle pracuje nad dwoma powieściami. Wielki miłośnik gór, lata i świętego spokoju. W internecie obecny pod nickiem Ajwenhoł.
Gatunekrealizm magiczny

Tamdarej w innych światach

« 1 8 9 10 11 »

Radosław Rak

Tamdarej w innych światach

15.
Tak naprawdę to nie chciał tego zrobić. Tak naprawdę to nawet obiecał sobie, że do niej nie wejdzie, że się słówkiem do kurwy nie odezwie. Był teraz kimś innym, sypiał z innymi kobietami, wrócił do wojska, awansował o stopień, był kimś. A jej teraz dobrze, skoro taka głupia, niech się o nią ten jej gach troszczy, gdziekolwiek jest.
Tak sobie myślał. Tylko że mu serce dziwnie jakoś kołatało. Najgorszy był ten jej brzuch, wielki jak piłka. Zawsze była szczupła, taką ją zapamiętał. A od chwili, gdy ujrzał ją na nowo, teraz, po paru miesiącach, miał przed oczami tylko to brzuszysko. Czyje to dziecko – jego czy tamtego drugiego? Może ona sama nie wie. Dziwka. Ale one podobno zawsze wiedzą. Chuj tam, nie jego na pewno, jego dziecko nie lęgłoby się w takim wielkim brzuchu.
Polę przyprowadziła jego drużyna i sam nie wiedział teraz, co z nią zrobić. Więzić cały czas nie sposób, niedługo ruszają na Dębicę. Na takie przypadki miał rozkaz: albo deportacja, albo kulka w łeb. Deportowali zwykle na granicę, na most na Wisłoce w Pilźnie. Czasem strzelali jeszcze pod stopy, nie żeby zranić, ale tak, na zachętę. Śmiesznie ci uchodźcy skakali, jak wiewiórki. I zaraz znikali w lasach na drugim brzegu. Rozstrzeliwać nie kazał nikogo, nigdy.
Pogładził lekko lufę raka i przez chwilę pomyślał, że się dziwce należy, ale zaraz wydał się sobie odrażający za tę myśl i udał przed sobą, że jej nie było. Rozkazał zaparzyć herbatę i zamiast wysłać z tym któregoś z szeregowych, zaniósł ją Poli osobiście.
Była brzydka i kuliła się wokół tego swojego brzucha jak zwierzę. Nie czuł do niej nic oprócz pogardy.
– Powiesz mi teraz, czyje to dziecko? – wypluł z siebie wreszcie.
Obrzuciła go pustym wzrokiem. Obojętnym. Chyba to go najbardziej rozjuszyło. To i ta nitka śliny w otwartych jak u kretynki ustach. Jak mógł, no jak mógł tyle z nią wytrzymać? Była przecież beznadziejna. Tylko się pieprzyć umiała.
– Nie twoja sprawa – wyszeptała w końcu.
No więc strzelił ją w pysk. To przyszło tak łatwo, że aż się zdziwił, a ona nie zareagowała wcale, jakby uderzył szmacianą lalkę. Był na siebie zły, więc uderzył drugi raz.
– No i na co ci to było. – Pokiwał z politowaniem głową. – Wiesz, ten twój mężuś odpowie przed trybunałem wojskowym, gdy tylko wkroczymy do Dębicy. Wiemy, że kuł konia Szeli. Że współpracował z Czernią. Będzie za to wisiał.
Pola nie odpowiedziała nic.
– Jaki on jest? – ciągnął łagodnie, niemal słodko. – No powiedz mi, co ci szkodzi? Kowal. Silny, co? Piękny i młody. Potrafi cię tak wylizać jak ja?
Czekał na jakąś reakcję Poli, ale się nie doczekał. Kobieta tylko mocno ściskała szklankę z parującą herbatą i wpatrywała się gdzieś przed siebie, zupełnie jakby go nie było w pokoju.
– No potrafi czy nie?! – Wykopał jej szklankę z rąk, szkło rozprysło się w drobny mak. – Odezwiesz się wreszcie? Lepszy jest ode mnie? A może już zapomniałaś, co?
Zerwał z niej śmierdzący naftaliną płaszcz i sztywną szpitalną piżamę, gruby materiał rwał się łatwo. Naga, żałosna, jak zbita suka. I te paznokcie, obgryzione, brudne. Jak zawsze. Nigdy nie umiała zadbać o paznokcie. Była obrzydliwie zwierzęca, nie zostało w niej nic ludzkiego, zupełnie nic.
Sprawdził, czy drzwi są dobrze zamknięte, zsunął spodnie i wbił się w nią od tyłu, choć była całkiem sucha. Nie mógł długo dojść, więc pchał mocniej i mocniej, aż Pola pociekła cała cuchnącym mętnym płynem. Wyrwał się gwałtownie, zebrało mu się na rzyganie.
– Zrobiłaś to specjalnie – zaskrzeczał. – Specjalnie, znam cię na tyle. Nie wmówisz mi, że teraz ci się rodzić zachciało.
Nie wiedział nawet w jaki sposób w jego ręku błysnął rak. Lufa dotknęła szyi Poli. Kobieta spojrzała na niego po raz pierwszy odkąd wszedł i wzrok miała bardziej zdziwiony niż przerażony. Wstrząsnął nią skurcz, złapała się za brzuch, polało się jeszcze więcej cieczy.
– Czyje to dziecko, no? – wysapał. – Noż kurwa, czyje?!
I wtedy tył jej głowy rzygnął krwią, ale nie tak jak na amerykańskich filmach, tylko raptem parę kropel prysło na ścianę i Pola od razu złożyła się u jego stóp, z kolanami zgiętymi jak u płodu i z dłońmi na łonie.
– Pola? – wyszeptał głupkowato, nie dowierzając. Przeczesał palcami jej zlepione krwią włosy. – Pola, no!
Gdy zaniepokojeni hukiem wystrzału towarzysze szeregowi wyważyli wreszcie drzwi, znaleźli go na pasku przewieszonym przez kratę w oknie. Powiesił się ładnie, umiejętnie. Już zdążył poszarzeć.
16. Palimpsest
Opowieść zbliża się do końca, widać już ciemną kreskę zakończenia. Did Puchacz popija parującą herbatę i z czułością wpatruje się w jeden z ostatnich obrazków, maleńki, niemal dziecinny, rysowany świecowymi kredkami. Tamdarej karmi na nim jabłkiem ogiera o tysiącu nóg, potwór mięsistymi wargami szczypie otwartą dłoń kowala.
To wszystko działo się tego dnia, gdy Tamdarej jechał do Poli z ubraniami na zmianę i owocami; Pola uwielbiała pomarańcze, kroiła je w ćwiartki i wysysała miąższ. Było w tym coś niewinnie nieprzyzwoitego, od czego przyjemnie mrowił cały dół pleców, więc Tamdarej wiózł tych pomarańczy prawie pełny koszyk.
Konia Szeli napotkał na rogatkach miasta – leżał pośrodku drogi, ciemne cielsko było widoczne już z daleka na tle roziskrzonego słońcem śniegu. Tamdarej zatrzymał kremową syrenkę na poboczu, wysiadł i poklepał przyjaźnie potwora po chrapach.
– Dobry konik, piękny konik. Przepuści mnie?
Gniadosz tylko parsknął pogardliwie, pogrzebał kopytami w pośniegowym błocie.
– Wracaj do domu – rzekł. – Nie przejdziesz.
– Muszę, koniku. Do żony jadę, do szpitala. Wiozę dla niej owoce i ciuchy. Lada dzień spodziewamy się dziecka, wiesz?
– Nie wiem. – Koń plunął Tamdarejowi pod stopy żółtym kwasem. – Nie obchodzi mnie to. Do domu, mówię, bo zabiję, jak nic zabiję. Nikt nie może opuszczać miasta, taki mam od Szeli prikaz. No, żywo.
– Kopyta ci, koniku, podkuwałem. Wszystkie, co do jednego. Kto by cię inny tak pięknie podkuł, no powiedz sam? Nawet nie poczułeś.
Potwór zastrzygł uszami, zerknął to na lewy bok, to na prawy, buchnął parą z krwistych nozdrzy.
– Jabłuszko masz? – spytał.
– No ba! Niejedno!
– To daj. Tylko ładne wybierz. I jedź do diabła, aby prędko, zanim mi się odwidzi.
Tak więc Tamdarej opuścił Dębicę, ale Wisłokę przejechał nie mostem, bo tam stało wojsko, tylko przez lód kilka kilometrów w górę rzeki, gdzie nurt zwalniał na zakolach. Każdy przeskok licznika zbliżał go do Poli.
Did Puchacz sięga po kolejny obrazek. Ten jest szary, smutny. Na obrazku Tamdarej siedzi w małym kwadratowym pokoiku – celi, bo w oknie tkwią kraty. Trafić tam było łatwo, zgarnęła go milicja przy wjeździe do miasta, gdzie znajdowała się klinika położnicza. Oszołomionemu Tamdarejowi postawiono wstępne zarzuty współpracy z wrogim reżimem i zaocznie skazano na śmierć. Egzekucja miała odbyć się po wkroczeniu wojsk Generała do Dębicy – jutro, najpóźniej pojutrze.
Siedział więc pod ścianą, a coś zimnego i lepkiego pełzło mu żyłami. Myśli biegną ku Poli – co się z nią dzieje? Czy jest bezpieczna w szpitalu? Co się stanie z nią i z dzieckiem, gdy go zabiją?
Na ścianach kilka ciemnych kropel, niedokładnie zmytych. Świeże? Stare? Coś tu się stało strasznego, tak strasznego, że trwoga aż wyje z tyłu głowy. Tamdarej przypomina sobie opowieść dziadka, jak to w czasie wojny Niemcy zgromadzili na polanie na skraju lasu wszystkich Żydów z Dębicy, mężczyzn, kobiety i dzieci, jak kazali im wykopać dół głęboki na trzy i pół metra i jak potem strzelali każdemu w potylicę. Strzelali tak cały dzień, bo Żydów było bardzo dużo. Potem Niemcy przysypali ciała cienką warstwą ziemi i ten kopiec przez następne dwa dni wzdymał się i pulsował, jakby pomordowani wciąż wiedli pod ziemią tajemne, trupie życie.
Tamdarej wstaje, siada, znowu wstaje. Czy i jemu dadzą kulkę w łeb i zakopią w lesie? Wiedział, że coś nie tak jest z celą, coś złego, tak bardzo złego, że aż niedefiniowalnego. Jakby zawisła tam jakaś obecność, dziwna i gęsta – jakby Tamdareja zamknięto razem z szatanem. Usta szepczą same bez udziału woli:
« 1 8 9 10 11 »

Komentarze

28 XII 2012   16:12:03

Bardzo ładne. Marquez w "Stu latach..." tak naprawdę ani na chwilę mnie nie wciągnął, a "Tamdarej" owszem. Pewnie trochę dlatego, że klimat jest mi bliższy, bardziej zrozumiały, bardziej swojski niż ten z powieści Latynoamerykanina. (Nawet jeśli jestem i zawsze byłem z Wielkiego Miasta, to oczywiście do Dębicy mam bliżej, dosłownie i w przenośni, niż do Kolumbii). Na pewno jednak duża w tym zasługa zręczności autora. Muszę przyznać, że w "Tamdareju" potencjalne, alternatywne światy przechodzą bardzo płynnie jeden w drugi, w historię, w mit oraz los bohaterów. Z przyjemnością pozwoliłem się unieść narracji i czekałem na klejnociki -- jak metafizyczne uwagi o jedności, czy wizje artysty, który poprzez sztukę ma moc półboską, wielki wpływ na ludzi i rzeczywistość. Poza tym nawet chwilami wierzyłem w bohaterów i się o nich martwiłem.

Mimo wszystko realizm magiczny nie jest konwencją, która mi odpowiada. Moim zdaniem lepszą dlań nazwą byłby "nierealizm magiczny". Zbyt nieprawdziwy, właściwie wszystko może się zdarzyć bez uzasadnienia. Raz na jakiś czas mogę coś takiego poczytać, ale preferuję czytanie opowieści ze ściśle wykreowaną rzeczywistością, czytanie o przeżyciach postaci, z którymi (nawet przez sam tylko fakt, że konstrukcja świata ogranicza ich możliwości) jestem w stanie odczuwać prawdziwą więź empatii. Dlatego wolę choćby -- przykład pierwszy z brzegu -- fantasy.

07 X 2020   11:08:49

Gratulacje z okazji zdobycia tegorocznej nagrody literackiej Nike! Oby tak dalej!
Ajwenhoł, serdecznie pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.