Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 sierpnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Kamil Krupiński
‹Chłód›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKamil Krupiński
TytułChłód
OpisAutor pisze o sobie:
Kamil Krupiński (tzn. ja), rocznik 1983, studiuje historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opowiadania (z częstotliwością jednego na rok) pisze od trzech lat. Interesuje się, oprócz historii i literatury, także sztuką, kinem, podróżami i, po dyletancku, filozofią.
Gatunekgroza / horror, realizm magiczny

Chłód

1 2 3 5 »
Patrzyłem przez chwilę na nieruchome wagony i słabe światła na peronie. Jedna z latarń zamigotała nagle i zgasła. W chwilę później zgasła druga, bliżej mnie. A po niej następna.

Kamil Krupiński

Chłód

Patrzyłem przez chwilę na nieruchome wagony i słabe światła na peronie. Jedna z latarń zamigotała nagle i zgasła. W chwilę później zgasła druga, bliżej mnie. A po niej następna.

Kamil Krupiński
‹Chłód›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKamil Krupiński
TytułChłód
OpisAutor pisze o sobie:
Kamil Krupiński (tzn. ja), rocznik 1983, studiuje historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opowiadania (z częstotliwością jednego na rok) pisze od trzech lat. Interesuje się, oprócz historii i literatury, także sztuką, kinem, podróżami i, po dyletancku, filozofią.
Gatunekgroza / horror, realizm magiczny
- Śmierć, oprócz tego, że jest zapewne ostatnim momentem w życiu człowieka, jest też chyba najważniejszym. - Mówi wysoki o twarzy żuka. - Niewielu ludzi tak ją jednak traktuje. Najczęściej negują jej istnienie w myśl starożytnej zasady "dopóki jestem, nie ma śmierci, kiedy ona nadejdzie, mnie już nie będzie". I najczęściej postępujący tak mają słuszność.
- Najczęściej, ale nie zawsze. - Przerywa mu mały, o oczach jak odłamki granitu. Ma piskliwy głos i świszczący oddech, a stoi tuż za mną. Czuję się jak na przesłuchaniu, choć tylko ja tutaj słucham.
- Są bowiem momenty - kontynuuje myśl towarzysza ten żukowaty - gdy dłużej nie można już zaprzeczać; gdy to, co odległe i na wpół nierealne, staje się rzeczywistością i to rzeczywistością kłującą w oczy. Nie trzeba do tego wiele. Nie każdy musi przeżyć zatrzymanie akcji serca, by zrozumieć całe znaczenie słowa "śmierć". Wystarczy przecież poczuć ból straty kogoś ważnego, co każdego człowieka w życiu dotyka. Może nawet wystarczy przespacerować się wieczorem po cmentarzu, ujrzeć majestat egipskich piramid lub prastarych kurhanów, albo odwiedzić muzeum i zobaczyć barokowy dance macabre. - Przemawia powoli, tonem nauczyciela znużonego ignorancją uczniów, a jego dziwaczne, cienkie wąsiki podrygują na twarzy jak porażone prądem dżdżownice,
Milknie na chwilę, ni to dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów, ni to dla zaczerpnięcia oddechu. Wstaje ze swojego fotela i uderza gwałtownie cienką dłonią w zniszczoną powierzchnię biurka. Niedobrze mi się robi, gdy z zainteresowaniem ogląda rozgniecioną na miazgę muchę. On oczywiście tego nie zauważa, lub raczej nic go to nie obchodzi. Milczenie przedłuża się. Wreszcie żukowaty wznawia wykład, siadając znów w fotelu.
- Wielu ludzi zapomni pewnie o niedawnym przeżyciu, wspomnienia bowiem odchodzą w niepamięć szybciej, niż może się wydawać. Sprawy, które nie pozwalały spokojnie spać, powodowały ataki serca, albo depresję, stają się nieistotne; co więcej - obce i nieciekawe. Nie ma w tym nic dziwnego. Każdy człowiek ma tą naturalną i zbawienną umiejętność zapominania.
Ale nie każdy zobaczył śmierć na własne oczy. - Myślę.
- To prawda. - Odpowiada wysoki. - Ale On nie jest dokładnie śmiercią.
- Więc czym jest?
Czuję się, jakbym zadał pytanie, którego wszyscy chcieli uniknąć. Znowu zapada milczenie, ale nie cisza. Słychać ponure skrzypienie belek więźby dachowej. Na dole, w szczelinach gotyckich murów bazyliki Najświętszej Marii Panny, wyje lodowaty wicher. Jedyne źródło światła na poddaszu stanowi chwiejąca się na długim nagim kablu żarówka. W plątaninie belek biegają wydobywane przez nią cienie. W półświetle wiruje stary kurz. Olbrzymie wnętrze sprawia wrażenie zupełnego opuszczenia.
Chwila milczenia, podkreślana poświstami wiatru i upiornym skrzypieniem znowu się przedłuża. Wreszcie mały pewnym krokiem obchodzi moje krzesło i przygląda mi się wnikliwie, jakby zastanawiał się, czy jestem godzien tego, by mi odpowiedzieć. Syczy. Wydaje się, że się uśmiecha, ale nie jestem pewien, bo zasłania sobą żarówkę. Po chwili odwraca się bokiem do światła i znowu widzę te jego dziwaczne oczy. Czarne, ale bez połysku. Wydaje się, że po prostu wchłaniają każde światło, które się do nich zbliży. Jak czarna dziura.
- Nie wiemy. - Mówi wreszcie. Choć spodziewałem się, że coś powie i słyszałem już jego głos, podskakuję na krześle, które niebezpiecznie trzeszczy. Oni nawet nie drgną. Oddycham głęboko przez nos, by nie wciągać do płuc nagromadzonego tu kurzu. Po sześciu oddechach odwracają się do mnie obaj.
- My Go nie nazywamy. - Odzywa się żukowaty. - Nie wiemy, czym On jest. Ale jedno wiemy na pewno. On jest groźniejszy niż wszystko, co ludzkość mieściła pod pojęciem śmierci. Jak wygląda, sam wiesz. - Po raz pierwszy zwraca się do mnie bezpośrednio.
- Ludzie, którzy go spotkali i przegrali z nim - ciągnie po chwili - nie umierają, tylko znikają.
Nie rozumiem, więc po chwili wyjaśnia.
- Nikt ich już nigdy nie spotkał. Nie wiemy, co się z nimi dzieje. Ale oni nie umierają.
Nagły poryw wiatru potrząsa żarówką. Mam dziwaczne wrażenie, że postacie obu mentorów nieznacznie kołyszą się pod nagłym uderzeniem wiatru przesączającego się przez szczeliny w dachu. Żarówka migocze i gaśnie, widać iskierki spięcia wysoko nad nami. Zapada zupełny mrok, Nie widzę nic, a co dziwniejsze, nie słyszę świstu oddechu czarnookiego. Siedzę w zupełnym bezruchu, gdy moje oczy stopniowo przyzwyczajają się do ciemności. Po dłuższej chwili mogę już dostrzec zarysy oświetlanych nikłym odblaskiem lamp Krakowa, poszarzałych od starości belek podtrzymujących dach kościoła.
Pomieszczenie jest puste, nie ma biurka, fotela, nie ma dwóch dziwnych nieznajomych.
• • •
Po raz pierwszy ujrzałem ich w ponury poranek na początku września, a więc dwa tygodnie temu. Od początku mi się nie spodobali. Wsiedli do tramwaju przy dworcu i przez tłum przedarli się na tył wagonu, gdzie stałem oparty o barierkę osłaniającą okno. Stanęli przede mną i zaczęli mi się przyglądać. Zirytowany, ostentacyjnie odwróciłem się do brudnej szyby i wyjrzałem na zewnątrz.
Za dworcem "czternastka" zjeżdża ulicą Lubicz w dół, pod stary wiadukt pod torami kolejowymi. Miejsce to zawsze jest dość ponure, bo wysokie, pociemniałe od spalin przedwojenne kamienice zwieszają się nisko nad ulicą. Ale w taki pochmurny dzień jest tam ciemno, jak w barokowym kościele. Na szczęście tramwaj jechał szybko. W przeciwnym razie wobec dużej wilgotności i bezruchu powietrza, w zagłębieniu pod wiaduktem zrobiłoby się potwornie duszno.
Patrząc na zewnątrz zauważyłem, że przejściem dla pieszych, równoległym do ulicy Lubicz, przechodzi w półmroku dwóch ludzi o charakterystycznych posturach. Nie dostrzegłem szczegółów, ale... Jeden wysoki i tęgi, o wydłużonej, końskiej twarzy nosił czarną, pogrzebową marynarkę; drugi, niższy chyba o pół metra, łysy, zasuszony, ubrany był w szary sweter i jakieś ciemne spodnie - może czarne, a może ciemnozielone, choć niewykluczone też, że granatowe. Szli chyba bardzo szybko, skoro zauważyłem ich ruch stojąc w jadącym tramwaju. Dopiero po chwili zorientowałem się, że ci ludzie są niezwykle podobni do tych dwóch, którzy zirytowali mnie swym wścibskim wzrokiem w e w n ą t r z pojazdu...
To niemożliwe, pomyślałem, przecież nie mogli nigdzie wysiąść. Stoją na pewno za mną. Co najwyżej odeszli w głąb wagonu, by znaleźć nowy obiekt obserwacji. Wolałem się jednak upewnić, zanim tramwaj dojedzie do przystanku na skrzyżowaniu z Rakowicką. Odwróciłem się. Nieznajomych oczywiście nie było, ani na tyle tramwaju, ani bliżej przodu. Gdy pojazd, trzęsąc się na rozjazdach i szarpiąc przy hamowaniu, zatrzymał się wreszcie na przystanku, dokładnie przyjrzałem się wysiadającym, ale nie dojrzałem nikogo podobnego. Zapytałem o nich nawet kobietę, która zajmowała ostatnie miejsce siedzące po lewej stronie. Nikogo nie widziała.
Nie wiem czemu, ale to wydarzenie przypomniało mi inne, sprzed półtora roku. Pozornie te dwa wypadki nie miały ze sobą nic wspólnego. Może tylko pewne szczegóły, co czyniło je nawet bardziej niepokojącymi.
Był to jeden z tych dni, które pomimo chłodu i wszechobecnej szarości oznajmiają zbliżającą się powoli wiosnę. Może skojarzenie to nasunęło mi się właśnie z powodu pogody; wtedy również było pochmurno, do tego nadchodzący wieczór rozciągał do niemożliwych długości słabo zaznaczone cienie drzew i słupów trakcyjnych stojących przy torach linii kolejowej Tarnów - Kraków. Podróż na tej trasie trwa godzinę i czterdzieści minut, więc do Krakowa pociąg dociera już po zmierzchu.
Jechałem w prawie pustym przedziale drugiej klasy. Zaledwie dwóch czy trzech pasażerów siedziało przede mną. Podróż dłużyła się, uprzykrzały ją niewygodne siedzenia o zupełnie pionowych oparciach, twarde i zimne. Ogrzewanie nie działało, a drzwi na korytarzyk nie domykały się. Wiało.
Próbowałem czytać, kiedy pod wpływem wstrząsów nagle odsunęły się drzwi do przedziału po drugiej stronie korytarzyka. Do mojej części wagonu wlało się lodowate, nasycone wilgocią powietrze. Pomyślałem, że musi tam być otwarte okno i zdziwiłem się, że nikt z pracowników lub pasażerów tego nie zauważył. Początkowo zamierzałem to zignorować, ale szybko okazało się to niemożliwe – przemarzłbym na wskroś.
Niechętnie wstałem, wszedłem na korytarzyk i szarpnąłem suwane drzwi. Ani drgnęły. Pociągnąłem mocniej i uzyskałem tylko tyle, że o jakąś ostrą blaszkę przy zamku drzwi rozciąłem sobie rękaw kurtki. Zrezygnowany odwróciłem się w stronę drzwi zewnętrznych.
Za brudną szybą widać było tylko ciemność. Ale nie był to zwyczajny brak światła, lecz płynny, gęsty mrok. Wsączał się on niepostrzeżenie, jak trujący gaz, do wnętrza wagonów. Nie dawał prawa głosu nędznym światłom pod sufitem, tak jak nie mogły go pokonać żadne światła na zewnątrz - ani latarnie, ani okna domów, ani blask ognia...
Cofnąłem się odruchowo od drzwi i stanąłem zdezorientowany pośrodku korytarza. Nie czułem nawet lodowatego podmuchu z sąsiedniego przedziału. Dopiero po chwili, gdy pociąg szarpnął i zaczął zwalniać, otrząsnąłem się z dziwnego zamroczenia. Odwróciłem się i zrobiłem dwa kroki.
1 2 3 5 »

Komentarze

20 IV 2020   13:17:29

Najbardziej mną wstrząsnęły dwie kanapki z serem topionym na kolację. Toż to prawdziwa zgroza!!!

20 IV 2020   13:49:08

Hmmm, nie rozumiem. Kanapka z serem topionym jest OK.

09 VII 2020   13:17:38

bez serka topionego trudno byłoby przełknąć tę historyjkę

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.