Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Szymon Teżewski
‹Żytnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSzymon Teżewski
TytułŻytnia
OpisAutor pisze o sobie:
Studiuję trudny kierunek, dzięki czemu mam dobre wytłumaczenie dlaczego moja wielka powieść powstaje w tempie iście ślimaczym. Niniejsze opowiadanie jest luźną kontynuacją tekstu „O Babce, zwanej Znachorką”.
Gatunekrealizm magiczny

Żytnia

1 2 »
Bladym świtem Wojciech wsiadł na rower i pojechał w las. Trochę się gubił, bo nie był u Babki już pewnie od kilkunastu lat. Właściwie to nawet nie był pewien, czy ma jeszcze gdzie jechać. Ludzie przestali się Babki radzić, choć nie przestali bać.

Szymon Teżewski

Żytnia

Bladym świtem Wojciech wsiadł na rower i pojechał w las. Trochę się gubił, bo nie był u Babki już pewnie od kilkunastu lat. Właściwie to nawet nie był pewien, czy ma jeszcze gdzie jechać. Ludzie przestali się Babki radzić, choć nie przestali bać.

Szymon Teżewski
‹Żytnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSzymon Teżewski
TytułŻytnia
OpisAutor pisze o sobie:
Studiuję trudny kierunek, dzięki czemu mam dobre wytłumaczenie dlaczego moja wielka powieść powstaje w tempie iście ślimaczym. Niniejsze opowiadanie jest luźną kontynuacją tekstu „O Babce, zwanej Znachorką”.
Gatunekrealizm magiczny
Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Przyszedł sierpień i słoneczna pogoda, wymarzony czas na zbiór żyta. W tym właśnie celu Janek Wójcik przyjechał z Komaszówki z kombajnem. Jak co roku miał kosić w całej wsi, bo roboty to było góra na tydzień. Jego siedmiotonowy Bizon za jednym zamachem kosił i młócił, a potem wystarczyło tylko przejechać prasą i słoma była elegancko sprasowana w ciuki.
Dobra maszyna taki kombajn, nie to co kiedyś…
W tym roku Wójcik zaczął pracę od Radziwonów. Żniwa szły gładko, zboże ani było pokładzione, ani zamoknięte, więc koło południa zrobili sobie wszyscy przerwę. I o ile sam Radziwon z synem poszli do domu, to Janek stwierdził, że ma w kombajnie co mu trzeba i zdrzemnie się na polu. Nie lubił dodatkowo jeść u ludzi, bo obawiał się, że mogą sobie wtedy słono za taki obiad policzyć i chcieć mniej mu potem zapłacić. Kłócić się nie lubił, toteż wolał unikać takich sytuacji.
Po godzinie wrócili Radziwonowie i zastali Janka głośno chrapiącego w kabinie. Zbyt głośno. Przestraszyli się, bo prawie się tym chrapaniem dusił. Zaczęli go budzić, ale poskutkowało dopiero wylanie mu na głowę butelki wody i siarczysty policzek. Janek był wyraźnie przestraszony, głośno dychał, a źrenice miał jak spodki.
– Janek, co się stało? Chrapałeś jak stary Papaj!
– Gdzie ta kurwa! – krzyknął Janek i splunął. – Dajcie papierosa.
– Janek – Radziwon sięgnął do kieszeni po zmiętą paczuszkę – jaka kurwa?
– Żebym ja wiedział jaka! Kurewska, diabeł ją trącał – zaklął tamten i splunął jeszcze raz.
Okazało się, że z dalszych żniw nici – nie dość, że Janka bolała okrutnie głowa, to jeszcze kombajn zwyczajnie nie chciał dać się odpalić, choć Wójcik zawsze go przed żniwami skrupulatnie przeglądał i każdą zużytą część zaraz wymieniał.
I mimo że wszyscy pytali Wójcika o to, co się stało, on zawziął się w sobie i nikomu już więcej słowa o żadnej kurwie nie powiedział. W ogóle mało co mówił, przeprosił tylko krótko, zostawił kombajn na polu, a sam wsiadł w autobus i pojechał do domu.

Jednak ludzie mieli już swoje wersje tej jaśkowej przygody. Wedle jednych Wójcikowi pokazała się nieżyjąca żona, która to poprzedniej zimy zmarła na raka żołądka. Ale żony by przecież kurwą nie nazywał, jak zauważył stary Wojciech.
Inni z kolei mówili, że pewnie się zwyczajnie spił jakimś źle oczyszczonym samogonem, a jeszcze inni twierdzili, że dostał udaru słonecznego.
Sam Wójcik nie mówił nic – na drzwiach tylko wywiesił kartkę, że w tym roku z kombajnem nie będzie jeździł.

Tymczasem żyto już zżółkło, a w tym roku kłosy były niespotykanie nabrzmiałe. Wszyscy jak jeden mąż postanowili, że trzeba jak najszybciej znaleźć innego kombajnistę. Takiego, co się roboty na słońcu nie boi i skończy żniwa zanim, nie daj Bóg, przyjdą deszcze.
W końcu zgłosił się Marek Pycz z Dolistowa, który wprawdzie miał stary kombajn, w dodatku zaniedbany, i sporo ziarna na polu zostawiał. Z tego powodu nikt go już w tym roku do roboty brać nie chciał, ale lepszy rydz niż nic jak to mówią.
Pycz dokończył więc pierwszego dnia kawałek u Radziwonów, a wieczorem śmiał się z chłopami przy butelce z Janka Wójcika.
– Ten ci dopiero kombajnista! Chwilę na słońcu posiedział i już fiksuje!
– Kiedy nigdy tak nie miał, a będzie już z pięć lat, jak u nas rok w rok kosi – zauważył stary Wojciech. – I on o swój kombajn dba przynajmniej… – dodał.
– Zestarzał się, zdrowie już nie te, żona jemu zmarła… Mnie tam szkoda chłopa – powiedział inny.
– Tobie Pycz pewno nie szkoda, bo dla ciebie to dobry zarobek! – gruchnął śmiechem Wojciech. – Może ty gdzie sam jego na polu przestraszył, bo cię nikt wziąć nie chciał – dodał już bardziej poważnie.
Wszyscy zaczęli się śmiać, ale stary Wojciech uniósł rękę. Momentalnie ucichł gwar, zdawać by się mogło, że nawet muchy na chwilę przestały bzyczeć.
– W okolicy już wiele kombajnistów nie ma. Patrz, żeby i ciebie kto nie przestraszył…

Jednak następnego dnia nikt Pycza nie wystraszył. Kombajnista śmiał się jak wcześniej. Trzeciego dnia natomiast… mocno zdenerwował Ostapowicza. Rozsypał od cholery żyta i trzeba je było zbierać szuflami z rżyska.
– Jak ty debilu sypiesz, że na przyczepę nie trafiasz?
– Normalnie sypię, wiatr mocny jest, to zwiewa.
– Zaraz, Pycz, jaki wiatr! Przecież nie ma wiatru! Lepiej byś coś z tym kombajnem zrobił.
Wojciech stał przy miedzy i uśmiechał się pod nosem.
– Co ty stary się śmiejesz?! – krzyknął zdenerwowany Pycz.
– Diabeł w polu tańcuje.
– Co?
– Diabeł w polu tańcuje i ci zboże zwiewa.
I rzeczywiście działo się coś dziwnego. Tumany piasku wzbijały się w jakimś miejscu w górę i tańczyły przez chwilę w powietrznym wirze. Innego wiatru nie było. Pycz się przeżegnał, ale zachował pewną siebie minę.
Tylko Radzewiczowa mówiła potem, że widziała Pycza, jak po cichu przez pole biegł do Sztabina na wieczorną mszę.

Za to nazajutrz… Pycz z Ostapowiczem przysiedli w cieniu kombajnu na miedzy. Wtem kombajnista usłyszał jakiś dziwny szum, podniósł się raptownie, zmarszczył czoło i powiedział do Ostapowicza:
– Patrz, jak zboże mocno faluje…
– Ale ty zestrachany! Diabeł w zbożu tańcuje? To tylko gadanie takie, którym babki dzieci straszą.
– Nie, tak tylko mówię.
Nie wiadomo kiedy się zdrzemnęli. Gdy Ostapowicz otworzył oczy, już się ściemniało, a jego strasznie bolały plecy. Jak nic korzonki. Podźwignął się z trudem i zaczął budzić Pycza.
Nie dawało to jednak rezultatu. Zaczął go cucić, ale ten dalej nie otwierał oczu. W końcu, wyginając się jak ruski paragraf i ręką uciskając bolące plecy, pobiegł gospodarz do domu i zadzwonił na pogotowie.
Lekarz stwierdził, że to pobicie. I to nie byle jakie. Obie nogi połamane. Do wsi przyjechała nawet policja i przesłuchała wszystkich po kolei. Ale w pobliżu nie było nikogo, Ostapowicz nic a nic nie słyszał, a Pycz… Pycz coś ciągle mówił o tańcu. Najwyraźniej głowę mu też obili ci nieznani sprawcy.

Sołtys zaczął swoje prywatne dochodzenie. Miał teorię, wedle której komuś zależy na tym, żeby wygryźć całą konkurencję wśród kombajnistów, a następnie podnieść cenę usługi. We wsi jednak od dawna nie widziano nikogo obcego. Podejrzenia padły nawet na starego Wojciecha, który skomentował to mówiąc:
– Chyba się z krową na rozum pomienialiście.
Co wystarczyło do oddalenia wszelkich zarzutów. Sołtys przestał więc szukać przebiegłego kombajnisty, a zaczął szukać jakiegokolwiek, bo żyto u wielu dalej stało nieruszone. Jednak nawet z tym był ogromny problem. Wszyscy kombajniści zajęci byli przynajmniej na tydzień wprzód, a z południa kogoś sprowadzać? To mogłoby się nie opłacać, bo był urodzaj i żyta nie brakowało.
Z kolei babki z kółka różańcowego miały swoją teorię: to działanie złych mocy, diabła, szatanistów albo kogoś obłąkanego. Chciały zamówić nawet mszę, ale ksiądz ze Sztabina tylko się uśmiechnął i powiedział, że bardzo mu przykro, ale w najbliższym czasie nie ma wolnych intencji. Zresztą co miałby powiedzieć? Módlmy się w intencji pomyślnych żniw w Krasnoborkach, ażeby im tam żaden diabeł kombajnistów nie bił?

To nie był koniec dziwnych wydarzeń. Późnym wieczorem do starego Wojciecha przybiegła zapłakana matka małej Basi. Okazało się, że Basia nie wróciła z innymi dziećmi na kolację i nie było jej już od pięciu godzin. Wszyscy sąsiedzi już jej szukali, ale Wojciech najlepiej znał wszystkie ścieżki i najlepiej mógłby pomóc.
– Taka mała śliczna blondyneczka? – spytał Wojciech.
– Taka mała śliczna blondyneczka, moja córka! – załkała kobieta.
Złapał więc mężczyzna latarkę, tutaj zwaną baterejką, i ruszył na poszukiwania. Bał się Wojciech, żeby się nie powtórzyła historia Zosi Szmyglowej, która przed kilku laty utopiła się w bagnie i potem tylko jej czapeczkę i rower znaleźli.
Ludzie podzielili się na grupy, a kto w wiosce nawoływania usłyszał, ten zaraz chwytał za baterejkę i szedł pomagać w poszukiwaniach.
Zewsząd słychać było okrzyki, psy głośno ujadały na łańcuchach, a pomiędzy drzewami i na polnych drogach migały korowody latarek. Zbliżała się już północ, a wszędzie paliły się światła, jak jest tylko wtedy, gdy się ludzie na pasterkę wybierają.
1 2 »

Komentarze

26 VIII 2010   23:08:37

Szacun

27 VIII 2010   09:51:03

Świetny tekst! Ładne rysunki.

08 IV 2011   09:42:38

Smutne, ale dobrze napisane, gładko się czyta.

06 IV 2014   13:13:02

Znam się na mitologii słowiańskiej i bardzo dobre opowiadanie, tylko tak dalej.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Z tego cyklu

Burza nad Łaźniami
— Szymon Teżewski

O Babce, zwanej Znachorką
— Szymon Teżewski

Tegoż twórcy

Nowotwór
— Szymon Teżewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.