Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 8 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna ‘Cranberry’ Nieznaj
‹Nocą wszystkie koty są czarne›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna ‘Cranberry’ Nieznaj
TytułNocą wszystkie koty są czarne
OpisAnna „Cranberry” Nieznaj (ur. 1979 r.), absolwentka matematyki, programistka. Mężatka, ma dwoje dzieci, mieszka w Lublinie. Debiutowała w 1996 r. pod panieńskim nazwiskiem Borówko. Publikowała w Science Fiction, SFFiH, Esensji, Fahrenheicie i Szortalu. Laureatka konkursów Pigmalion Fantastyki 2010 („Kredyt”) i „Science Fiction po polsku 2” w 2013 r. („Dziewczynka ze strychu”), finalistka Horyzontów Wyobraźni 2011 („Cyberdziadek”).
„Nocą wszystkie koty są czarne” to samodzielne opowiadanie będące częścią dłuższej historii o genetycznie modyfikowanych agentach wywiadu.
Gatuneksensacja, SF

Nocą wszystkie koty są czarne

1 2 3 9 »
Po chwili na dachu i tarasie bungalowu zamajaczyły sylwetki w hełmach, z bronią długą. Koty przechodziły różne szkolenia, ale nikt ich do zajmowania budynków nie używał. Byłoby to jak wbijanie gwoździ laptopem – niby można, ale kosztowne to i niezbyt skuteczne.

Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Nocą wszystkie koty są czarne

Po chwili na dachu i tarasie bungalowu zamajaczyły sylwetki w hełmach, z bronią długą. Koty przechodziły różne szkolenia, ale nikt ich do zajmowania budynków nie używał. Byłoby to jak wbijanie gwoździ laptopem – niby można, ale kosztowne to i niezbyt skuteczne.

Anna ‘Cranberry’ Nieznaj
‹Nocą wszystkie koty są czarne›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna ‘Cranberry’ Nieznaj
TytułNocą wszystkie koty są czarne
OpisAnna „Cranberry” Nieznaj (ur. 1979 r.), absolwentka matematyki, programistka. Mężatka, ma dwoje dzieci, mieszka w Lublinie. Debiutowała w 1996 r. pod panieńskim nazwiskiem Borówko. Publikowała w Science Fiction, SFFiH, Esensji, Fahrenheicie i Szortalu. Laureatka konkursów Pigmalion Fantastyki 2010 („Kredyt”) i „Science Fiction po polsku 2” w 2013 r. („Dziewczynka ze strychu”), finalistka Horyzontów Wyobraźni 2011 („Cyberdziadek”).
„Nocą wszystkie koty są czarne” to samodzielne opowiadanie będące częścią dłuższej historii o genetycznie modyfikowanych agentach wywiadu.
Gatuneksensacja, SF
Jak zawsze wzbudzili nieufność. Nikt im jej nie okazał, ale przecież właśnie po to byli – żeby wyczuć takie rzeczy, z nieświadomych gestów, drgnień mięśni twarzy. Szli we troje pomiędzy mundurowymi przez lądowisko zalane obezwładniającym, cudownie jaskrawym blaskiem śródziemnomorskiego słońca. Wyróżniali się wszystkim: cywilnymi ciuchami, jasną, nieopaloną skórą, kolorem włosów – Sanja ruda, a Peter i Majka pięknie, archetypicznie jasnowłosi, jak ucieleśnienie bezpiecznej północy na trwającym w gotowości bojowej unijnym południu.
Grecy, Włosi i – zwłaszcza – Hiszpanie zazwyczaj byli przekonani, że z Londynu czy Berlina sprawy wyglądają znacznie bardziej niewinnie. Nieco egzaltowana patriotycznie Maja Szymczyk, nie bez powodu zwana przez kumpli „Lwie Serce”, powiedziała kiedyś, że Ateny od zielonych sztandarów Kalifatu Rijadzkiego dzieli tylko kawałek usianego kamienistymi wysepkami morza i dwa największe lotniskowce świata – twierdza Kreta i twierdza Cypr. Sanja Popović, choć mniej skłonna do propagandowo malowniczych porównań, zgadzała się z drugą Kotką co do meritum.
O ile większości wojskowych trójka młodych cywili wydawała się tylko podejrzanymi turystami (znowu jakieś szwedzkie książątko na wizycie szkoleniowej?), o tyle prowadzący ich przez teren jednostki kapitan Dimitris Katranidis prezentował klasyczny zestaw reakcji na Koty: niepokój, próba nadmiernego panowania nad swoim zachowaniem – żeby się „czegoś” niepotrzebnie o nim nie dowiedzieli, ciekawość, irytacja, że wplątał się w sprawę takiej rangi, że musi teraz bawić tu jakichś genetycznie modyfikowanych agentów, co to nie wiadomo, czego się w zasadzie po nich spodziewać. Bo plotki chodzą na ten temat najdziksze, mało kto ich na własne oczy widział. A jak już oto Dimitris zobaczył, to w zasadzie może powiedzieć tylko, że co innego sobie wyobrażał. Choć, spytany dokładniej, nie umiałby powiedzieć, co mianowicie.
„Najlepsze jeszcze przed nami” – pomyślała wisielczo Sanja. „Jak zaczniemy obwąchiwać trupy, wtedy dopiero gospodarze zapałają do nas ciepłym uczuciem.”
Zatrzymała się przed wejściem do budynku i omiotła spojrzeniem ciągnącą się za murami jednostki dzielnicę Cholargos. Zbudowana wysoko na wzgórzach, była ponoć luksusowo chłodna jak na ateńskie warunki. Powietrze pachniało rozgrzanym betonem, smarem samochodowym i bezpiecznie – ludźmi. Gdzieś zza ogrodzenia płynęła kwiatowo-cytrusowa nuta, zmieszana z kwaśnym smrodkiem najbliższego śmietnika, który jednak nie był dla Kotki obrzydliwy. Był konkretną informacją: co tam gniło, od jak dawna i co z tego można by jeszcze ewentualnie zjeść, gdyby życiowe okoliczności przymusiły. Co nie zmieniało faktu, że Sanja liczyła raczej na tzatziki i smażone kalmary w jakimś przyjemniejszym miejscu niż śmietnik.
No, ale najpierw jednak te trupy. Za to im płacili ofiarni europejscy podatnicy, zatrwożeni o los demokracji, praw człowieka oraz pełni troski o zachodni model cywilizacji. Sanja zastanawiała się czasem, jak jej własne istnienie miało się do praw człowieka.
„Lwie Serce” Szymczyk przeżegnała się po katolicku, kiedy mijali białą kopułę przyszpitalnej cerkiewki. Dla niej każda wizyta na południu oznaczała kolejny krok przygotowań do wyprawy tam – za skrawek ciemnego morza. Maja byłaby świetnym krzyżowcem, tylko niestety nie miała już czego odbijać z rąk innowierców. Nawet, jeżeli założyć, że w multikulturowej Europie ktokolwiek zawracałby sobie głowę walką o kawałek ziemi mający wyłącznie znaczenie symboliczne. Kanał Sueski – to prędzej byłoby coś wartego burzenia pozornej, zimnowojennej stabilizacji, która powstała, kiedy Kalifat połknął wszystko, co tylko dało się połknąć w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, a potem Arabia oraz Unia przyczaiły się i nawiązały stosunki dyplomatyczne, reorganizując się tymczasem wewnętrznie i zbrojąc na potęgę.
Popović wiedziała, że już zbyt długo gapi się na zakryte kolorowymi markizami balkony bloków na Cholargosie. Katranidis może i z pozoru wygląda na faceta flegmatycznego, wiecznie trochę sennego – to przez te opadające powieki – ale w rzeczywistości jest mocno niecierpliwy.
Nagle Kotka spojrzała w górę, łowiąc daleki dźwięk wirnika. Grecki kapitan podążył za jej wzrokiem, z trudem rozpoznając majaczącą na tle głębokiego błękitu czarną plamkę.
– Szef leci do pracy – wyjaśnił. – Codzienne o tej samej porze. Ma dom na wyspie.
Popović skinęła głową. Szkoda, że jej tata musiał robić karierę akurat w Polsce, pomyślała z przekąsem. O ileż milej byłoby być córką greckiego generała.
– Słyszysz helikopter? – Katranidis wreszcie odważył się przejść do fazy jawnych pytań. – To znaczy – spojrzał przelotnie na Majkę i Petera Ruecknera – wy wszyscy słyszycie?
– Yhm. – Sanja poczuwała się do wzięcia na siebie roli interfejsu Koty-świat.
– No, teraz to chyba nawet pan słyszy – rzuciła beztrosko Szymczyk, jak zwykle bez świadomości, jak lekceważąco to zabrzmiało.
– Eeee… Tak jakby? – zawahał się Dimitris.
„Gówno słyszy, ale się nie przyzna. A już na pewno nie babie” – podsumowała Popović na własny użytek. Odwróciła się na pięcie i weszła w śmierdzący środkami dezynfekcyjnymi chłód szpitala.
• • •
Trupy były trzy, świeżutkie. Płci męskiej, w wieku od dwudziestu trzech do około czterdziestu pięciu lat. Dwa miały imiona i nazwiska, a nawet po kilka imion i nazwisk, z czego niektóre przewijały się już od jakiegoś czasu w bazach unijnych wywiadów. Zwłoki najstarszego z mężczyzn stanowiły zagadkę.
Sanja przeszła tylko najbardziej podstawowe szkolenie medyczne, ale Rueckner potwierdził później jej ocenę sytuacji – jeden oberwał w tętnicę i błyskawicznie się wykrwawił, drugi utonął, trzeci zabił się sam, bo jednak należało założyć, że nikt nie strzelałby z bliskiej odległości prosto w twarz potencjalnemu źródłu informacji.
Kotce kręciło się w głowie od zapachu krwi. Od dziecka prowadzana do szpitali i kostnic, teoretycznie uodporniona na kontakt z ludzkim bólem, umiała opanować instynktowny wstręt i chęć ucieczki. Kontrolowała nawet wyraz twarzy, zachowując pozory profesjonalnej koncentracji. Pozostałej dwójce wychodziło to lepiej – Peter jako ratownik miał więcej doświadczenia, a Majka po prostu z natury była twarda.
Popović wzięła się w garść i zrobiła, co do niej należało. Kiedy udało jej się przestać zwracać uwagę na gryzącą, alarmującą woń krwi, strachu i w jednym przypadku niewyschniętej do końca słonej wody, Kotka wyczuwała niepowtarzalną nutę zapachu każdego z mężczyzn. Jeszcze uchwytną i pozwalającą na identyfikację.
Schylona tuż nad ciałem węszyła, próbując odnaleźć jakieś podobieństwo. Potem drugi raz. I trzeci. Wreszcie stanęła z boku, po przeciwnej stronie pomieszczenia niż Grecy, patrząc na dwa pozostałe Koty, powtarzające procedurę. Kiedy skończyli, złowiła ich spojrzenia i powiedziała na głos:
– Żaden z nich.
– Ale co konkretnie żaden?
Katranidis maskował irytacją nawet nie tyle lęk – on nie z tych podatnych na zabobonne lęki – ile głębokie uczucie obcości, które narastało w obserwatorach.
– Nie jest spokrewniony z dawcą wzorca – uściśliła Popović.
„Czy moglibyśmy już stąd wyjść? Do jasnej cholery?” Może i ludziom nie przeszkadza towarzystwo trzech udręczonych przed śmiercią facetów, ale Sanja była Kotką i wbrew pozorom – jej przeszkadzało jak diabli.
– Szkoda. – Zwalisty, kwadratowy ekskomandos odwrócił się zaskakująco zwinnie i skinął na gości, żeby poszli za nim.
Popović myślała, że ciąg dalszy rozmowy odbędzie się w którymś z labiryntu połączonych podziemnymi korytarzami budynków jednostki, ale zostali znów wyprowadzeni na powietrze i wsadzeni do cywilnego samochodu.
– Zorganizowałem dla was bezpieczne mieszkanie. – Katranidis machnął ręką w stronę wzgórz. – Na Cholargosie. Jeżeli nic się nie zmieni, pewnie jutro będziecie mogli wrócić do Warszawy. Chociaż oczywiście mam nadzieję, że uda nam się dostarczyć inny… materiał do analizy.
– Może tym razem dla odmiany żywy? – palnęła Sanja, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Dimitris rzucił jej długie spojrzenie.
– Oby. Nie ja kierowałem tamtą akcją i nie ja ją spieprzyłem. Moi szanowni koledzy mieli złapać przemytników. Złapać, a nie wystrzelać, potopić oraz podziwiać, jak topią i strzelają się sami.
Grek prychnął, wzruszył ramionami i odpalił silnik.
– Teraz mam robotę, ale może wyjdziemy gdzieś wieczorem? – Pytanie skierowane było jakoś pomiędzy siedzącą z przodu Sanję a jasnowłosą Maję na tylnym fotelu, z pominięciem Petera. Oczywiście na pewno dlatego, że do niego Katranidis musiałby się odwrócić o pełne sto osiemdziesiąt stopni. Na pewno była to jedyna przyczyna. Popović uśmiechnęła się pod nosem.
1 2 3 9 »

Komentarze

25 IX 2013   22:40:50

Muszę powiedzieć, żeee... podobało mi się, nawet bardzo.
Akcja toczyła się wartko, ale bez zbędnego pośpiechu i w sposób dla mnie przynajmniej nieprzewidywalny. Zakończenie okazało się w pełni satysfakcjonujące i świetnie rozegrane.
A jako piękne dopełnienie, ten śródziemnomorski klimacik.

02 X 2013   13:57:12

Może nie od samego początku mnie wciągnęło, ale potem było coraz lepiej. Całkiem wartka akcja, ciekawie rozwinięta. Sam pomysł wykorzystania modyfikowanych agentów jest frapujący. Koty mają te same zdolności, ale różnią się pod względem osobowości. To sprawia, że każdy z nich ma w sobie coś charakterystycznego tylko dla siebie. Fajnie napisane. Podobało się.

07 X 2013   16:52:47

Musiałem czytać na raty, bo długie:)
Nie zawiodłem się. Wartka akcja, wciągająca historia, choć na początku jest trochę nudnawo. Sam pomysł bardzo dobry.
Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Gwiezdne wojny: Padawanka
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Drapieżnik
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Szczeniaki
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Jango i Boba
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Przed burzą
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Bliźniaki
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Obława
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Światełko
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Mos Eisley 2000
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.