Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Radosław Rak
‹Tamdarej w innych światach›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRadosław Rak
TytułTamdarej w innych światach
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1987, mieszka w Dębicy. Lekarz weterynarii, pracuje w swoim zawodzie. Opublikował kilka opowiadań w czasopismach (ostatnio „Lilka” w Nowej Fantastyce, nr 3/2012), kolejne w planach. Aktualnie równolegle pracuje nad dwoma powieściami. Wielki miłośnik gór, lata i świętego spokoju. W internecie obecny pod nickiem Ajwenhoł.
Gatunekrealizm magiczny

Tamdarej w innych światach

« 1 7 8 9 10 11 »

Radosław Rak

Tamdarej w innych światach

13. Pola i Czerń
O Czerni Pola dowiedziała się z telewizji. W dzienniku pokazywali zgliszcza zamku w Zawadzie, spalony dworek na Wolicy, potem znów zamek, tyle że z innej strony, a na końcu parę innych miejsc, których Pola nie rozpoznała. Helikopter jednej z prywatnych stacji telewizyjnych przeleciał nad miasteczkiem – wyglądało jak jedno gruzowisko. A gdy pokazali zbliżenie na szafot, poniżej mostka Poli rozpełzło się przerażające zimno: na drewnianej szubienicy kołysało się pięć ciał. Zdjęcia były złej jakości, nie sposób było odróżnić od siebie trupów. Pola patrzyła w migoczący ekran otępiała; telewizor na chwilę zgasł, więc drżącymi rękami wygrzebała z portfela pięciozłotówkę. Gdy na powrót uruchomiła odbiornik, łysy Generał w ciemnych okularach podobnych do oczu muchy brał udział w konferencji prasowej. W rogu ekranu co rusz przypominano zdjęcie piątki wisielców. Wojna. Dziennikarze zadawali dziwaczne i długie pytania, których Pola nie rozumiała, a Generał odpowiadał równie długo i zawile. Nikt nie zapytał o najważniejsze: czy jej Tamdarej żyje? Czy jest cały, czy nie został ranny?
Pola krzyczała do Generała w telewizji, ale ten zdawał się umyślnie ją ignorować i nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, aż wreszcie przyszły stare grube pielęgniarki i dały Poli zastrzyk, po którym czarna czapa opadła jej na głowę, a myśli zrobiły się rozlazłe i pokraczne. Zdrętwiał jej język, osunęła się na poduszkę i mogła tylko wpatrywać się bezmyślnie w brzęczące pod sufitem świetlówki. Później pielęgniarki wróciły i zabrały Polę do izolatki.
Tego wieczora dołem brzucha Poli wstrząsało bardzo mocno. Dopiero gdy poczuła na policzku gorącą wilgoć, uświadomiła sobie, że płacze.
Czołgi zjawiły się w miasteczku dwa dni później, około południa. Szpital znajdował się na szczycie góry, więc Pola wszystko dobrze widziała. Ponure machiny ciągnęły ze wszystkich stron jak wygłodniałe dzikie bestie, mozolnie wspinając się ulicami miasta. Sunące między czołgami wozy pancerne z tej odległości przypominały pudełka zapałek albo maleńkie trumienki. Na otoczonym parterowymi kamienicami rynku żołnierze wysypali się z wozów i rozbiegli po miasteczku jak mrówki.
Po godzinie, może dwóch, zjawił się u Poli doktor, brodaty jak Rumcajs. Nie patrzył jej w oczy, mruczał, smurczał pod nosem i skrobał się po potylicy. Wreszcie wybąkał, że mu przykro, że naprawdę mu przykro, ale że wojna, że Czerń, a Pola jest spod władzy Czerni i musi opuścić szpital.
Pola nie od razu uwierzyła, że lekarz mówi na serio.
– Mój mąż przyjedzie jutro, zabierze mnie.
– Pani nie rozumie, jest wojna, pani nie jest zameldowana w naszym powiecie, pani pochodzi z terytorium wroga, nie może tu pani przebywać – tłumaczył powoli, spokojnie, jak wyjątkowo tępemu dziecku.
Ilustracja: <a href='mailto:wolffowna@gmail.com'>Magdalena Wolff</a>
Ilustracja: Magdalena Wolff
W Poli zawrzało. Wskazała ręką biel za oknem.
– Tam mnie wysyłacie? Na mróz?
– Pani nie rozumie, jest wojna… – zaczął od nowa jak katarynka.
– Pierdol się pan z tą swoją wojną. Ja mam termin za dwa tygodnie!
Lekarz zamarł jakby go Pola strzeliła w pysk.
– Natychmiast proszę opuścić szpital! – poczerwieniał.
– W tym? – Pola szarpnęła rąbek piżamy. – Nie mam w tej chwili nic innego, mąż mi zabrał rzeczy do prania.
Brodacz mruknął coś do pielęgniarki, która wyjęła szybko Poli wenflon, zaraz przyniosła buty i śmierdzący naftaliną kożuch, który ledwo dopinał się na obrzmiałym brzuchu.
Na zewnątrz mróz stawiał na baczność włoski w nosie. Ulice opustoszały, wirował śnieg. Pukając do drzwi, Pola chodziła od domu do domu; zwykle odpowiadała jej cisza, ale było to lepsze od nagłego ruchu firanki w oknie, albo skrzypnięcia podłogi po drugiej stronie i przyciemnienia judasza na sekundę, dwie.
Poli nie było przykro. Tak naprawdę jej samej już prawie nie było – skurczyła się do osłonki, do łupiny na dojrzewający w jej głębi świat. To ten świat teraz się liczył. Z samej Poli zostało jedynie ciepło brzucha, no i ból przemarzniętych palców. I nawet ucieszyła się, gdy z przedwieczornej szarówki wyłoniło się kilku wojskowych i usiłowało ją wylegitymować. Nie miała żadnych papierów – Tamdarej zabrał je wszystkie, bo po co miały walać się w szpitalnej szafce, jeszcze by się zgubiły albo ktoś by je ukradł – więc żołnierze zabrali Polę do swej kwatery.
Kwaterą tą był posterunek milicji, gdzie na ścianie przyczepiono teraz wycięte z jakiegoś kolorowego magazynu zdjęcie Generała. Kobietę umieszczono w niewielkim pokoiku na parterze; nie przeszkadzały jej ani drzwi zamknięte na klucz, ani czarne kraty w oknie. Ważne, że światu w jej brzuchu było wreszcie ciepło. Musiało być, bo znów wiercił się rozkosznie.
Po jakimś czasie zamek w drzwiach szczęknął ponownie i jeden z żołnierzy przyniósł herbatę, mocną, dobrą, rozgrzane szkło parzyło dłonie. Pola nie patrzyła na mężczyznę, nie poznała go, póki się nie odezwał:
– Powiesz mi teraz, czyje to dziecko?
14. Czerń
Szela nie pamiętał, kiedy jego żyłami zamiast krwi popłynęła Czerń. Niemożliwe przecież, by była tam od zawsze, zbyt wiele miał wspomnień jasnych i pogodnych, w których na Czerń nie było miejsca. Najbardziej lubił ten obraz, w którym siedział przed chatą gryząc jabłko, soczyste i twarde, a wokoło snuła się jesień, ruda od buków. To było dobre wspomnienie.
Ale zaraz potem przychodziły obrazy głodu i nędzy. Oto znów wydzierano mu ziemię pod drogę do dworu Boguszów w Siedliskach, bo starą zabrał wiosną potok, a jaśniepanu zamarzyło się poprowadzić nową akurat przez Szelowe pole. Oto znów świstał pański batog i znaczył plecy krwawą pręgą, gdy spękane dłonie nie dość ochoczo łuskały groch. Oto znów w trzaskający mróz zajeżdżały pod chałupę dworskie zbiry, żądały wódki, żądały mięsa, zawczasu na zapusty przygotowanego – żądały, bo w dworu wszystko już zeżarte i wychlane, nie może wszak jaśniepan o suchem chodzować pysku. Oto znów łkał w siennik, gładząc rosnące łono, bo ją dziedzic piękny i gładki prespanką swą był uczynił, a wraz potem porzucił i wyśmiał, ledwo zbrzuchaciała. Oto znów…
Gęsta Czerń wzbiera w Szeli, aż wywracają mu się wątpia, a w głowie poczyna szumieć. I Szela zstępuje z gór w doliny, a Czerń w nim buzuje. Wszystkie ponure duchy, wszystkie zagrzebane pod płytką warstwą ziemi krzywdy chłopskie wyłażą na wierzch, czując jego obecność, i tak pęcznieje Szela i puchnie, wyrastają mu dodatkowe głowy i usta, i wątroby, i serca. Opada wreszcie na leżącą mu u stóp Dębicę trupim tchnieniem mrozu.
Stanął w ogniu dwór na Wolicy, runął zawadzki zamek. Szela chłeptał parującą krew dzień i noc. Już pierwszego dnia pośrodku rynku miasteczka wzniósł sobie wieżycę z kości. Życie w okolicy zastygło, mieszkańcy kamienic albo wynieśli się na obrzeża miasta, albo pomarli, dołączyli do armii cieni Szeli i wraz z nim kisili swe krzywdy w trupiej wieży.
Podobno w tych dniach spośród wszystkich mieszkańców rynku ostał się jeno Did Puchacz, sam jeden. Nie wyściubiał nosa ze swej izdebki ani dniem, ani nocą, i z głową pałającą gorączką malował kościaną wieżę. Farby nie brakowało – potrzebował głównie czarnej, a tej miał pod dostatkiem, nocami bowiem wyprowadzał Szela swego wierzchowca o tysiącu kopyt i galopował niebem ponad Dębicą, a galopując, broczył kleistą Czernią i potwornie wył.
Wieża rosła z dnia na dzień, przybywało Szelowych ofiar. Panowie, Żydzi, klechy i lichwiarze – ci wszyscy, co nie tak dawno dybali na każdy spłachetek ziemi prostego człowieka i nie wahali się szponami wyszarpnąć wdowie ostatni grosz – to była zwierzyna Szeli. Niektórzy z mieszkańców miasteczka cieszyli się, ale większość lękała się Czerni z gór, tego zawiesistego odoru zemsty, którą Czerń przez gwałt usiłowała zapłodnić ich umysły. Szela pojął wkrótce, że oni wcale wyzwolenia spod jarzma panów i gnębicieli nie chcą, że chcą tylko w spokoju zajmować się swymi mrówczymi sprawami, że o wolności i odwecie to może śnią, ale wcale nie pragną tych snów spełniać. Może dlatego tak wrzeszczał, gdy nocami galopował nad miastem.
Z bezsilności począł pożerać i mieszczan – wpierw mistrzów cechowych i innych co zamożniejszych rzemieślników, ale z czasem zabrał się nawet za robotników z fabryki opon i żarł już potem jak leciało. Jeżeli są za słabi by nienawidzić, myślał, niechże się chociaż boją. Tak.
Wieża w rynku rosła więc i rosła, aż stała się niemal tak wysoka jak budka Dida Puchacza. Obraz starego malarza ogromniał również i trzeba było dołożyć nowe płótno, bo rozkrzaczał się już poza ramy.
Wkrótce w radio pojawiły się komunikaty – Did słuchał ich piąte przez dziesiąte – że w Wielkim Mieście, w całej Polsce, i w ogóle chyba na całym świecie ogłoszono powszechną mobilizację przeciwko Dębicy. Z zachodu i wschodu sunęły na miasto czołgi i wozy pancerne, a radzieckie katiusze stały już ponoć o kilkanaście kilometrów na wschód od miasta. Żelazna pętla zaciskała się z wolna. Podobno nawet jakiś półgłówek dał rozkaz ostrzelania sanktuarium w Zawadzie, gdzie znajdował się łaskami słynący obraz Najświętszej Panienki. Pocisk werżnął się w drzewo o sto kroków przed kościołem, a kilku oficerów, którzy widzieli to wszystko przez lornetki, nawróciło się i zdezerterowało.
Gdy wojska były tuż-tuż, Did Puchacz namalował wreszcie Szelę na szczycie wieży. Szela, posępny i ciemny, spoglądał w nocne niebo: nad południowym horyzontem wisiały tuż przy sobie Wenus i Jowisz, ta pierwsza trochę niżej. Wyglądało to tak, jakby miały za chwilę uderzyć jedna po drugiej w Palaną Gerę, rozpruć jej łono do najgłębszej głębi, gdzie drzemią stare bogi, wznieść w powietrze zalegające w trzewiach wzgórz błoto, zgniłe liście i bukwy, aż zasypałyby cały świat. Nie było dotąd układu planet równie przerażającego.
Ale Szela nie patrzy w gwiazdy – spogląda w południowy horyzont, wypatrując posiłków od Kajzera, z Wiednia. Kajzer wszak obiecał, obiecał przed laty ustami starosty tarnowskiego, że Szeli nie opuści, że go w walce z panami wspomoże. A słowo Kajzera nie wiatr przecież.
Wygląda więc Szela posiłków z Wiednia i wygląda, i nie wie jeszcze, że mu Kajzer ani jednego hajduka nie pośle, bo go właśnie zastrzelili hen, daleko, w Sarajewie.
« 1 7 8 9 10 11 »

Komentarze

28 XII 2012   16:12:03

Bardzo ładne. Marquez w "Stu latach..." tak naprawdę ani na chwilę mnie nie wciągnął, a "Tamdarej" owszem. Pewnie trochę dlatego, że klimat jest mi bliższy, bardziej zrozumiały, bardziej swojski niż ten z powieści Latynoamerykanina. (Nawet jeśli jestem i zawsze byłem z Wielkiego Miasta, to oczywiście do Dębicy mam bliżej, dosłownie i w przenośni, niż do Kolumbii). Na pewno jednak duża w tym zasługa zręczności autora. Muszę przyznać, że w "Tamdareju" potencjalne, alternatywne światy przechodzą bardzo płynnie jeden w drugi, w historię, w mit oraz los bohaterów. Z przyjemnością pozwoliłem się unieść narracji i czekałem na klejnociki -- jak metafizyczne uwagi o jedności, czy wizje artysty, który poprzez sztukę ma moc półboską, wielki wpływ na ludzi i rzeczywistość. Poza tym nawet chwilami wierzyłem w bohaterów i się o nich martwiłem.

Mimo wszystko realizm magiczny nie jest konwencją, która mi odpowiada. Moim zdaniem lepszą dlań nazwą byłby "nierealizm magiczny". Zbyt nieprawdziwy, właściwie wszystko może się zdarzyć bez uzasadnienia. Raz na jakiś czas mogę coś takiego poczytać, ale preferuję czytanie opowieści ze ściśle wykreowaną rzeczywistością, czytanie o przeżyciach postaci, z którymi (nawet przez sam tylko fakt, że konstrukcja świata ogranicza ich możliwości) jestem w stanie odczuwać prawdziwą więź empatii. Dlatego wolę choćby -- przykład pierwszy z brzegu -- fantasy.

07 X 2020   11:08:49

Gratulacje z okazji zdobycia tegorocznej nagrody literackiej Nike! Oby tak dalej!
Ajwenhoł, serdecznie pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.