Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Kuba Frąk
‹Opowieść o Agirze›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKuba Frąk
TytułOpowieść o Agirze
OpisAutor pisze o sobie:
Urodziłem się w 1991 roku w Bełżycach, od 11 lat mieszkam w Lublinie, z roczną przerwą na Kraków. Uwielbiam literaturę, piłkę nożną, skoki narciarskie i kolarstwo. No i przy sprzyjających wiatrach podróże. I kino. „Opowieść o Agirze” jest moim debiutem literackim.
Gatunekfantasy

Opowieść o Agirze

1 2 3 6 »
Agir nie odwrócił się jednak, nie zatrzymał. Biegł przez błotnistą ciemność, zaciskając dłonie na stylisku topora. Gdzieś tam, w mroku, błąkał się Hogger – nie wyobrażał sobie, aby mógł porzucić swego przyjaciela. Choć sam jeden, nie czuł strachu, był w końcu Agirem Olbrzymem, najmężniejszym spośród mężnych, najwspanialszym spośród niezrównanych wojowników Północy.

Kuba Frąk

Opowieść o Agirze

Agir nie odwrócił się jednak, nie zatrzymał. Biegł przez błotnistą ciemność, zaciskając dłonie na stylisku topora. Gdzieś tam, w mroku, błąkał się Hogger – nie wyobrażał sobie, aby mógł porzucić swego przyjaciela. Choć sam jeden, nie czuł strachu, był w końcu Agirem Olbrzymem, najmężniejszym spośród mężnych, najwspanialszym spośród niezrównanych wojowników Północy.

Kuba Frąk
‹Opowieść o Agirze›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKuba Frąk
TytułOpowieść o Agirze
OpisAutor pisze o sobie:
Urodziłem się w 1991 roku w Bełżycach, od 11 lat mieszkam w Lublinie, z roczną przerwą na Kraków. Uwielbiam literaturę, piłkę nożną, skoki narciarskie i kolarstwo. No i przy sprzyjających wiatrach podróże. I kino. „Opowieść o Agirze” jest moim debiutem literackim.
Gatunekfantasy
W tekście został użyty cytat ze „Środy popielcowej” T. S. Eliota w przekładzie Adama Pomorskiego oraz parafrazy cytatów ze „Zbrodni w katedrze” i „Dans le Restaurant”, również T. S. Eliota, za tłumaczeniem Adama Pomorskiego.
Kwietniowy dzień powoli przechodził w zmierzch. Słońce, udręczone całodzienną wędrówką, gasło w morzu, zabarwiając niebo i taflę wody czerwienią krwi. Jego blask odbijał się w ogromnym żaglu, łapczywie chłonącym swój własny kolor. Głód, olbrzymi drakkar, płynął naprzeciw słońcu, gnany zachodnim wiatrem. Za jego rufą wzbierała noc, wiodąc ze sobą stada mrocznych chmur. Agir wpatrywał się w tarczę słoneczną do ostatniego rozbłysku, po czym zamknął oczy, by odegnać majaki. Gdy je otworzył, horyzont był zupełnie opustoszały.
– Uciekło przed nami – stwierdził.
– Każdy by uciekł.
Mężczyzna, który mu odpowiedział, stał po drugiej stronie dziobu. Wysoki i trzymający się prosto, ubrany w nowy, podszyty futrem z czarnego lisa płaszcz, który Agir niedawno mu podarował, ze swą poważną i dostojną twarzą przypominał posągi, na jakie czasem można było natknąć się pośród prastarych ruin.
– Bądź gotowy. O północy dotrzemy do celu – poradził mu styrsman, patrząc przez moment w jego głębokie, ciemne oczy. Mężczyzna skinął głową w odpowiedzi.
Na imię miał Tom. W niewolę wzięli go kilka tygodni temu, podczas pierwszego z wiosennych napadów. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy dzielnie stawił im czoła. Na okręcie, gdy już odzyskał przytomność, dowiedzieli się, że jest skaldem, a feralne miejsce, w którym doszło do ich spotkania, było tylko jednym z etapów w jego podróży. Kazali mu zaśpiewać. Kiedy skończył, w oczach wielu wojowników błyszczały łzy. Agir przyrzekł wtedy, że jeżeli ułoży równie wspaniałą pieśń ku czci jego i załogi jego drakkara, w zamian zwróci mu wolność.
Od tamtej pory Tom cieszył się niemal pełną swobodą; uprzyjemniał im morskie wieczory, wziął nawet udział w ostatnim napadzie, walcząc ramię w ramię z resztą załogi, czym zaskarbił sobie ich szacunek i uznanie. Przezwali go żartobliwie Oposem1), pewnie ze względu na nocny tryb życia, jaki prowadził. Trudno jednak było uczynić go przyjacielem; zdawał się należeć do odrębnego, niedostępnego dla innych świata.
Agir szedł środkiem pokładu, spoglądając na swoich ludzi. Większość z nich spała w skórzanych śpiworach, zbierając siły przed czekającą ich walką. Niektórzy rozmawiali, jedli bądź wykonywali swoje obowiązki. Wciąż panował spokój, choć z nadejściem zmierzchu u wielu, szczególnie młodszych, którzy do załogi dołączyli w zimie, zaczynało narastać podniecenie. Gdzieniegdzie słychać było zgrzyt osełek. Na wilczym szlaku znajdowali się od początku wiosny; teraz zmierzali w kierunku trzeciej ofiary.
– Spójrz na nich, nie mogą się doczekać, aż przebierają palcami po tych swoich mieczykach. – Do Agira podszedł Krwawy Ulrik, prawa ręka styrsmana, okryty ponurą sławą, najbardziej doświadczony spośród całej załogi wojownik. I jednocześnie najstarszy – był towarzyszem ojca Agira, Torvaga, jego najbliższym przyjacielem i zaufanym człowiekiem. Gdy Torvag zginął w trakcie drugiej wojny o Złotą Wyspę, jego pierworodny syn, szesnastoletni wówczas Agir, przejął dowództwo na rodowym statkiem, Dębowym Rekinem. Krwawy Ulrik, wtedy w kwiecie wieku, przysiągł posłuszeństwo spadkobiercy swego przyjaciela. Zjadł zęby na morzu – uczestniczył w każdej wyprawie zarówno Torvaga, jak i jego syna. Choć przebiegły i okrutny, teraz drogo płacił za życie spędzone na pokładach statków. Dłonie i stopy powykręcała mu choroba stawów; tej wiosny ledwie był w stanie utrzymać swój topór, a każdy krok musiał kosztować go wiele cierpienia. Stał się zgorzkniały, złośliwością próbując przykryć nieuchronny proces starzenia. Mimo wysiłków, spod barwionego na bordowo futra, dziesiątek ozdób z korali i czerwonego złota, niezwykłej, karmazynowej kolczugi i rdzawej przepaski na czoło wyglądał jak mężczyzna, którego czas nieodwołalnie dobiegał końca.
– Ledwo odstawili ich od cycków, a już im się wydaje, że są nie wiadomo kim. Zobaczysz, jeszcze będziemy musieli ratować im tyłki. Aby tylko zejdziemy na ląd, poprzypalają sobie piórka. Myślisz, że oni w ogóle wiedzą, jak to się z babami robi?
– Pierwsza krew już za nimi, pierwsze kobiety tym bardziej. Ja bym się o nich nie martwił. A może ty zazdrosny jesteś?
– Ja zazdrosny?! Niby o co?! Byłem znacznie młodszy, kiedy pierwszy raz zabrano mnie na wilczy szlak! – Ulrik umilkł na chwilę, po czym rzucił mu pełne nienawiści spojrzenie i wysyczał – Jeszcze zobaczycie, jeszcze wszyscy zobaczycie! – Splunął na deski i odszedł swym sztywnym krokiem chorego człowieka.
Styrsman kontynuował obchód statku. Znał każdą jego deskę, każdą drzazgę; zbudował go własnymi rękoma. Snekkja ojca szybko przestała mu wystarczać, potrzebował łodzi naprawdę ogromnej, takiej, która pozwoli mu zawładnąć każdą falą, całym morzem. Głód był niemal tak potężny jak królewski okręt, służyło na nim ćwierć tysiąca ludzi, z których każdy oddałby życie za swego kapitana. Nawet Krwawy Ulrik. Przede wszystkim on.
Obok jednej z ławek wioślarskich przyklęknął Makki, wojownik z dalekiej Północy, mieszkaniec lodowych domów i myśliwy znad zamarzniętych mórz. Przez jego ozdobioną plemiennymi tatuażami twarz co chwilę przebiegały skurcze, Agir nie podszedł więc do niego, oznaczało to bowiem, że jest pogrążony w rozmowie ze swymi zwierzęcymi bóstwami. Do żeglarzy dołączył kilka lat temu, kiedy sroga zima unieruchomiła drakkar w jego kraju. Obok siebie położył kościany harpun i kieł morsa, który przytwierdzał do lewej ręki, co w rezultacie dawało niezwykłe, lecz zabójcze połączenie. Agir przekonał się o tym podczas walki z jednym z jego pobratymców. Pozostała mu po niej paskudna blizna na ramieniu.
Gdy dotarł wreszcie na rufę okrętu, usiadł na ławce sternika i trącił ramieniem Hoggera, nawigatora statku i swego najbliższego przyjaciela.
– I co, w porządku? Nikt się nie skarży? – spytał Hogger, wyciągając w jego stronę róg z miodem. – Trzymaj, robi się zimno.
Agir znał go od zawsze. Łączyły ich więzy rodowe – rudy, wesoły mężczyzna był jego starszym o trzy lata kuzynem. Z początku podziwiał Hoggera, naśladując we wszystkim – za miłość odpłacono mu miłością. Przyjazny i dobroduszny kuzyn zabierał go na przeróżne tajemne wyprawy, ćwiczył z nim walkę i zapasy, uczył żeglować. Jeszcze jako dzieciaki wykradli z rodzinnej przystani małą łódź, którą wyruszyli w wielotygodniowy rejs. Podróż, choć omal nie zakończyła się tragicznie i przysporzyła im wiele nieprzyjemności po powrocie, scementowała ich przyjaźń. W miarę jak chłopcy dorastali, zaczęło stawać się jasne, który z nich obdarzony jest osobowością przywódcy – to Agir wyrastał na wybitnego mężczyznę. Wyszedł z cienia swego kuzyna i sam okrył cieniem całą młodzież z Dębowego Wybrzeża. Jednak Hoggerowi zupełnie to nie przeszkadzało, zaakceptował ten fakt bez żadnych tarć, przez wszystkie lata pozostając oddanym i wiernym swemu towarzyszowi i dowódcy.
– Krwawy Ulrik marudzi, poza tym spokój – odpowiedział Agir, ocierając usta ze słodkiego płynu.
– Biedaczysko. Ciekawe, czy przeżyje do końca roku.
– Daleko mu jeszcze do grobu. Jest twardy.
– Był twardy – rzekł dobitnie Hogger – teraz to trzęsący się nocami starzec. Śmierć siedzi mu już na ramieniu.
Styrsman spojrzał ze zdziwieniem na swego kuzyna. Ten zacisnął usta i patrzył gdzieś w bok.
– Trzymaj – Agir podał mu róg, ale nawigator odtrącił rękę. – P i j – rozkazał w końcu.
Hogger pociągnął kilka dużych łyków, osuszając naczynie, następnie cisnął je za burtę i oznajmił, że ma już dosyć tego wszystkiego.
– Jestem zmęczony, rozumiesz? Cholera, chciałbym założyć rodzinę, ustatkować się, spłodzić normalnych dziedziców, nie tylko same bękarty po wioskach. Nie chcę już grabić. Z tych wszystkich kosztowności, któreśmy zdobyli, mógłbym postawić sobie złoty dwór. Już mnie nie ciągnie do wojaczki. Zestarzałem się. Nie chcę być jak Krwawy Ulrik, rozumiesz?
Od lat nic nie zdumiało Agira tak bardzo, jak wybuch przyjaciela, a przez ten czas naprawdę wiele zobaczył i wiele przeżył. Długo patrzył mu w oczy, zawsze tak wesołe i pełne ognia. Teraz widział w nich tylko desperację i strach. Widział w nich błaganie. Opanował się i strząsnął ręce Hoggera ze swoich ramion.
– Zostajesz dziś na pokładzie. – Wstał z ławki i zostawił kuzyna samego.
1 2 3 6 »

Komentarze

« 1 2
29 I 2014   15:38:40

A mogę poprosić o link do źródła historycznego, że taki splot istniał w wersji bojowej kolczugi.
Bo paradny 8w2 mógł się zdarzyć. Ale podkreślam paradny. W bojowych udokumentowane są 4w1 i bardzo rzadki 6w1.
Dlatego pytam czy splot smoczej łuski nie jest po prostu obecnym wymysłem?

29 I 2014   18:13:35

Co do "smoczej łuski" to zdania faktycznie są podzielone- niektórzy piszą, że taką odzież ochronną nosili wikingowie, a niektórzy, że to wynalazek współczesny. W każdym razie wykonanie takiej ochronnej odzieży i jej skuteczne użycie jest jak najbardziej możliwe;) Załączam dwa linki: http://www.dzikibez.pl/index.php/news/20/61/Kolczuga i http://www.historycy.org/index.php?showtopic=12246
I dodatkowo polecam książkę "Wikingowie" panów P.G. Foote'a i D.M. Wilsona.

29 I 2014   18:56:41

Nie. Jesteśmy wstanie powiedzieć, że można ją wykonać w obecnych warunkach czy jest skuteczna w walce nie wskazałeś. Ale z chęcią zapoznam się czy gdzieś taką kolczugę wykopano.

19 II 2014   23:37:56

Zadziwiające, myślałem, że w opowieściach fantasy wszystko jest możliwe. Zastanówmy się, czy kiedyś istniały smoki ?? Może gdzieś jakiegoś wykopano ??? Z chęcią się zapoznam.

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.