Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Antoni Nowakowski
‹Operacja „Koziorożec”›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułOperacja „Koziorożec”
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF

Operacja „Koziorożec”

« 1 2 3 4 5 12 »

Antoni Nowakowski

Operacja „Koziorożec”

Wszyscy zerwali się z miejsc i podnieśli ręce w hitlerowskim pozdrowieniu.
John mimowolnie zerknął na barmana: miał łzy w oczach. Pewnie, jak osądził Petersohn, płakał ze szczęścia.
• • •
Petersohn wolnym krokiem zmierzał w stronę narożnej kamienicy.
Świadomie się nie spieszył – wcześniej już dwa razy odmierzył czas przechadzki. Przewidywał, a właściwie miał pewność, że kiedy minie narożny dom i skręci w cichą uliczkę, Hitler wyjdzie z kwiaciarni, przetnie jezdnię i z uśmiechem na twarzy wejdzie na chodnik. Z każdym krokiem zaczną się do siebie zbliżać.
Parę razy przetrenował ten spacer jeszcze w bazie Edwards, macierzystym porcie „Latawca”. Starannie oznaczył odległości kredą na starych pasach startowych, ale te przygotowania nie dawały gwarancji prawidłowego wyliczenia najlepszego momentu do ruszenia naprzód. Sprawdził to ponownie, wyruszając z upatrzonego punktu spod trafiki z papierosami, tytoniem i gazetami, mijając kamienicę Evy Braun i zmierzając w stronę sklepiku z kwiatami. Groziło to zwróceniem na siebie uwagi – na pewno kilku agentów miało na oku kamienicę kochanki Hitlera – ale ocenił, że ryzyko jest minimalne. Wszystko się zgadzało, potwierdzało wcześniejsze wyliczenia z zegarkiem w ręku, ale i tak powodzenie akcji zależało od punktualności Hitlera.
John wierzył, że wódz tysiącletniej Rzeszy w swoim pedantycznym przestrzeganiu rozkładu dnia go nie zawiedzie.
Mimo wszystko przybył dobre pięć minut za wcześnie. John przewidział to jeszcze w Edwards – i od początku błogosławił nieznanego mu Niemca, że dwa pomieszczenia parteru jednego z budynków w przecznicy przeznaczył na skromny sklepik z gazetami, papierosami, oranżadą, cukierkami i prezerwatywami.
Trafika umożliwiała zatrzymanie się – bez zwracania na siebie uwagi. Nikogo nie dziwił widok przechodnia, stojącego obok witryny, palącego papierosa i czytającego o najnowszych sukcesach Hitlera i jego partii.
Leniwie przewracał strony „Völkischer Beobachter”, udając, że pilnie studiuje nagłówki i wybiera najciekawszy artykuł do lektury. Kupno gazety odgrywało istotną rolę w jego planie – nie tylko pozwalało na zatrzymanie się tuż przed rogiem, ale umożliwiało naturalny postój dalej, za zakrętem, gdyby Hitler nieco się spóźnił. John zamierzał wtedy ponownie rozłożyć płachty papieru, sprawiając na jakimś gapiu wrażenie, że o czymś sobie przypomniał – i doczytuje informacje. Wielu tak czyniło, do głębi przejętych wielkim sukcesem Niemiec w Czechosłowacji. Takie zachowanie nie budziło zdziwienia, co najwyżej uśmiech zrozumienia i aprobaty.
Nie widział teraz liter – za to przypominał sobie, choć wcale tego nie chciał, jak znalazł się w tym miejscu, z pistoletem zatkniętym za pasek spodni i zapasowym magazynkiem w kieszeni marynarki.
Wzdrygnął się. Gdzieś słyszał, że umierającemu w migawkowym skrócie przewija się przed oczyma całe życie. Teraz miał to samo wrażenie, choć niezłomnie wierzył w powodzenie zamachu i udaną ucieczkę.
Może dla uspokojenia sprawdził, czy pistolet łatwo się wysuwa, a nacięcie na kolbie nie przeszkadza. John nie używał gumowych szelek – zastępował je mocny, dość szeroki pasek. Jeszcze w Edwards, ssąc poranione igłą niewprawne palce, cierpliwie przedłużał szlufki na spodniach, aby twardy płat skóry dobrze leżał na brzuchu i nie krępował ruchów.
Pistolet miał sporą rysę na jednej z okładzin rękojeści. John sam nieopatrznie spowodował jej powstanie.
Przebierając się przed startem, zapomniał o przełożeniu scyzoryka do spodni. Składany nożyk przydawał się, a on źle się bez niego czuł. Kupił nowy – dobry wyrób wytwórni z Solingen, producenta noży, brzytew i bagnetów dla niemieckiej armii. Bez chwili namysłu głęboko naciął drewno na kolbie, sprawdzając, jak spisuje się nabytek.
Po raz kolejny przekonał się, że wcięcie nie utrudnia sprawnego uchwycenia broni. W pensjonacie pani Müller wykonał dobrą pracę: parę minut później, przeklinając w duchu swoją bezmyślność, pilniczkiem do paznokci starannie opiłował brzegi, aż stały się zupełnie gładkie.
Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy dwaj wicedyrektorzy CIA zaproponowali mu odbycie pierwszego, testowego lotu „Latawcem” – do Rzeszy, do czasu tuż po zajęciu Sudetów. Ludzie z Langley od samego początku interesowali się szalupą czasową – wehikuł dawał CIA olbrzymie możliwości, o granicach trudnych do wyobrażenia. Agencja zaczęła współfinansować projekt. Dla NASA współpraca z wywiadem okazała się rzuconym w porę kołem ratunkowym – prace kosztowały niewiarygodnie dużo, a projekt otrzymał najwyższy priorytet bezpieczeństwa narodowego.
Przyjął propozycję z radością i dumą. Spodziewał się jej, choć wiedział, że jest kilku kandydatów – ale on, inżynier John Petersohn, absolwent fizyki teoretycznej, a potem mechaniki kwantowej w Massachusetts Institute of Technology, od samego początku konstruował kluczowe układy i znał niewyobrażalnie skomplikowane urządzenia „Latawca” prawie na wylot. Sądził też, że pewnie szalę przeważyło to, że bardzo dobrze władał niemieckim. Dalsza rodzina, potomkowie uciekinierów z Rzeszy, nadal posługiwali się tym językiem, traktując go jak mowę ojczystą. Używali niemczyzny Schillera, Goethego i Tomasza Manna, z mnóstwem współczesnych naleciałości, ale konstrukcja zdań, już mocno archaiczna, pozostała bez zmian. On, jako dzieciak i młodzieniaszek, dobrze się jej wyuczył – i polubił. Teraz, czytając stare książki, słuchając dawnych piosenek i oglądając zapomniane filmy, błyskawicznie pozbywał się balastu anglicyzmów i zupełnie nowych wyrazów. To stanowiło wielki atut – język przybysza nie budziłby zdziwienia i podejrzeń. CIA dbała o każdy, nawet najmniejszy szczegół.
Misja pozornie przedstawiała się prosto: paręnaście dni pobytu, kupienie kilkunastu drobiazgów, książek, gazet, wykonanie serii zdjęć – i powrót do macierzystego czasu. Nikt tego nie mówił wprost, ale John rozumiał, że sztab CIA w Langley sprawdza, jak wyglądałaby rutynowa wyprawa zwiadowcza w przeszłość. Nikt nie wspominał o tym głośno, ale on się domyślał, że w którymś z kolejnych lotów miejsce w ciasnej kabinie zająłby świetnie przygotowany zabójca.
Dowiedział się, że wystąpi w roli amerykańskiego inżyniera sondującego możliwość sprzedania broni strzeleckiej. Analitycy wywiadu uznali, że jest to doskonała legenda.
Spojrzał ukradkiem na zegarek. Zostały mu jeszcze dwie minuty.
Wspomnienia napływały, choć wcale tego nie pragnął.
Zaczęły się przygotowania – i od razu narodziły się problemy – a on też dokładał wszelkich starań, aby nic go nie zaskoczyło, kiedy w Berlinie opuści „Latawca”. Agendy CIA pracowały bez wytchnienia. John potrzebował oryginalnego paszportu z tego okresu, niemieckiej wizy wjazdowej, garnituru, płaszcza, koszul, krawatów, banknotów z właściwymi numerami, podróżnych akredytyw bankowych, niekiedy jeszcze sprzedawanych na giełdach staroci, kalesonów, brzytwy i muszki – mnóstwa rzeczy, pieczołowicie odtwarzanych. Wykonanie odpowiedniej walizy, portfela, papierośnicy i zapalniczki oraz nieklejonych butów ze skórzanymi podeszwami i obcasami zajęło sporo czasu.
Czytał niemieckie i amerykańskie gazety, skopiowane jeszcze na mikrofilmach, wertował wspomnienia, dokumentację techniczną oferowanej broni, szczegółowo poznawał technologię produkcji.
Wtedy zainteresował się holocaustem. Dla niego – i dla wielu innych – ten zwrot stanowił pusty termin, prawie już rytualny frazes, niekiedy jeszcze wypowiadany, kartkę z podręcznika historii, niezwykle ponurą, ale już zapomnianą.
John sporo wiedział o eksterminacji Żydów i bolał nad nią, ale dopiero teraz, przygotowując się do misji, uzmysłowił sobie, jak to wszystko wyglądało. Ta sprawa ciągle się przewijała, więc zapoznawał się z zeznaniami świadków wielu procesów, opisami, zdjęciami i filmami, wykonanymi przez oprawców w czarnych mundurach i żołnierzy Wehrmachtu.
Coś otarło się o wyprasowaną w kant nogawkę tweedowych spodni. Poczuł ciepło czochrającego się o nogę zwierzęcego ciała. Opuścił gazetę.
Mały kotek wystawił łebek zza szerokiego mankietu i miauknął ze słyszalnym zadowoleniem. Wyglądał pospolicie, ale prześlicznie: ciemnoszare futerko lśniło jak aksamit, a długie pręgi ciemnej jak sadza sierści na grzbiecie i bokach przyciągały wzrok. Zielone ślepka z uwagą, ufnie, wpatrywały się w twarz człowieka. Koniuszek zadartego ogona, nietypowego, bo grubego jak u żbika i wcale nienastroszonego, poruszał się nieznacznie, jakby zwierzaczek sygnalizował, że jeszcze bada, czy warto zaprzyjaźnić się z kimś napotkanym po drodze, ale na pewno chętnie się pobawi.
John pogłaskał go czule. Kot zamruczał głęboko, śmiało ocierając się o szorstki materiał nogawki.
Pieszcząc nieoczekiwanego przybysza, Petersohn myślał o ostatnich miesiącach.
« 1 2 3 4 5 12 »

Komentarze

03 VIII 2014   12:07:33

Opowiadanie w porządku, ale byłoby fajniejsze , gdyby Autor nie przekombinował . Za dużo tu jednak biograficznych detali i z bohaterami też się zrobiło zamieszanie . Wolałbym więcej akcji zamiast tego . Są też drobne zgrzyty składniowe - np. zastanawiałem się długo , czy kelner zawiesza order specjalnie do podawania posiłków. I "przekonywująco" mnie nie przekonuje. A w ogóle to Word wychwytuje takie kwiatki, czyżby się zepsuł?

08 VIII 2014   22:40:38

Bardzo fajne, lubię takie zapętlenie, podróże w czasie. Dobrze się czytało.

24 VIII 2014   05:08:43

Polikarpie, w opowiadaniu jest bardzo duzo akcji, chociaż na pewno nie jest to typowe opowiadanie akcji… Po prostu - zostało nasycone szczegółami z epoki.
Zdecydowanie przypiął Żelazny Krzyż, bo to stare niemieckie odznaczenie nie posiadało wstążki orderowej, co jest jego specyficzna cechą. Żelaznego Krzyże nie zawieszono na mundurze, o czym świadczą liczne fotografie. Nota bene, miejsce umieszczenia Krzyża Żelaznego na marynarce/kurtce mundurowej było ściśle określone. No, ale na pewno Word takich szczegółów już nie wyłapie…
Pozdrówka.

04 IX 2014   06:55:36

Anet,świetnie, że dobrze się czytało = często niedoceniany, a bardzo istotny walor tekstu:trzeba się nad tym jednak napracować - a opowiadanie bardzo się podobało. Zdaje się, że trafiłem w twój gust literacki...
Następnym opowiadaniem w "Esensji" ma być "Przeistoczenie" - zupełnie inna historia, ale tez ze świata przyszłości.
Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Czerwona poświata
— Antoni Nowakowski

Przeistoczenie
— Antoni Nowakowski

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie
— Antoni Nowakowski

Listy kochanków
— Antoni Nowakowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.