Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Daniel Chemycz
‹Nieznajomy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDaniel Chemycz
TytułNieznajomy
OpisAutor pisze o sobie:
Miłośnik przemieszczania się palcem po mapie. Wierny słuchacz podróżniczych opowieści i wszelkich historii niezwykłych. Niestrudzony badacz codzienności. Coraz głębiej pogrążony w muzycznym nałogu.
Gatunekgroza / horror

Nieznajomy

1 2 »
Zmroził mnie dopiero i wyrwał z odrętwienia widok odsuniętej płyty nagrobnej, a chwilę potem kształt poruszający się ze zwierzęcą zręcznością kilkanaście metrów dalej, po mojej lewej ręce. Nie widziałem go dokładnie, ale może przede wszystkim czułem, jak oddala się pośpiesznie.

Daniel Chemycz

Nieznajomy

Zmroził mnie dopiero i wyrwał z odrętwienia widok odsuniętej płyty nagrobnej, a chwilę potem kształt poruszający się ze zwierzęcą zręcznością kilkanaście metrów dalej, po mojej lewej ręce. Nie widziałem go dokładnie, ale może przede wszystkim czułem, jak oddala się pośpiesznie.

Daniel Chemycz
‹Nieznajomy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDaniel Chemycz
TytułNieznajomy
OpisAutor pisze o sobie:
Miłośnik przemieszczania się palcem po mapie. Wierny słuchacz podróżniczych opowieści i wszelkich historii niezwykłych. Niestrudzony badacz codzienności. Coraz głębiej pogrążony w muzycznym nałogu.
Gatunekgroza / horror
Tamto lato było wyjątkowo paskudne. Często padało, a naprawdę ciepłe dni można było policzyć na palcach jednej ręki. Nie miałem pieniędzy na żaden wyjazd, więc przesiadywałem w domu, nudząc się niemiłosiernie. Czasami bawiłem się z młodszą siostrą, zwykle jednak godzinami leżałem w łóżku, nie myśląc o niczym i marnując czas. Byłem młody, głupi i nie miałem żadnego pomysłu na to, co dalej. Odsunąłem się od ludzi, tak że wkrótce zatraciłem zdolność do naturalnego kontaktu z nimi. Jedyną rozrywką były dla mnie długie spacery po mieście. Wcale nie przeszkadzał mi padający deszcz – lubiłem go nawet, bo miałem wrażenie, że akurat z nim dogaduję się całkiem nieźle. W spadających kroplach słyszałem czyjś ironiczny, wstrętny śmiech i sam uśmiechałem się, nie chcąc, żeby ten ktoś nade mną zwyciężył. Byłem nikim i ta świadomość w jakiś dziwny sposób koiła moje stany nerwicowe. Mimo to czasem, kiedy wszyscy w domu już spali, patrzyłem w burzliwe niebo z lękiem graniczącym niemal z przerażeniem. Nie byłem jednak w stanie zdobyć się na cokolwiek. Żadnych konstruktywnych działań. Tylko bezsensowne trwanie w otaczającej mnie głuchej pustce.
Zupełnie nie potrafiłem wygrzebać się z tego stanu. Co więcej, moje myśli stawały się coraz bardziej paskudne. Czasem zastanawiała mnie nawet własna przewrotność i nie mogłem pojąć, skąd biorą się chore obrazy w mojej wyobraźni. Bawiłem się tymi wizjami i zagłębiałem w nie z trwogą, ale i jakimś nieznanym dotąd podnieceniem. Pragnąłem, żeby zjawił się energetyczny impuls, który wyrwie mnie z tej otchłani, ale on nie przychodził. Nie ma niczego gorszego niż umysł rozkoszujący się swoją samotnością. Efekty takiej gry mogą być tylko złe. Niby o tym wiedziałem, jednak w tamtym okresie było mi wszystko jedno. Czułem się niechciany przez Stworzenie i ja też go nie chciałem.
W swoich spacerach zapędzałem się coraz dalej, ze szczególnym upodobaniem powracając na miejski cmentarz, który wydawał się wówczas miejscem dla mnie odpowiednim. Często do późna spacerowałem po jego alejach, odczytując napisy na nagrobkach i wymyślając historie życia tutejszych mieszkańców. Przyglądałem się ich zdjęciom i czasem nawet zazdrościłem im tego odpoczynku wśród szumu drzew i w chłodzie nocy. Nie wiem czemu, ale stali mi się bliżsi niż żyjący.
W niedługim czasie starsze kobiety, które nie mając już nikogo wśród żywych, często przychodziły odwiedzać swoich zmarłych, zaczęły mnie rozpoznawać. Nie znaczy to jednak, że mnie polubiły. O, nie. Pałały wrogością i do pasji doprowadzały je moje nieme wędrówki. Zostawałem też zawsze na cmentarzu, gdy one już wychodziły, tym mocniej wzbudzając ich niezdrową ciekawość. Mnie były one obojętne. Nie widziałem w nich niczego, co mógłbym uznać za interesujące choćby na kilka chwil. Uważałem, że są kompletnie wypalone i instynktownie przychodzą na cmentarz, bo bliżej im już do znalezienia się po tamtej stronie.
Tak więc staruszki przewijały się przed moimi oczami, nie wzbudzając we mnie emocji. Na cmentarz przychodził jednak poza nimi ktoś jeszcze. Wkrótce miałem przekonać się, iż jego osoba jest znacznie bardziej interesująca.
Zauważyłem go w czasie jednego z nocnych spacerów, kiedy wracałem już do domu. Ledwie przekroczyłem cmentarną furtę, gdy wyłonił się on. „Wyłonił” to najlepsze określenie dla sposobu, w jaki się pojawił. Tej nocy od pobliskich pól niosła się gęsta mgła i to w niej zmaterializował się nagle, jak gdyby znikąd, ten dziwny przybysz. Widziałem go z odległości jakichś trzydziestu metrów, kroczącego dość żwawo w moim kierunku. Kiedy tylko mnie spostrzegł, wyraźnie zwolnił i zaczął podpierać się laską, jakby kulejąc. Nie zdziwiłem się wtedy tą nagłą zmianą, bo sam fakt spotkania kogoś o tej porze w pobliżu cmentarza wystarczająco wytrącił mnie z duchowego marazmu. Zrobiło mi się potwornie zimno, a nogi przestały pracować normalnie; zachwiałem się nawet przez moment, tak potężny był to wstrząs. Moje serce biło w niewiarygodnym tempie. Jeszcze przez kilka chwil trwało to okropne uczucie przerażenia. Dopiero gdy nieznajomy zbliżył się nieco bardziej, rozpoznałem w nim staruszka, może osiemdziesięcioletniego, z zaskakująco gęstymi siwymi włosami, mocno rozczochranymi i niespodziewanie długimi, które bujną grzywą opadały mu na oczy. Reszta była całkiem niepozorna. Mały i zgarbiony, miał bardzo stare, pomarszczone ręce i domyślałem się, że reszta jego ciała również jest mocno naznaczona podeszłym wiekiem. Ruszyłem z miejsca, gdyż zrobiło mi się głupio, że tak stoję, jakbym czekał Bóg wie na co. Stwierdziłem nawet, że starowinka może się przestraszyć i pomyśleć, że mam wobec niego jakieś złe zamiary. Wolałem tego uniknąć. Poczułem żal, gdy tak patrzyłem na jego niezgrabny chód. Pomyślałem, że musi mieć bardzo schorowane nogi i przyjście tu kosztowało go z pewnością dużo wysiłku. Zdziwiło mnie ogromnie, że znalazł się w takim miejscu o tak późnej porze. Chciałem go nawet zagadnąć, bo pomyślałem, że może potrzebuje pomocy: zgubił się czy zapomniał drogi do domu i błądzi teraz ledwie żywy po obrzeżach miasta. Odseparowałem się jednak od ludzi na tyle, że nawet taka zwykła życzliwość była mi teraz obca, dlatego się nie odezwałem. Usprawiedliwiłem się, że staruszek z pewnością zmierza do któregoś z domów za cmentarzem. Było ich tam jeszcze kilka, nawet stąd można było dostrzec zarysy we mgle. Prawie już go minąłem, przyglądając mu się ciekawie, kiedy podniósł wzrok. W tej chwili krew odpłynęła ze mnie zupełnie. Zmiażdżony jego spojrzeniem, poczułem niewysłowioną panikę; przez moment myślałem, że zwariuję, padnę na ziemię i zacznę krzyczeć. Ja, dwudziestoletni chłopak, całkiem wyrośnięty i sprawny fizycznie, przerażony ledwie idącym osiemdziesięcioletnim starcem! To zupełnie absurdalne i z pewnością może się wydawać śmieszne tym, którzy przeżyli podobną sytuację. Ale nikt poza mną nie widział tej nocy jego oczu.
Te oczy! To nie były oczy człowieka. Człowiek nie potrafi tak patrzeć. Nawet najpodlejsi ludzie nie mają czegoś takiego w swoim wzroku. Kiedy po latach myślę, jak określić jednym słowem to, co się w nim kryło, przychodzi mi do głowy tylko jedno: zło. Sądzę, że ten jeden jedyny raz widziałem wtedy zło w czystej postaci, jego esencję, pozbawioną zdolności do odczuwania, wypraną z emocji. Była w tych oczach zwierzęcość i jakiś nieludzki gniew, nienawiść do całego świata. I niewiarygodna inteligencja. Czułem przez tę krótką chwilę, że w jego spojrzeniu skupia się cała energia chaosu, rozmyślne, obrzydliwe pragnienie czynienia zła… i tylko zła.
Staruszek wydał mi się potworem. Cała jego powierzchowność nie miała w tym momencie znaczenia. Czasem piękni ludzie noszą wewnątrz coś wstrętnego i w tym przypadku było podobnie. Wiedziałem, że wygląd tego czegoś jest tylko złudzeniem…
I jeszcze coś. Te oczy były niesamowicie młode… Żywotne tak, jak tylko można to sobie wyobrazić, pobudzone do istnienia piekielną energią. Nie widziałem czegoś takiego u żadnego z moich rzeczywiście młodych przyjaciół. Każdy normalny człowiek nosi w sobie jakąś troskę, jakąś wątpliwość, które zawsze odbijają się w spojrzeniu, nawet kiedy nie ma ich zbyt wiele. W tych oczach jednak niczego takiego nie dostrzegłem.
Nie byłem w stanie wytrzymać wzroku starca. Nie wiem, jak mogłem kroczyć dalej, ale udało mi się przejść obok niego i opanować na tyle, że nie zacząłem uciekać. Czułem niejasno, że to by mnie zgubiło, choć niemożliwe wydawało się, żeby staruszek w ogóle był zdolny do biegu. Czemu zresztą miałby mnie gonić? Jednak ten wzrok… Wbrew temu, co sądziłem, starzec nie bał się mnie ani trochę. Za to ja byłem kompletnie mokry od lodowatego potu, który oblewał całe moje ciało i sprawiał, że trząsłem się okropnie z zimna i ze strachu. Mimo to przemogłem się i spojrzałem na niego, odwracając lekko głowę, tak żeby nie zauważył. Szedł dalej swoimi malutkimi kroczkami i wspierał się na lasce z wyraźnym wysiłkiem. Minął już furtę cmentarza, najwyraźniej więc miałem rację, kiedy myślałem, że zmierza do któregoś z pobliskich domów.
Skręcając w prostopadłą ulicę, zerknąłem jeszcze raz, wiedziałem bowiem, że za chwilę stracę nekropolię z oczu. Staruszka nie było na ścieżce wiodącej do tych kilku gospodarstw znajdujących się za cmentarzem. Niemożliwe, żeby przebył ją tak szybko, nie mogłem w to uwierzyć. Chodził przecież z takim trudem… Spojrzałem w stronę grobów i po raz trzeci tej nocy wzdrygnąłem się przerażony. Siwe włosy szybko przemieszczały się wzdłuż głównej alei, reszty nie mogłem dostrzec w mroku nocy. Ta głowa poruszała się jednak tak prędko, z ogromną energią… Skręciłem w boczną ulicę i zacząłem biec; nie potrafiłem już zapanować nad strachem, czułem się osaczony i w każdej chwili spodziewałem się końca. Widziałem przed sobą tylko jego oczy…
1 2 »

Komentarze

18 IX 2014   19:45:11

Sprawnie napisane. Bogaty,barwny styl. Pierwsza część jak dla mnie nieco "wydumana". Od chwili zmian zachodzących w narratorze po pierwszym spotkaniu ze starcem, naprawdę mnie zainteresowało. Czekałam co się wydarzy. Bardzo interesujące panie Danielu.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.