Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Antoni Nowakowski
‹Operacja „Koziorożec”›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułOperacja „Koziorożec”
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF

Operacja „Koziorożec”

1 2 3 12 »
Grupa podziemnej polskiej armii wykonała wyrok na Młynarzach – za zdradę. W odwecie powieszono pięćdziesięciu Polaków w miejscu nazywanym Bałuckim Rynkiem. Oczywiście zagipsowano im usta, żeby nie krzyczeli przed śmiercią: „Niech żyje Polska!” albo „Jeszcze Polska nie zginęła i nigdy nie zginie!” – jak to mieli we zwyczaju.

Antoni Nowakowski

Operacja „Koziorożec”

Grupa podziemnej polskiej armii wykonała wyrok na Młynarzach – za zdradę. W odwecie powieszono pięćdziesięciu Polaków w miejscu nazywanym Bałuckim Rynkiem. Oczywiście zagipsowano im usta, żeby nie krzyczeli przed śmiercią: „Niech żyje Polska!” albo „Jeszcze Polska nie zginęła i nigdy nie zginie!” – jak to mieli we zwyczaju.

Antoni Nowakowski
‹Operacja „Koziorożec”›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułOperacja „Koziorożec”
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF
Petersohnowi wydawało się, że restauracja zieje dziwną pustką – dziwną, bo winna pękać w szwach. Lokal „U Manfreda” należał do najbardziej ekskluzywnych w Berlinie: bywali tutaj wysocy rangą esesmani, oficerowie sztabu generalnego, przemysłowcy i finansiści. John kilka razy widział w bocznej sali Hjalmara Schachta, jeszcze niedawno odpowiedzialnego za gospodarkę i finanse Rzeszy, zajadającego ze smakiem obiad i przy deserze dyskutującego z Albertem Speerem, architektem Hitlera. Dwukrotnie dostrzegł siedzącego w rogu Canarisa, szefa Abwehry, oczu i uszu niemieckiej armii, delektującego się wyśmienitą zupą rakową.
Polubił to miejsce i bywał tu często, początkowo z konieczności – tego wszyscy oczekiwali od reprezentanta amerykańskiego koncernu. Smakowała mu świetna kuchnia, podobała się dyskretna elegancja, wyzbyta ciężkiego, niemieckiego przepychu. Prawie uwiodły go śnieżnobiała biel obrusów, codzienne zmieniane bukiety kwiatów na stolikach, dobra muzyka, wieczorami towarzysząca klientom. Mała orkiestra niekiedy grywała nawet standardy jazzowe, a goście w różnorakich mundurach, smokingach i szykownych garniturach słuchali ich z niekłamaną ciekawością. Wszyscy rozmawiali stonowanymi głosami i zachowywali się bardzo uprzejmie, a sale ciągle napełniali nowi przybysze, zwabieni renomą restauracji.
Nie raziła go nawet flaga ze swastyką, wcale nie największych rozmiarów, rozpięta na jednej ze ścian, pokrytej ładnie odnowioną dębową boazerią.
Teraz ledwie przy paru stolikach siedzieli goście. To było niezrozumiałe.
Trudne do wytłumaczenia, bo wszyscy szaleńczo się cieszyli: przyłączono Sudety, a wcześniej podpisano pakt monachijski. Szampan, sznaps i piwo lały się strumieniami, a gospody wypełniali rozentuzjazmowani ludzie. Każda wzmianka o Adolfie Hitlerze powodowała wiwaty. Nawet pani Müller, właścicielka dobrego pensjonatu, miejsca pobytu Petersohna w Berlinie, dawniej sceptyczna w stosunku do przywódcy NSDAP, nie kryła radości.
– Nasz wielki kraj wstaje z kolan, panie Petersen – nadmieniła z promiennym uśmiechem, odbierając rano klucz od pokoju. – Najpierw Austria, teraz Sudety. Ta czeska resztówka z Pragą szybko wpadnie nam w ręce. Moi biedni synowie i mąż cieszyliby się strasznie. Błogosławię führera, że ich śmierć nie poszła na marne. Panie Boże, ileż dobrego przed nami, jeżeli nasz wódz zrealizuje wszystkie zapowiedzi!
Petersohn bez słowa uprzejmie skinął jej głową. Czuł zadowolenie, że nawet jednym drgnięciem mięśni twarzy nie zareagował na swoje nowe nazwisko: Petersen. Już zdążył się do niego przyzwyczaić. Imię John nie budziło zdziwienia u przedstawiciela koncernu Colta, ale nazwisko Petersohn wskazywało na żydowskie pochodzenie. Musiał je zmienić, jeszcze w Langley.
Nikt nie mógł się domyślić, że jest Żydem, a jego przodkowie zginęli w komorze gazowej w Sobiborze, małej miejscowości w Polsce. Cała rodzina – oprócz prapradziadka, ukrywającego się przez pięć lat w piwnicy pod klepiskiem chłopskiej stodoły w zabitej deskami wiosce pod Biłgorajem. Nikt nie powinien wiedzieć, że w nędznej szopie przy równie nędznym zaułku, łączącym się z berlińską uliczką, ukrył szalupę czasową „Latawiec”, nadzieję NASA na odzyskanie znaczenia, a celem jego pobytu w mieście nad Sprewą jest zabicie Adolfa Hitlera – i zmienienie historii. Wszyscy powinni wierzyć, że trzydziestotrzyletni inżynier John David Petersen pragnie sprzedać Wehrmachtowi licencję na najcięższy karabin maszynowy Browninga, jeden z najlepszych na świecie, i marzy tylko o jednym – zawarciu korzystnego kontraktu.
Patrzył z namysłem na salę, starając się zrozumieć przyczynę pustki, a pamięć przywodziła wspomnienia ostatnich dni i dzisiejszego przedpołudnia. To akurat rozumiał: planował przecież, że jutro zabije Hitlera – z niezawodnej niemieckiej broni.
Parabellum i dwa magazynki spoczywały w szufladzie nocnego stolika. John nie widział potrzeby przypominania pani Müller, że pokojówka nie powinna dotykać pistoletu i badać jego funkcjonowania – właścicielka pensjonatu na pewno dobrze o tym pamiętała.
Nabył go bez trudności, i sami Niemcy – John wiedział, że tak się stanie – zaproponowali kupno, kiedy oglądał pistolety, sztucery i dubeltówki w przyfabrycznym salonie wystawienniczym. Przedstawiciele firmy wyraźnie oczekiwali, że Colt Arms Company odwdzięczy się za lukratywny kontrakt, podejmując produkcję parabellum i wprowadzając broń na chłonny amerykański rynek, może nawet jako przepisowe wyposażenie oficerów US Army.
Naczelny inżynier fabryki z uśmiechem wręczył Johnowi specjalny egzemplarz z misternie grawerowanym zamkiem i kolbą z okładzinami z drewna orzecha włoskiego, pokrytymi drobnymi żłobieniami, a potem niezbędne dokumenty. Zaproponował także przestrzelanie broni, pewnie ciekaw opinii kolegi po fachu. John na przyfabrycznej strzelnicy opróżnił cztery magazynki, a pistolet ciągle sprawował się doskonale.
Petersohn wyraził kilkanaście słów uznania.
Później opowiedział wszystko właścicielce hoteliku, z zadowoleniem zademonstrował parabellum i pouczył, żeby nikt nie ruszał broni i przy niej nie majstrował.
Hans i Erich, synowie pani Müller, tego samego dnia zginęli pod Verdun. Trzeci miał szczęście: nim skończył szesnaście lat, Niemcy podpisały rozejm w Compiegne. Pani Müller uważała to za błogosławieństwo Boże, bo jej czterdziestopięcioletni mąż także oddał życie za kajzera w bitwie nad rzeką Sommą. Leciwa już kobieta obawiała się trzech rzeczy: nowej wojny, powrotu wielkiego kryzysu i tego, że nie doczeka się wnuków. Hitler zapewniał, że po zaspokojeniu żądań Rzeszy w Europie zapanuje długotrwały pokój. Większość niemieckich fabryk pracowała na trzy zmiany, a wszystkie gazety każdego miesiąca solennie informowały o oddaniu kolejnych kilometrów nowych autostrad, budzących podziw. Świeżo upieczeni absolwenci politechnik i uniwersytetów od ręki znajdowali dobrze płatne zatrudnienie. Najmłodszy potomek Helgi Müller, Johann, wyszukał doskonałą pracę, regularnie przynosił do domu sowitą tygodniówkę i w końcu mógł się ożenić.
Pani Müller, tak jak większość jej rodaków, zaczęła uważać, że Adolf Hitler jest darem od Boga.
Petersohn, patrząc na salę, uśmiechnął się na wspomnienie dzisiejszego ranka. Helga Müller, dawniej pracownica fabryki trykotów, tak jak większość Niemców odrzuciła swoje obawy. Teraz już pod niebiosa wychwalała niewysokiego mężczyznę z niewielkim wąsikiem i charakterystyczną fryzurą. W westybulu pensjonatu pojawił się jego portret, a na stoliku przy wejściu, obok książki telefonicznej, „Mein Kampf” – biblia ruchu narodowosocjalistycznego.
– Pokojowo przywrócimy znaczenie wielkich Niemiec w Europie i na świecie – rzuciła na pożegnanie. – Mały gefrajter nam to załatwi – bez jednego wystrzału, tak jak do tej pory.
Pani Müller, matka dwóch wojennych bohaterów i wdowa po trzecim, mogła sobie pozwolić na takie żarty. John nie pytał, w jaki sposób skromna szwaczka stała się właścicielką porządnego hoteliku – przypuszczał, że pożydowskie mienie po uchwaleniu ustaw norymberskich otrzymała od nowych włodarzy Niemiec jako rekompensatę za wojenne zasługi rodziny. Funkcjonariusze NSDAP pilnowali, aby matki i żony bohaterów wojny światowej tez zbierały owoce nowego ładu.
Siwawy kelner w smokingu wskazał Petersohnowi wolny stolik. Do klapy eleganckiego stroju przypiął Żelazny Krzyż – wojenne odznaczenie za męstwo, budzące powszechny szacunek.
– Za chwilę. – Petersohn machnął przecząco ręką. – Chłodne popołudnie, zmarzłem, więc najpierw wypiję małą wódkę przy barze. Pusto coś dzisiaj…
Pomyślał, że pewnie i ten człowiek poddał się nastrojowi uciechy z grabieży Sudetów i manifestuje dawne zasługi. A może i on jest szczerym wielbicielem nazizmu.
John wcale nie miał ochoty na alkohol – chciał się dyskretnie rozejrzeć i jeszcze raz przemyśleć swój plan.
– Nasi oficerowie świętują wraz z niemieckim ludem albo wizytują czechosłowackie fortyfikacje. – Stary Niemiec uśmiechnął się szeroko. – Nasz Hermann też tam się udał i ogląda aeroplany tych zjadaczy knedli. Będzie pan mógł swobodnie prowadzić pertraktacje, choć nasza broń jest doskonała – mamy jeszcze kilka wolnych miejsc. Niebawem sala się zapełni: Ribbentrop zorganizował dziś wieczorem wielki bankiet.
Petersohn kilka razy widział już w restauracji Hermanna Göringa – asa myśliwskiego z okresu minionej wojny, twórcę lotnictwa tysiącletnich Niemiec.
Dopiero teraz John dostrzegł na śnieżnobiałych obrusach kartoniki informujące o rezerwacji – i zrozumiał usłużny gest kelnera.
Pokiwał głową. Sprawa okazała się najzwyklejsza w świecie.
1 2 3 12 »

Komentarze

03 VIII 2014   12:07:33

Opowiadanie w porządku, ale byłoby fajniejsze , gdyby Autor nie przekombinował . Za dużo tu jednak biograficznych detali i z bohaterami też się zrobiło zamieszanie . Wolałbym więcej akcji zamiast tego . Są też drobne zgrzyty składniowe - np. zastanawiałem się długo , czy kelner zawiesza order specjalnie do podawania posiłków. I "przekonywująco" mnie nie przekonuje. A w ogóle to Word wychwytuje takie kwiatki, czyżby się zepsuł?

08 VIII 2014   22:40:38

Bardzo fajne, lubię takie zapętlenie, podróże w czasie. Dobrze się czytało.

24 VIII 2014   05:08:43

Polikarpie, w opowiadaniu jest bardzo duzo akcji, chociaż na pewno nie jest to typowe opowiadanie akcji… Po prostu - zostało nasycone szczegółami z epoki.
Zdecydowanie przypiął Żelazny Krzyż, bo to stare niemieckie odznaczenie nie posiadało wstążki orderowej, co jest jego specyficzna cechą. Żelaznego Krzyże nie zawieszono na mundurze, o czym świadczą liczne fotografie. Nota bene, miejsce umieszczenia Krzyża Żelaznego na marynarce/kurtce mundurowej było ściśle określone. No, ale na pewno Word takich szczegółów już nie wyłapie…
Pozdrówka.

04 IX 2014   06:55:36

Anet,świetnie, że dobrze się czytało = często niedoceniany, a bardzo istotny walor tekstu:trzeba się nad tym jednak napracować - a opowiadanie bardzo się podobało. Zdaje się, że trafiłem w twój gust literacki...
Następnym opowiadaniem w "Esensji" ma być "Przeistoczenie" - zupełnie inna historia, ale tez ze świata przyszłości.
Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Czerwona poświata
— Antoni Nowakowski

Przeistoczenie
— Antoni Nowakowski

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie
— Antoni Nowakowski

Listy kochanków
— Antoni Nowakowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.