Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 lipca 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tomasz Golis
‹Zjadacz Motyli›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Golis
TytułZjadacz Motyli
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1984. Urodzony w Gorzowie Wielkopolskim, mieszka i pracuje w Poznaniu. Publikował m.in. w „Nowej Fantastyce”. W 2014 jego opowiadanie wygrało konkurs „Poznań Fantastyczny”. Mąż Pani Filozof. Ojciec bliźniaczek (w związku z czym mało sypia i stara się nie oszaleć… Nie wychodzi).
Gatunekrealizm magiczny

Zjadacz Motyli

1 2 3 »
Adam pomyślał, że jeszcze kilka dni i będzie robił to, co należy, czyli pracował ile wlezie, a wieczorami zapychał kapcie gazetami i sprawdzał, czy coś śmiertelnie jadowitego nie przegryzło się przez moskitierę. A potem minie trochę czasu, rozkręci projekt, przeleci jakąś Mulatkę… Wszystko się ustabilizuje i zapomni o całej tej cholernej wyprawie.

Tomasz Golis

Zjadacz Motyli

Adam pomyślał, że jeszcze kilka dni i będzie robił to, co należy, czyli pracował ile wlezie, a wieczorami zapychał kapcie gazetami i sprawdzał, czy coś śmiertelnie jadowitego nie przegryzło się przez moskitierę. A potem minie trochę czasu, rozkręci projekt, przeleci jakąś Mulatkę… Wszystko się ustabilizuje i zapomni o całej tej cholernej wyprawie.

Tomasz Golis
‹Zjadacz Motyli›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Golis
TytułZjadacz Motyli
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1984. Urodzony w Gorzowie Wielkopolskim, mieszka i pracuje w Poznaniu. Publikował m.in. w „Nowej Fantastyce”. W 2014 jego opowiadanie wygrało konkurs „Poznań Fantastyczny”. Mąż Pani Filozof. Ojciec bliźniaczek (w związku z czym mało sypia i stara się nie oszaleć… Nie wychodzi).
Gatunekrealizm magiczny
Punktualnie o dwunastej na stację wtoczył się ekspres z dalekiego miasta. Wysiadło z niego raptem kilku pasażerów. Wśród nich był Adam: niewysoki trzydziestolatek o skupionym spojrzeniu, ubrany w dżinsy i przyciasną marynarkę. Miał ze sobą tylko małą, poobijaną walizkę. Rozejrzał się. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Ostatni pasażerowie znikali właśnie w gardle podziemnego przejścia. Wiał orzeźwiający kwietniowy wiatr; żadna chmura nie zakłócała jednolitej przestrzeni nieba.
Rozległ się ostry gwizd, jednak Adam nawet nie drgnął, sięgając po walizkę. Po raz setny zastanowił się, czy postąpił słusznie, przyjeżdżając tutaj na dwa dni przed wyjazdem służbowym na drugi koniec świata. W domu czekało go jeszcze mnóstwo obowiązków: skompletowanie garderoby, potwierdzenie wizy pracowniczej w konsulacie i ostatnie już (czyżby?) upewnienie się, że zafundował sobie wszystkie dostępne szczepionki.
Przez ostatnie miesiące kłuli go tyle razy, że zaczynał czuć się nieszczelny.
Zawsze starał się zachowywać racjonalnie. Wierzył w Junga, aspirynę i rachunek prawdopodobieństwa. Dlatego też, kiedy dwa dni temu zobaczył w Internecie zdjęcie Grzegorza M. i jego kolekcji, w pierwszej chwili pomyślał, że najlepiej będzie dać sobie spokój. Przecież nie rzuci wszystkiego i nie pojedzie do nieznanego miasta tylko dlatego, że wpadł na trop książki, która od lat spędzała mu sen z powiek. A już na pewno nie teraz.
Aha.
Pociąg zniknął za horyzontem. Adam poprawił na ramionach marynarkę i ruszył po „Zjadacza Motyli”.
• • •
Antykwariat „Varia” był otwarty od 10 do 17, tak przynajmniej głosił napis na przeszklonych drzwiach, zamkniętych, mimo że dochodziła dopiero czternasta. Właściciel pewnie jadł akurat obiad w najbliższym barze. Prawdopodobieństwo było duże, chociaż nie na tyle, by uciszyć przeczucie, które Adam poczuł kiełkujące gdzieś z tyłu głowy. Uważnie zlustrował nieprzezroczystą witrynę. Nie znalazł żadnej plakietki z informacją o przerwach. Zaklął cicho, rozglądając się bezradnie. Po raz kolejny zaufał intuicji i w rezultacie czuł się głupi jak ponton.
W jakiś niepojęty sposób ubzdurał sobie bowiem, że przyjedzie tutaj bez wcześniejszego kontaktu.
Kiedy ujrzał na zdjęciu „Zjadacza Motyli”, w pierwszej chwili nie uwierzył. Zrzucił wszystko na zmęczenie, późną porę i klejące się powieki. Jednak chlusnął sobie w twarz zimną wodą, włączył wszystkie światła, powiększył zdjęcie tak mocno jak tylko się dało… I tym razem – niespodzianka! – „Zjadacz Motyli” ciągle tam był. Dla Adama zagadka życia, legenda, której szukał od dzieciństwa, a której istnienia aż do tej pory nie udało mu się potwierdzić, mimo zaangażowania dziesiątek godzin i gigabajtów przeczesanego Internetu. Pogodził się już z porażką, upchnął niewygodne wspomnienie gdzieś w zakamarkach jaźni, a tutaj proszę, tydzień przed rozpoczęciem nowego rozdziału… Była w tym jakaś przewrotność, której w pierwszym momencie nie docenił, jednak kilka desperackich papierosów później domyślił się, jakie są reguły gry. Nikomu zatem nie powiedział o swojej wyprawie wiedząc, że ów brak kontaktu wszyscy wytłumaczą sobie gorączką przygotowań. Wyjechał następnego ranka, pierwszym możliwym pociągiem.
Tak oto jedno przypadkowe zdjęcie wprawiło Adama w ruch, który właśnie się zakończył, bowiem drzwi dzielące go od celu, drzwi antykwariatu „Varia”, przez cały czas ignorowały powagę sytuacji i pozostawały doskonale nieruchome.
Postanowił poczekać. Kilkaset metrów dalej znalazł gustowną kawiarnię. Usiadł na zewnątrz, obserwując okolicę i parząc sobie wargi słodką kawą.
Monikę rozpoznał niemal od razu. Taka już była, przyciągała uwagę każdym, najmniejszym nawet gestem. Dawno temu, kiedy widzieli się po raz pierwszy i ostatni zarazem, uznał, że musi to siedzieć głęboko w niej samej, gdzieś w kościach, dynamice ścięgien, harmonii drobnych ruchów.
Zachował się tak, jak na Adama przystało, czyli ściągnął ramiona i usiłował schować się za filiżanką. Monika rozmawiała z kimś po drugiej stronie ulicy. Czas zmienia ludzi, jednak najwyraźniej postanawia oszczędzić niektóre odruchy, Adam zauważył bowiem, że jej dłoń niemal niedostrzegalnym ruchem gładziła pasek czarnej torebki. Ile to już lat? Siedem? Osiem? Raczej ponad dziesięć, czas lubi grać znaczonymi kartami (a pod koniec rozdania wszyscy przegrywają). Adam, wierny instynktom, przełknął do końca kawę i wstał, pilnując, by żaden z ruchów nie wyglądał na nerwowy. Byle się nie wyróżniać.
Oczywiście nie udało się.
Jakby trzasnął w nią puchowy piorun.
Pierwszy krok był nieśmiały – jakby jej drobne stopy przez ułamek sekundy wahały się, czy warto. Kolejne jednak, już zdecydowane, pozwoliły Adamowi stwierdzić, że o pomyłce nie może być mowy. Znał melodię tych kroków. Poznał ją w dniu, kiedy na wrocławskim rynku ktoś zaśpiewał swoją smutno-cudną piosenkę tylko dla nich, przypadkowych nieznajomych wybranych z grupy podobnych sobie.
– Adam!
Pamiętał.
To był może szesnastoletni, jasnowłosy gitarzysta, któremu broda dopiero zaczynała przeciskać się z wysiłkiem przez skórę. Grał coś zupełnie bez zaangażowania, zresztą nic dziwnego, kiedy czterdziestostopniowy upał przykleja ci palce do strun. Adam z Moniką krążyli nieopodal, zupełnie bez celu, zagubieni w bezczasie, rozmawiając o niczym. Jeszcze się ani razu nie dotknęli.
W pewnej chwili podeszli bliżej grającego. I wtedy stało się coś dziwnego.
W pierwszej chwili pomyśleli, że na nich czekał.
Dmuchnął w palce, łyknął wody i zaśpiewał. Piosenkę, której nigdy wcześniej nie słyszeli: bardzo prostą, sklejoną z trzech durowych akordów. Opowiadała o czymś, ale tekst wydawał się zupełnie przezroczysty. Liczyło się za to coś innego.
Wiedzieli, że jest tylko dla nich.
Byli młodzi, nieśmiali i cholernie napaleni. Wtedy po raz pierwszy złapali się za ręce.
– Adam?
Tymczasem zupełnie nie wiedział, co zrobić. Wszystko w nim miotało się w panice. Przytulić? Pocałować? Napluć jej przed buty i uciec? Wszystko, wszystko spalone. W rezultacie wahał się o sekundę za długo i zanim powróciła mu zdolność względnie trzeźwego myślenia, już siedzieli naprzeciwko siebie przy kawie, zdziwieni, choć tylko trochę, co zresztą doskonale pasowało do reguł, które przyjął Adam.
Wystarczył kwadrans, by jedną rzecz stwierdzić z całą pewnością: to inny Adam rozmawiał z inną Moniką. Mimo to wspólne pozostawały niektóre przestrzenie i punkty widzenia, natężenie światła, którym wyłuskiwali z pamięci wspomnienia – detale tamtego dnia. Dwie kawy upłynęły im na odkrywaniu, że większość obrazów zachowali w zupełnie innej postaci, co przyjęli jako coś oczywistego (i może rzeczywiście takie było). Wciąż jednak zgadzali się co do jednej rzeczy: kimkolwiek był ów blond gitarzysta, śpiewał wyłącznie dla nich.
W przerwie między akapitami Adam zapytał, jak to się stało, że Monika, że tutaj.
– To moje rodzinne miasto – wyjaśniła. – A wiesz, co jest najśmieszniejsze? Wróciłam tutaj dopiero tydzień temu… Po dziewięciu latach.
– Skąd?
Schowała filiżankę w dłoniach. W krótkich słowach opowiedziała o Szanghaju, Kopenhadze, Utrechcie i kilku mniejszych miastach, gdzie: pracowała w bibliotece, prowadziła logistykę na Europę Wschodnią, tłumaczyła dokumenty księgowe z angielskiego na szwedzki, była asystentką zarządu i sprzedawała owoce.
– Czego efektem ubocznym, do dzisiaj, jest rzyganie na widok truskawek – uzupełniła.
– I nigdzie nie było ci dobrze?
– Mieszkałam tu dziewiętnaście lat i wyjeżdżałam naprawdę wkurzona. Typowe, prawda? Wszystko mnie tutaj mierziło. Miasto, rodzice, ludzie. Wydawało mi się, że wsiadając do pociągu otwieram okno i wypuszczam z głowy cały ten syf, że nareszcie mogę, wiesz, odetchnąć. Ale okazało się, że jest zupełnie inaczej. Tylko potrzebowałam całego tego czasu, całych dziewięciu lat, by zrozumieć.
Żachnęła się.
– Twoja kolej. Jak to się stało, że nagle widzę cię tutaj, w jedynej tutejszej gejowskiej kawiarni?
Cholera.
Opowiedział jej o „Zjadaczu Motyli”; o snach, które pamiętał z dzieciństwa. O książce, którą wziął do ręki w bibliotece i jedynym rozdziale, który zdążył przeczytać, a który utkwił mu w głowie niczym skrzywiony gwóźdź: historii tak niesamowitej, że po zakończonej lekturze wyobraźnia jeszcze przez długie kwadranse wyprzedzała racjonalne myślenie. Nie mógł spać, czekając, aż wróci do osiedlowej biblioteki i dowie się, do kogo należał głos w lustrze. Ale następnego dnia książki już tam nie było.
1 2 3 »

Komentarze

24 I 2015   19:57:52

Chciałbym zwrócić uwagę moderatorom, że coś jest nie tak, bo wczoraj próbowałem zamieścić komentarz bezskutecznie

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Dzikie stworzenia
Krystyna Chodorowska

10 II 2018

Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie z otwartymi ustami. Przygotowałam się na urywane, wykrztuszone pytania, co tutaj robię, na rozkojarzone wskazywanie palcem. Miałam nawet jakieś zaimprowizowane odpowiedzi: wieczór panieński, nocne pływanie, dowcip koleżanek.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.