Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 marca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Kuba Myszkorowski
‹Eleonora›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKuba Myszkorowski
TytułEleonora
Gatunekdramat

Eleonora

Nie znosiły jej – bez wyjątku – wszystkie kobiety. To one przez umyślnie niedomknięte okna wyrzucały na wygłodniałe podwórka tony soczyście plotliwych ochłapów, które jeszcze bardziej pobudzały naszą ciekawość. Wkrótce wymyśliły tyle nowych Eleonor, że nie sposób było ich zliczyć, a każda podniecała nas jeszcze bardziej od poprzedniej.

Kuba Myszkorowski

Eleonora

Nie znosiły jej – bez wyjątku – wszystkie kobiety. To one przez umyślnie niedomknięte okna wyrzucały na wygłodniałe podwórka tony soczyście plotliwych ochłapów, które jeszcze bardziej pobudzały naszą ciekawość. Wkrótce wymyśliły tyle nowych Eleonor, że nie sposób było ich zliczyć, a każda podniecała nas jeszcze bardziej od poprzedniej.

Kuba Myszkorowski
‹Eleonora›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKuba Myszkorowski
TytułEleonora
Gatunekdramat
Jej życie z nami polegało na regularnej nieobecności. Nie było jej, kiedy wstawaliśmy dźwigając słońce. Nie przychodziła do sklepu, pod którym żegnaliśmy się co wieczór z odlatującymi za rzekę ptakami. Podczas wypominania grzecznych wspomnień najczęściej pomijano ją milczeniem, znaczącym wzruszeniem ramion, uniesieniem brwi, czy stłumieniem buntu cisnących się na języki słów.
Wszystko, co wiedzieliśmy o Eleonorze to to, że mieszkała w samotnym domku o przymkniętych na wszystko oknach. Zupełnie poza nurtem naszego życia wraz z wszystkimi jego meandrami. Garbata kamienica stała dokładnie w tym miejscu, w którym Bródno już się dawno skończyło, a cokolwiek innego, noszącego jakąkolwiek nazwę, jeszcze nie zdążyło nadejść. Od grzecznie zasypiających przed północą bloków dzieliły ją pełne usta ulicy, dalej nigdy nie koszone szkielety przekwitniętych łąk, tory donikąd i nucące smutne melodie stare wierzby. Z drugiej strony od reszty świata odcinała ją zimna rzeka.
Czasami ktoś zobaczył, jak przemyka od studni do wieczności, jak nabiera wodę i wszystkich tych, którzy w to uwierzą. Jednak nikt nie potrafił powiedzieć, jaka właściwie była, jeśli w ogóle była. Starsi mężczyźni wspominając jej imię spluwali niecelnie i wyzywali ją od zawszonych suk, z tą śmiesznie bezsilną nienawiścią zdychających pod kurzem strychu starych, kulawych zabawek. Ale, kiedy ci, którzy nie chcieli o niej słuchać, szli tropić po kałużach drobne na następne piwo, ktoś wypuszczał wokół nas błękitną mgiełkę z niewypału Mocnego i zaczynał opowiadać o Eleonorze…
Im więcej się o niej wiedziało, tym bardziej zaczynało się jej pragnąć w diabelsko pragmatyczny sposób. Podobno od urodzenia była niezbyt urodziwa. Poruszała się krokiem przekarmionej kaczki, ale wraz z nią poruszał się cały mechanizm świata i poruszone były wszystkie serca, wszystkie oczy. Ponoć pochylała się w taki sposób, jakby zaraz miała schować głowę w piasek, lecz nigdy nikomu nie musiała się kłaniać. To jej się kłaniano, a jeśli ktoś nie chciał, jeśli w skrytości przeklinał ją najbardziej plugawymi słowami, schodził na drugą stronę ulicy. Zresztą i tak mało kiedy nadarzała się okazja, żeby spotkać Eleonorę, a nie namiętnie szeptaną opowieść o niej. Większość tych, którzy chełpili się tym, że ją poznali, spotkali w rzeczywistości tylko jej cień, albo jakieś porzucone wyobrażenie.
Nikt nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego na dźwięk jej imienia ustawał wszelki ruch. Psy stawały z podniesionymi uszami. Matki zakrywały dzieciom oczy. Nawet dzwonom kościoła przy Kondratowicza głos wiązł w potężnych gardłach. Jeśli akurat słońce chyliło się do upadku, to nagle znowu, z suchym strzykaniem w kościach, podnosiło głowę. Wszyscy chcieli słuchać o Eleonorze.
Nie wiadomo było, w jakim jest wieku. Ci, którzy ją widzieli, potrafili wytknąć każde jej potknięcie, każdy szczegół siejącej wiatr chusty, ale na pytanie, ile może liczyć sobie lat, milkli niczym jesienne liście na chwilę przed ostatnim lotem. Może była starsza od nas wszystkich, od całego Bródna, od Warszawy, może nawet od świata. Jednak równie dobrze mogła poznać zapach tylko dziewiętnastu wiosen. Na to pytanie nie było jednej dobrej odpowiedzi, podczas gdy wszystkie ławki w parku, kolejki w sklepach mięsnych i przystanki autobusowe znały tysiące równie kłamliwych.
Ilustracja: <a href='mailto:magda.jurowicz@wp.pl'>Magda Jurowicz</a>
Ilustracja: Magda Jurowicz
Najbardziej bali się jej ci, którzy – przynajmniej według swojego oglądu – żyją w harmonii z hormonami. Nie chcieli ryzykować spokoju, jaki zapewniają codzienne powroty do domu o tej samej porze, sobotnie spacery wokół parku, czy świąteczny karp w galarecie. Nie znosiły jej za to – bez wyjątku – wszystkie kobiety. To one przez umyślnie niedomknięte okna wyrzucały na wygłodniałe podwórka tony soczyście plotliwych ochłapów, które jeszcze bardziej pobudzały naszą ciekawość. Wkrótce wymyśliły tyle nowych Eleonor, że nie sposób było ich zliczyć, a każda podniecała nas jeszcze bardziej od poprzedniej.
Ci, którzy poznali Eleonorę, zmieniali się na zawsze i na zatracenie. Podobno oddawała się im bez słowa sprzeciwu, bezskutecznie próbując przedrzeć się przez cementowaną pożądaniem zaporę. Ale oni nie odpowiadali na jej jęki, nie wsłuchiwali się w rozpaczliwe dobijanie jej serca. Tylko czekali. Czekali aż nareszcie zaśnie…
Później ciągle chcieli do niej wracać, ale nikt nie słyszał o tym, żeby kiedykolwiek przyjęła kogoś dwa razy. Nie mówili już o nikim innym, albo w ogóle przestawali mówić. Tylko wieczorami wychodzili przed blok razem z księżycem i wyli tak przeciągle, że sumienie nieba nie znało gwiazdy, która nie odpowiedziałaby przydechowym echem. Dzień mógł zapomnieć o nich na dobre. Nie spotkali się z nim już twarzą w twarz. A później ich okna na zawsze zachodziły kotarą i nigdy więcej nie śpiewały o nich krążące wokół bloków wszystkowiedzące jeżyki.
T. nie był z Bródna. Nie był jednym z nas i mimo że opowiedział nam o sobie wszystko, nie wiedzieliśmy o nim nic. Wychodził na ten sam chodnik co my, siadał na tym samym murku i sączył to samo ciepłe i lepkie piwo. I właśnie przez to wszystko był tak zupełnie inny. Kiedyś ktoś wspomniał przy nim o Eleonorze. Nie powiedział nic, ale jego wiecznie matowe oczy zapłonęły groźnie, a ciężkie od wytatuowanej kotwicy prawe ramię zaczęło krążyć wokół rozpalonej głowy.
Po paru dniach wszyscy byliśmy już pewni, że T. pójdzie do Eleonory. Szkoda było słów unoszonych zapalczywością dłoni. Nic już nie było w stanie go zawrócić. Jego usta przeżuwały już tylko jedno, nigdy nie wypowiedziane imię.
Poszedł do niej w ostatni wieczór lata. Ptaki przezornie wcześniej uciekły tego dnia za Wisłę i nikt nie był już w stanie zapobiec jesieni. Słońce umyło od wszystkiego ręce i dało nura gdzieś daleko po drugiej stronie Pałacu Kultury. Staliśmy przy sklepie i patrzyliśmy, jak znika na końcu ulicy i nadziei. Nikt tego dnia nie przełknął ani łyka piwa. Obróciliśmy oswobodzone butelki, darowane puszki i wylaliśmy zawartość wprost na pożar chodnika, beznadziejnie próbującego jeszcze chwytać T. za nogi.
Nigdy więcej nie zobaczyliśmy T., ani nie usłyszeliśmy już o Eleonorze. Dzielnicowy, który go zatrzymał, opowiadał później chłodnym rankiem, że jeszcze nigdy nie widział takiej jatki. Podobno nie chciała zasnąć, tylko wciąż usiłowała się do niego przytulić i choć raz spojrzeć mu w oczy. T. ze wszystkich sił wódki żołądkowej próbował ją uśpić, ale nie było mocy na jej płaczliwe pojękiwania. Chwycił więc tłuczek od mięsa i zaczął okładać ją po głowie tak długo, aż jej pokryta suchymi piegami dłoń bezszelestnie opadła na oparcie kanapy. T. bez oporu poddał się policjantowi po tym, jak ten trzy dni później zastał go siedzącego nad ciałem Eleonory. Ponoć miał wtedy powiedzieć, że jej trup ciągle niesamowicie intensywnie pachnie najsłodszą czekoladą. Zupełnie jak wtedy, gdy zasypiała…
Niecały rok później wraz z bagażami wróciło lato. Wyglądaliśmy go tam gdzie zwykle, z tymi samymi co zawsze pytaniami. Jednak nie chciało już więcej z nami gadać.
koniec
29 stycznia 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Zakodowany
— Kuba Myszkorowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.