Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Antoni Nowakowski
‹Operacja „Koziorożec”›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułOperacja „Koziorożec”
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF

Operacja „Koziorożec”

« 1 10 11 12

Antoni Nowakowski

Operacja „Koziorożec”

Zaciągając się głęboko, John myślał intensywnie.
W tym, co powiedział postawny Rosjanin, kryło się coś bardzo ważnego. Niedawno też nadmienił o czymś istotnym – stwierdził, że jego praca polega ma wyciąganiu słusznych wniosków z niejasnych i niepewnych przesłanek.
Liczyło się jednak coś innego: Kutuzow zachowywał się tak, jakby nic się nie zmieniło. Nawet słówkiem nie napomknął o powstaniu Czwartej Rzeszy i o tym, że Niemcy przygotowują się – po raz pierwszy – do uderzenia na nadal komunistyczną Rosję. Uważał, że John po raz pierwszy przybył do Berlina.
Nasuwał się prosty wniosek: Lew Dawidowicz Kutuzow żył w rzeczywistości ukształtowanej po klęsce Rzeszy w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku. A zatem i on, John David Petersohn, mógł do niej wrócić.
Już wiedział, że musi zadać jeszcze jedno pytanie. Wypowiedział je obojętnie, jakby chciał poznać istotny, ale wcale nie najważniejszy szczegół:
– Nie będzie pan miał kłopotów z uruchomieniem mojego pojazdu czasowego?
Kutuzow potrząsnął głową.
– Znamy „Latawca” lepiej od was. Rozszyfrowaliśmy systemy zabezpieczeń. Obejście i przetworzenie kodów dostępu zajmie mi jakieś dwie godziny – stwierdził z uśmiechem. – To nie jest problem.
John kątem oka dostrzegł, że drzwi trafiki otwierają się. W ich stronę zmierzał mężczyzna w roboczym kitlu, trzymający w dłoniach brzozową miotłę i szufelkę.
– Muszę tutaj ustawić kosz – rzucił w ich stronę. – Za dużo pracy przy sprzątaniu. Führer się fantastycznie spisał! Nareszcie mamy prawdziwego wodza. Palcie sobie, panowie. Papierosy kupiliście w moim sklepie? Przyniosę popielniczkę.
John miał czas, żeby jeszcze przez chwilę się zastanowić.
Mogły istnieć dwie rzeczywistości: stara i nowa, równoległe, więc się nieprzenikające. Kutuzow przybył z tego samego świata co dawny świat Johna.
Petersohn wiedział, że naukowcy rozważają taką możliwość, i dlatego tak restrykcyjnie traktowano wyprawy „Latawcem”. Grzebanie w czasie minionym mogło spowodować nieprzewidywalne jeszcze skutki. Możliwe, uznał, że niepowodzenie dzisiejszego zamachu umocniło tak dobrze znaną ze szkolnych podręczników historię.
Obergruppenführer Christian Heydrich mógł o tym nie wiedzieć. Łudził się tylko nadzieją, że uda mu się zlikwidować otaczający go świat, usuwając przyczynę rodzącą nieodwracalny skutek. Ten świat już powstał i stanowił samodzielny byt. Johnowi przez ułamek sekundy mignęła myśl, że jednak naukowcy Czwartej Rzeszy nie okazali się tak doskonali, jak sądził Helmuth.
Jedno nie ulegało wątpliwości: Kutuzowa czekała potężna niespodzianka, kiedy dowie się, że dysponuje pojazdem z czarnymi krzyżami na burtach, z wizerunkiem Heydricha w kokpicie. Pewnie szybko dojdzie do wszystkiego – on i jego zwierzchnicy w dalekiej Rosji – ale zamkną sprawę: ten wariant historii ich nie interesował. Pewnie postarają się go spenetrować i coś z niego wykorzystać.
Tak jak uczynił to standartenführer Sven Schellenberg: on też penetrował równoległy świat. Otoczył żydowskiego inżyniera dyskretna opieką. Wiedział o planie.
W głębi duszy John ponuro zaklął. Nie zwrócił na to uwagi.
– Chodźmy już. – W dłoni Kutuzowa pojawiła się teczka. – To dla pana. Nic wielkiego: wszystko, co pan miał zebrać. Gazety, książki, zdjęcia. Naprawdę ciekawe. Błony filmowe. Różne interesujące przedmioty. Kupiony przez pana aparat fotograficzny. Świetny.
John poprawił kapelusz na głowie. Zakarbował sobie w pamięci, że tym razem na pewno go nie zgubi. Czuł ciężar parabellum za paskiem.
– Dokąd idziemy? – zapytał, choć domyślał się odpowiedzi: Kutuzow pewnie wykorzystał miejsce, gdzie Müller pierwszy raz ukrył „Albatrosa”. W Berlinie wyszukanie mało uczęszczanych, zapuszczonych posesji stanowiło duży problem. – I jeszcze jedno, chociaż pewnie wyjaśnilibyśmy to sobie po drodze: czemu pan o tym wszystkim mi opowiedział?
Rosjanin uśmiechnął się dobrodusznie.
– Tak, wyjaśniłbym to podczas wspólnego spaceru. – Starannie przeczesał grzebykiem włosy. – Nasz pojazd znajduje się blisko „Latawca” i tej szopy. Ktoś jutro opłaci rachunek w pensjonacie i zabierze pańskie rzeczy. Poda bardzo przekonywujący powód nagłego wyjazdu. Pójdę z tyłu: wiem, że ma pan broń. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś głupiego strzeliło panu do głowy. A dlaczego tak się rozgadałem…
Znowu uśmiechnął się lekko.
– W bazie Edwards bardzo szybko odkryją, że przyleciał pan „Muromcem”, myślę, że już przy pierwszym przeglądzie. To wierna kopia, ale jednak różni się od oryginału, siłą rzeczy. Inne, lepsze materiały. Nieco inne elementy, inne wykończenie. Drobniuteńkie różnice w wymiarach: przeliczanie cali na system metryczny nigdy nie jest dokładne. Nie powie pan nic o tym, że zamierzał pan zabić Hitlera – ja to rozumiem. Ale resztę może i musi pan przekazać – a my tego chcemy. Poinformuje pan, że lepiej nie grzebać w historii, bo oni też to już umieją. Wystarczy.
Kutuzow mówił prawdę i John o tym wiedział. Przekazał bardzo dużo, i Petersohn teraz sądził, że świadomie. Informacja o tym, że Rosjanie dysponują szalupą czasową, miała wielkie znaczenie. Nie mógł jej ukryć.
Wolno ruszyli przed siebie, nieśpiesznym krokiem dobrze ubranych, zadowolonych z siebie Niemców, pogrążonych w miłej pogawędce.
Coś jeszcze przyszło Johnowi do głowy. Dziwna i niepokojąca myśl. Powinien zadać jeszcze jedno pytanie – i sformułował je natychmiast:
– Lwie Dawidowiczu, w sprawie tego zamachu pewnie prowadziliście odrębną i skomplikowaną operację – rzucił niedbałym tonem. – Tak z ciekawości, na pożegnanie: nosiła jakieś oznaczenie?
Kutuzow przystanął. Spojrzał wprost w twarz Johna.
John widział niebieskie oczy o przenikliwym spojrzeniu, patrzące bez zmrużenia powiek. Znacznie młodziej wyglądającą teraz twarz. Mięsiste wargi z przyklejonym kawałeczkiem papierosowej bibułki.
I ponownie niespodziewany cień kpiarskiego uśmiechu, igrający w kąciku pełnych ust. Może to on spowodował te dziwne wrażenie zmiany rysów twarzy.
– Początkowo nosiła kryptonim „Bagration” – odpowiedział z namysłem. – Ale go zmieniłem: użyłem wyrazu, niekojarzącego się z niczym szczególnym. Zasady maskirowki… Czegoś, co można określić jako głębokie maskowanie z elementami dezinformacji – wyjaśnił sucho.
– Właśnie zakończyłem operację „Koziorożec” – kontynuował gawędziarskim tonem. – Teraz czeka mnie długi odpoczynek w pięknej daczy w tajdze. Mam nadzieję, że pogram w szachy. Widzi pan – nadal zaledwie kilku ludzi w Rosji może mnie pokonać. Marzyłem o koronie mistrza świata w szachach, ale cóż: życie potoczyło się inaczej.
Kutuzow oderwał od wargi pozostałość papierosa i rzucił na trawnik.
– Johnie Dawidowiczu, gwarantuję – stwierdził z naciskiem – że wrócisz do swojej rzeczywistości. Interesujące: nasi ojcowie nosili to samo imię, ale to oczywiście przypadek. Niech pan idzie naprzód tą ulicą, nie skręcając w zaułek. Potem powiem, gdzie się udamy. Nie czeka nas długi marsz.
Odwrócił się i dołączył do idących z tyłu towarzyszy.
John samotnie pokonał zakręt i spokojnym krokiem zmierzał w stronę kwiaciarni. Kutuzow wskaże mu drogę do miejsca ukrycia „Muromca”.
Na chodniku leżała róża. Pomyślał, że sprzedawczyni w kwiaciarni zbyt luźno związała piękną tasiemkę. Pewnie z emocji wywołanych widokiem Hitlera i rozmową z nim trzęsły się jej ręce.
Petersohn dobrym scyzorykiem z Solingen skrócił łodygę, odciął kolce i włożył niedawno rozkwitły kwiat do butonierki marynarki.
Uznał, że na pewno prezentuje się doskonale. Nie wiedział, dlaczego tak zrobił. Sądził, że po prostu z przyzwyczajenia: zawsze starał się wyglądać jak dobrze ubrany i szczęśliwy Niemiec.
Właścicielka kwiaciarni nadal stała przed wejściem. Pomyślał, że teraz oczekuje na wyjście Hitlera z kamienicy. Wiedział, że niepotrzebnie: o umówionej porze podjedzie wielki mercedes, a wcześniej dom otoczą gestapowcy. Wódz Rzeszy po zakończeniu wizyty już nie korzystał z ulicznych przechadzek.
Nie znał wyfiokowanej kobiety, ale uprzejmie uchylił kapelusz.
Przełożył teczkę do drugiej ręki. Mocno ciążyła. Rosjanie pewnie zgromadzili w niej tyle, że analitycy CIA będą zachwyceni i tryumfalnie odtrąbią wielki sukces.
Za plecami słyszał niegłośne śmiechy. Pewnie Günther, a właściwie Griszeńka, znowu opowiadał dowcipy o jaskółkach, choć może teraz porównywał Kutuzowa do drapieżnego jastrzębia. John domyślał się, dlaczego sobie na to pozwalają: wykorzystywali pustą ulicę, aby chociaż przez chwilę porozmawiać swobodnie. I przedłużyć radość ze spotkania i sukcesu. Przez parę minut znowu poczuć się Rosjanami, bo niebawem nałożą maski zdeklarowanych nazistów. Dwaj z nich zginą, a Kutuzow, wiedząc o tym, nie piśnie nawet słówka. Będzie się pilnował. On sam, John Petersohn, też zostawiał Helmutha Mullera, może na zatracenie – i też przybrał maskę kogoś niezwykle zadowolonego z życia.
Nie zamierzał zastanawiać się nad tym, co powoli ogarniało jego mózg – i świadomie tłamsił tę myśl. Chciał jak najlepiej, a doprowadził do ostatecznego wygubienia Żydów – w świecie Czwartej Rzeszy. Jego nadzieje rozwiały się, tak jak w końcu rozpraszał się dym z krematoryjnych pieców.
Nie chciał teraz nad tym deliberować, bo wiedział, że będzie go to męczyło całe życie. I pewnie długo nikomu o tym nie opowie – do chwili, kiedy analitycy CIA wpadną jednak na trop. Sven Schellenberg już penetrował jego rzeczywistość, i nawet wspomniał o tym w pięknie wysprzątanym mieszkaniu, a on nie miał czasu na tym się zastanowić. Nie wiedział jeszcze, czy odwiedzi archiwistę z Instytutu Hoovera, mówiącego z dziwnym akcentem, i czy zada mu kilka pytań.
Wolał skupić się na czymś innym, mniej istotnym, w sumie chyba nieważnym.
Nie poznał imienia jednego z towarzyszy Kutuzowa – i nigdy się już nie dowie, jak brzmiało. Nogi zaczęły dziwnie ciążyć, jakby zmęczenie psychiczne przekładało się na fizyczne wyczerpanie. Nawet się ucieszył – to też zajmowało umysł.
Mijając zaułek, John ze zmęczeniem zastanowił się jeszcze, czy nieznany mu historyk, badając kiedyś archiwa rosyjskiego wywiadu, odkryje nieliczne dokumenty, opisujące operację „Koziorożec”.
Bo do tego, że nikt nigdy nie dowie się, że w rzeczywistości prowadzono dwie różne operacje o tym samym kryptonimie, John miał prawie całkowitą pewność.
Tak samo jak do tego, że nie otrzyma wiadomości, czy Helmuth Müller, a właściwie Chaim Bromski, Żyd, Niemiec i Polak, przeżył nadciągającą wojenną zawieruchę – i po której stronie walczył.
W głębi duszy Petersohna nadal tlił się cień niepewności, do jakiej z dwóch rzeczywistości przybędzie. Sądził, że jednak do tej będącej światem jego i Lwa Kutuzowa – niedoszłego mistrza świata w szachach. Rosjanin mówił o tym z wielką pewnością siebie, ale, tak jak on sam, mógł się pomylić. Niebawem to sprawdzi.
Skonstatował, że chciałby tylko jednego: zaszyć się w ustronnym zaciszu i oddać grze w szachy, myśląc tylko o kolejnych posunięciach.
Wiedział jednak, że akurat to na pewno okaże się niemożliwe.
25 października 2013 r.
koniec
« 1 10 11 12
2 sierpnia 2014

Komentarze

03 VIII 2014   12:07:33

Opowiadanie w porządku, ale byłoby fajniejsze , gdyby Autor nie przekombinował . Za dużo tu jednak biograficznych detali i z bohaterami też się zrobiło zamieszanie . Wolałbym więcej akcji zamiast tego . Są też drobne zgrzyty składniowe - np. zastanawiałem się długo , czy kelner zawiesza order specjalnie do podawania posiłków. I "przekonywująco" mnie nie przekonuje. A w ogóle to Word wychwytuje takie kwiatki, czyżby się zepsuł?

08 VIII 2014   22:40:38

Bardzo fajne, lubię takie zapętlenie, podróże w czasie. Dobrze się czytało.

24 VIII 2014   05:08:43

Polikarpie, w opowiadaniu jest bardzo duzo akcji, chociaż na pewno nie jest to typowe opowiadanie akcji… Po prostu - zostało nasycone szczegółami z epoki.
Zdecydowanie przypiął Żelazny Krzyż, bo to stare niemieckie odznaczenie nie posiadało wstążki orderowej, co jest jego specyficzna cechą. Żelaznego Krzyże nie zawieszono na mundurze, o czym świadczą liczne fotografie. Nota bene, miejsce umieszczenia Krzyża Żelaznego na marynarce/kurtce mundurowej było ściśle określone. No, ale na pewno Word takich szczegółów już nie wyłapie…
Pozdrówka.

04 IX 2014   06:55:36

Anet,świetnie, że dobrze się czytało = często niedoceniany, a bardzo istotny walor tekstu:trzeba się nad tym jednak napracować - a opowiadanie bardzo się podobało. Zdaje się, że trafiłem w twój gust literacki...
Następnym opowiadaniem w "Esensji" ma być "Przeistoczenie" - zupełnie inna historia, ale tez ze świata przyszłości.
Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Czerwona poświata
— Antoni Nowakowski

Przeistoczenie
— Antoni Nowakowski

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie
— Antoni Nowakowski

Listy kochanków
— Antoni Nowakowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.