Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna Grzanek
‹Interes›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Grzanek
TytułInteres
OpisAutorka pisze o sobie:
Rodowita, dumna ze swego brzydkiego miasta łodzianka. Literaturę, a zwłaszcza fantastykę, kocha od dziecka; czytać nauczyła się wcześniej niż chodzić. To i owo, od beletrystyki po publicystykę, pisze od lat niemal dziesięciu. Jest aktywnym członkiem społeczności portalu fantastyka.pl jako członek Loży NF. Uzależniona od kotów, herbaty, muzyki rockowej i piwa.
Gatunekfantasy, humor / satyra

Interes

1 2 3 5 »
Inkwizytor bez pośpiechu podszedł do trwających w zwarciu potworów. Gdy te go spostrzegły, prysnęły w dwie przeciwległe strony – wilkołak byle dalej, a mantykora wprost na nadchodzącego człowieka. Chaves zaś w ostatniej chwili po prostu wystawił miecz przed siebie tak, że mantykora sama się na niego nadziała.

Anna Grzanek

Interes

Inkwizytor bez pośpiechu podszedł do trwających w zwarciu potworów. Gdy te go spostrzegły, prysnęły w dwie przeciwległe strony – wilkołak byle dalej, a mantykora wprost na nadchodzącego człowieka. Chaves zaś w ostatniej chwili po prostu wystawił miecz przed siebie tak, że mantykora sama się na niego nadziała.

Anna Grzanek
‹Interes›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Grzanek
TytułInteres
OpisAutorka pisze o sobie:
Rodowita, dumna ze swego brzydkiego miasta łodzianka. Literaturę, a zwłaszcza fantastykę, kocha od dziecka; czytać nauczyła się wcześniej niż chodzić. To i owo, od beletrystyki po publicystykę, pisze od lat niemal dziesięciu. Jest aktywnym członkiem społeczności portalu fantastyka.pl jako członek Loży NF. Uzależniona od kotów, herbaty, muzyki rockowej i piwa.
Gatunekfantasy, humor / satyra
– Sugerowałbym, żebyś oddał mi wreszcie pieniądze – zagadnął bez złości Bremen, przeglądając zawartość swoich juków. – Albo i nie, jeśli koniecznie nie chcesz, bylebyś w najbliższej wiosce kupił jakiś prowiant. Bo mnie została tylko jedna suszona ryba.
– Ja mam jeszcze kawałek sera. I broń Boże nie ukradłem twoich pieniędzy, mistrzu – odpowiedział pogodnie Chaves.
– Kłamca – mruknął Bremen i westchnął. – Jak sobie chcesz. W najbliższym czasie musimy zatem coś upolować albo zarobić, bo zanim dotrzemy do Hemmoor, dwa razy zdechniemy z głodu.
– Na pewno coś wymyślimy – pocieszył go inkwizytor. – W końcu jesteś człowiekiem lasu, znasz się na grzybkach, korzonkach i takich tam…
Bremen wzniósł oczy do nieba i poprawił mocowania juków. Chaves właśnie skończył obsikiwać ognisko. Wstawał świt. Czekał ich kolejny długi dzień podróży przez praktycznie płaski krajobraz. Wśród złotych połaci pól raz na jakiś czas pojawiały się zagajniki i rzędy drzew, ale poza tym nie było na czym zawiesić oka. Szeroka, piaszczysta droga biegła prosto na zachód.
Bremen wskoczył na siodło, a siedzący dotąd na łęku bury kocur wspiął mu się na ramię.
– No, to ruszajmy! – Chaves, jak zwykle, nie tracił humoru. Doprowadzałoby to mistrza do szału, gdyby tylko cokolwiek mogło wyprowadzić go z równowagi.
Od celu podróży dzieliło ich jeszcze kilkanaście dni. Przy zachodnim trakcie aż do granicy nie było żadnego dużego miasta, tylko wsie, po których nie oczekiwali żadnych rewelacji. Jak się okazało – niesłusznie.
Po kilku godzinach, kiedy palące słońce wspięło się na najwyższy punkt na nieboskłonie, natknęli się na coś wielce interesującego.
– Hmm… – zaczął Chaves, zatrzymując się przed wbitym w ziemię obok drogi palem, do którego ktoś przybił deskę z niezbyt udanym malunkiem. – Jeśli mnie wzrok nie myli, mamy tu do czynienia albo z prezentacją miernego talentu miejscowego artysty, albo z przypadkiem osady nawiedzanej przez potwora.
Bremen podjechał bliżej.
– Prawdę powiedziawszy, nie jestem w stanie rozpoznać, co to… – mruknął, przyglądając się bohomazowi. – Ma chyba więcej głów niż łap.
– No, nie dowiemy się, dopóki nie zapytamy. – Chaves wskazał ręką widniejące nieopodal zabudowania wioski. – Skoro ktoś powiesił ogłoszenie, to znaczy, że ktoś chce zapłacić. Mówisz i masz, mistrzu! Wspominałeś wszak o konieczności dorobienia…
– Sprytnie. – Bremen popędził kobyłkę do leniwego stępa. – Tylko że zanim ktoś zapłaci, ktoś inny tego potwora będzie musiał ubić…
– Ostatniego zabiłem ja – przypomniał inkwizytor.
– Tak, ale to ja posłużyłem za przynętę.
Chaves tylko się zaśmiał.
• • •
– Mendymora, panie – rzekł ponuro sołtys. – Chodzi toto samopas, bydło napada i tych, co w polu pracują, a i wioski nie oszczędza. O zmierzchaniu wyłazi, że strach gębę za próg wystawić!
Znaleźli się w reprezentacyjnej chacie osady, która nie wyglądała wcale lepiej od zwykłych chat, i nawet nie było w niej gdzie usiąść. Z każdego kąta tego sioła wyglądała bieda aż piszczało. I jeszcze coś gorszego od biedy – nieufność i zacofanie.
– No, doprawdy – mruknął Chaves pod nosem. – Z mendami to rzeczywiście strach… Lepiej jedźmy dalej, bo i nas pokarze.
– Ile? – zapytał mistrz, starannie ignorując inkwizytora.
– My nie mamy za dużo, panie. – Chłop zmieszał się, podrapał po łysej czaszce. – Podatki, dziesięcina, na życie nie starcza…
– Bez obaw – rzucił pogodnie Chaves zza ramienia Bremena. – Mantykora zje jeszcze kilku, to więcej akrów dla żyjących do obrabiania zostanie. I dobytek do rozdania. Nie?
Sołtys skrzywił się, splunął na klepisko.
– Trzy sztuki srebra.
Mistrz spojrzał w sufit. Leżący na jego ramieniu kot ziewnął przeciągle.
– Nie za wysoko sobie cenią żywot ludzki w tej okolicy, nie sądzisz? – spytał, odwracając się do inkwizytora. Ten gorliwie przytaknął, a sołtys poczerwieniał.
– Pięć!
Widać było po jego minie, że cierpi prawdziwe męki, wypowiadając te słowa.
– Pięć i kwatera oraz wyżywienie na czas polowania na potwora – sprostował Bremen. – Jeśli nic nie zdziałamy, oczywiście zapłaty nie będzie. Jeśli zginiemy, cóż, wasz pech. To, albo ujrzycie nasze sylwetki na tle zachodzącego słońca.
– Zgoda – wydusił z siebie sołtys. Bremen wyciągnął ku niemu rękę, choć miał poważne wątpliwości, czy powinien w ogóle go dotykać.
Po przypieczętowaniu umowy wyszli z chaty, przed którą zebrała się już całkiem spora grupa gapiów. Inkwizytor zaklaskał w dłonie, zanim Bremen zdążył przestrzec, by się nie wygłupiał.
– Panie i panowie! – oznajmił, uciszając szemrzący nieco tłumek. – Ten oto obecny tu mistrz Bremen podjął się szlachetnego zadania wybawienia was ze szponów straszliwej bestii! Już wkrótce zostaniecie ocaleni! Radujcie się!
Wieśniacy nie wyglądali na szczególnie uradowanych. Wręcz przeciwnie, zachowywali się dość dziwnie. Szczególną uwagę zwracał chłop stojący nieco z tyłu, poza wianuszkiem zgromadzonych, spoglądający na przybyłych z nieskrywaną antypatią. W tym akurat nie było nic niezwykłego, ale mężczyzna sam w sobie wzbudzał niepokój. I Bremen nie miał wątpliwości, co go powoduje.
– Widzisz go? – mruknął do Chavesa. Ten, bez zbędnego rozglądania się, odparł półgębkiem:
– Widzieć widzę. Chłop jak chłop. Czemu?
– Nie, nic – odparł mistrz.
Osada, w której się znaleźli, wyglądała na zapomnianą przez cały świat. Stało tu kilkanaście brudnych chałup, kościół, otwierany tylko co niedzielę i od święta, kuźnia oraz waląca się gospoda. Na jej szyldzie zapewne ten sam artysta, który stworzył wariację mantykory, próbował narysować prosiaka. Można się tego było domyślić tylko dlatego, że koślawy napis obok głosił „Pod Dzikim Wieprzem”.
– Niezbyt udana nazwa – ocenił Chaves.
– Jeśli tylko dają jeść, wszystko mi jedno, jak tę budę nazwali.
Wnętrze było dość przestronne i zakurzone. Klepisko zaścielały kości, śmieci i wyliniałe psy. Karczma ewidentnie nie przędła zbyt dobrze, mimo że stała przy głównym gościńcu. Polityka księcia Falkensee nie była przyjazna Bad Elster i Sevranowi, a ci, którzy ciągnęli na zachód, z reguły nie należeli do bogaczy.
– Nie ma złota, nie ma strawy – rzekł stojący przy kontuarze mężczyzna, spoglądając niechętnie na przybyłych. W przeciwieństwie do większości oberżystów świata, był chudy jak szczapa.
– Nie ma strawy, jest mantykora – odparł natychmiast Chaves, wiedząc, że pół wioski z sołtysem na czele, które wlazło za nimi do karczmy, uważnie słucha. – Jak sądzę, posłaliście do stolicy po pomoc, jednak pies z kulawą nogą się wami nie zainteresował. Ale bez obaw, Kościół nigdy nie zawodzi, gdy trzeba pomóc bliźniemu!
Karczmarz odruchowo zrobił krok do tyłu, skrzywiony jakby wypił kieliszek octu. Zmitygował się natychmiast, ale było już za późno. Inkwizytor uśmiechnął się złośliwie.
– Ten oto mistrz Bremen – kontynuował – jest znanym na całej poświęconej ziemi egzorcystą! Jej Świątobliwość Kardynał Almada, wywiedziawszy się o nieszczęściu, uprosiła go osobiście, by wyruszył bronić waszych duszyczek!
Bremen przewrócił oczami, słysząc te wszystkie kłamstwa. Obejrzał się na wieśniaków. Wyglądali, jakby zastanawiali się teraz, czy nie najlepiej byłoby zabić jego i Chavesa i zakopać ciała gdzieś za stodołą.
Lud nie kochał Kościoła, jeśli ktoś lubi eufemizmy.
– Dość – rzekł cicho, ale stanowczo, nie chcąc dopuścić do otwartego konfliktu. – Zatrzymamy się w gospodzie i zjemy tu posiłek. Gdy odnajdziemy bestię, zgładzimy ją i dostaniemy zapłatę, zwrócimy za nocleg i za wszystko, co zjemy. A teraz rozejdźcie się. Rozejdźcie się! – dodał głośniej, bo wieśniacy nadal stali nieruchomo. Podkreślił przekaz zdejmując rękawicę i przeczesując długie włosy odsłoniętą dłonią. Widniejący na jej grzbiecie czarny tatuaż w kształcie równoramiennego krzyża zrobił swoje.
Mieszkańcy wioski, szemrząc, opuścili gospodę. Bremen i Chaves znajdowali się dość daleko od Toviry i jednocześnie wystarczająco blisko Czerwonego Boru, by poważnie obawiać się napaści ze strony ludu. Mistrz dziwił się inkwizytorowi, że ten zdradził ich proweniencję. Nie omieszkał mu tego powiedzieć.
1 2 3 5 »

Komentarze

10 VIII 2015   17:31:36

No kurcze, tyle czasu zwlekałem z komentarzem...

Wiedźminowate do bólu, ale w dobrym, komediowym stylu. Głowna para bohaterów wydała mi się czarująco standardowa (miałem skojarzenie z dobrym i złym gliną, yyyy, duchownym), ale napisane tak, że wciąga :-)

Na pewno nie żałuję czasu spędzonego na lekturze - dobra rozrywka!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Selekcja naturalna
— Anna Grzanek

Droga przez las
— Anna Grzanek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.