Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Katarzyna Rupiewicz
‹Prawi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKatarzyna Rupiewicz
TytułPrawi
OpisAutorka ukończyła język francuski, socjologię reklamy i administrację Linuxem. Od kilku lat jest członkiem sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Jej opowiadania można przeczytać w klubowej antologii „Światy równoległe”, a także w internetowym NOLu i Szortalu. W tym roku nakładem Genius Creations ukaże się jej pierwsza powieść pt. „Redlum”.
Gatunekgroza / horror

Prawi

1 2 3 6 »
Zdarzało mi się marzyć, aby już był kolejny dzień. Bałam się wprawdzie nocy, lecz lubiłam udawać, że nowy świt wymazuje ból, łzy i nieopatrznie wypowiedziane słowa. Dzisiaj nie potrafiłam udawać, że nic się nie stało, ale jutro mogło mi się udać.

Katarzyna Rupiewicz

Prawi

Zdarzało mi się marzyć, aby już był kolejny dzień. Bałam się wprawdzie nocy, lecz lubiłam udawać, że nowy świt wymazuje ból, łzy i nieopatrznie wypowiedziane słowa. Dzisiaj nie potrafiłam udawać, że nic się nie stało, ale jutro mogło mi się udać.

Katarzyna Rupiewicz
‹Prawi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKatarzyna Rupiewicz
TytułPrawi
OpisAutorka ukończyła język francuski, socjologię reklamy i administrację Linuxem. Od kilku lat jest członkiem sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Jej opowiadania można przeczytać w klubowej antologii „Światy równoległe”, a także w internetowym NOLu i Szortalu. W tym roku nakładem Genius Creations ukaże się jej pierwsza powieść pt. „Redlum”.
Gatunekgroza / horror
Znowu obudził mnie ból. Najbardziej bolała prawa ręka. Nie nogi – tych nie czułam wcale. Lekarze na razie nic o tym nie mówili, ale przecież byłam dostatecznie duża, żeby wiedzieć, co to oznacza. Widziałam kilka filmów, w których ludzie w szpitalu nie mogli poruszyć stopą, a potem okazywało się, że resztę życia spędzą na wózku. Bardzo często jednak wstawali, gdy tylko mocno w to uwierzyli, więc nie traciłam jeszcze nadziei.
Twarzy też nie czułam, ale w zupełnie inny sposób. Chwilami przebiegały po niej ciarki albo drętwiała, tak jak nogi, gdy siedzi się zbyt długo w jednej pozycji. Po zastrzyku zdarzało się, że nawet język zamieniał się w kołek. Pielęgniarka powiedziała, że podaje mi miejscowe znieczulenie i nie mogę dotykać buzi, żeby szwy się ładnie goiły.
Wiedziałam, że kłamie, bo był to ten charakterystyczny typ kłamstwa, jakiego używają dorośli. Mówią „Bądź grzeczna, bo Mikołaj przyniesie ci rózgę” albo „Jedz warzywa, to szybciej urośniesz”, a przecież muszą się domyślać, że już im nie wierzę. Mimo to stosuję się do ich zaleceń. To taka nasza niepisana umowa. Wszyscy udajemy, że mówią prawdę.
Nie dotykam więc bandaży przysłaniających twarz, a czasem nawet się zastanawiam, gdzie są te szwy i czy będzie je bardzo widać, jak dorosnę.
Lewa ręka jest cała. Miała szczęście, skoro nawet zadrapań jest na niej niewiele. Mogę wzywać pielęgniarkę albo sama sięgnąć po wodę ze słomką.
Z wyliczenia wynika więc, że tylko prawa ręka powinna mnie boleć. Ramię znajduje się dostatecznie wysoko, bym nie straciła w nim czucia. No i nie można zrobić zastrzyku. Nie można, bo prawej ręki wcale nie ma. Pielęgniarka mówi, że to, co zostało, jest znieczulone i tylko mi się wydaje. Na początku kłóciłam się z nią, że jestem pewna, ale robiła się wtedy smutna i patrzyła tak, jakby nic dobrego w życiu mnie już nie czekało. Nie lubiłam tego spojrzenia.
Zauważyłam, że ktoś naciska klamkę, i zamknęłam oczy. Wolałam udawać, że śpię, niż oglądać te wymuszone uśmiechy. Najgorsi byli moi rodzice. Miałam wrażenie, że tuż przed wejściem chowają mokre od łez chusteczki, a rozmawiając ze mną, rozciągają usta w grymasie uśmiechu, na który nie dałaby się nabrać nawet moja młodsza siostra. Zresztą będę ją mogła o to zapytać, jak tylko wyzdrowieję na tyle, żeby przejść do pokoju obok.
Do środka weszły dwie pielęgniarki. Wiedziałam, że to one, jeszcze zanim się odezwały. Ich buty były znacznie cichsze niż pantofle lekarzy czy foliowe nakładki rodziny.
– W dzisiejszej gazecie napisali, że kierowca mógł być pijany – szepnęła jedna z nich.
– Nie wierzę, że ktoś, kto przewozi dzieci, był aż tak nieodpowiedzialny – odparła druga.
Przez chwilę milczały. Zdaje się, że zbliżyły się do mojego łóżka.
– Dużo śpi – powiedziała ta pierwsza, jakby nabrała podejrzeń.
– Po takiej dawce leków? – spytała druga, choć miałam wrażenie, że to bardziej odpowiedź niż pytanie.
Myślę, że druga była starsza. Mówiła zupełnie tak, jakby tłumaczyła coś oczywistego.
– To jej siostra zmarła dzisiaj rano? – odezwała się znów pierwsza.
– A brat zginął na miejscu – uzupełniła druga swoim nauczycielskim tonem.
Wiem, że nie wyszły od razu. Wymieniły jeszcze kilka uwag i to może nawet na mój temat. Chyba ich już nie słyszałam lub tylko nie zapamiętałam słów. Powinnam była wybuchnąć płaczem. Dlaczego tego nie zrobiłam? Przecież nie byłam za mała, by zrozumieć. Udawałam, że śpię. Wydaje mi się, że zanim drzwi zamknęły się cichutko, ta pierwsza powiedziała „Jej rodzice zrobiliby wszystko, żeby to się nie stało”.
Czasami nie jestem pewna, czy nie dopowiedziałam sobie tego po latach. Rzeczywiście, moi rodzice zrobili wszystko. Wstyd mi za siebie, ale cieszę się, że to była ich decyzja, a nie moja. Czy na ich miejscu postąpiłabym tak samo? Nie potrafię powiedzieć. Nie dziś, gdy już znam cenę.
• • •
Znowu obudził mnie ból. Najbardziej bolała prawa ręka. Ręce i nogi cierpną w różny sposób. Najczęściej po prostu mrowią, a sporadycznie stają się ciężkie i pozbawione czucia, ale najgorzej jest, gdy najpierw pojawia się przeszywający ból.
Zaczęłam nerwowo rozcierać przedramię, nadgarstek i dłoń, próbując wypchnąć to okropne uczucie przez opuszki palców. W pierwszej chwili nasiliło się, jakby moje zabiegi tylko je rozjuszyły, lecz szybko ustąpiło, dopuszczając do głosu łagodne mrowienie.
Dopiero teraz umysł mógł odnotować kłucie w szyi, tępe ćmienie z tyłu głowy, delikatny ból pleców i wilgoć zmoczonej sukienki. Poruszyłam lekko nogami, ale nie miałam odwagi zmienić pozycji. Najchętniej wyciągnęłabym się jak długa na brudnej podłodze w piwnicy.
Jakiś kształt wyłonił się ze ściany i podpełznął w moim kierunku. Zniknął. Podejrzewałam, że zniknie, ale i tak się wystraszyłam. Prawi karmili się strachem. Jeśli uznawali, że ktoś boi się niedostatecznie mocno, znajdowali sposób, żeby to zmienić.
Ból pleców coraz skuteczniej walczył o moją uwagę. Czy mogłam wstać? Nie powinno im to przeszkadzać. Gorzej, jeśli później nie pozwolą mi znowu usiąść. To była kwintesencja ich sadyzmu. Zostawiali nas w ciszy i spokoju tak długo, aż musieliśmy podjąć jakąś decyzje. Czasami, gdy się nad tym spokojnie zastanawiałam, dochodziłam do wniosku, że każda decyzja jest równie zła, co dobra. Mimo to potrafili nas przekonać, że nasze cierpienie będzie prostą konsekwencją wyboru, jakiego dokonaliśmy.
W piwnicy zrobiło się jaśniej, ściany wygładziły się, a kąty przestały pulsować ciemnością. Musieli zauważyć moje wahanie i teraz nie zrobią niczego, dopóki się na coś nie zdecyduję. Mam spokój, ale przecież wiem, że w końcu będę musiała się poruszyć, czyli – tak czy inaczej – dam im pretekst. Pytanie, czy nie lepiej to przyśpieszyć, mógłby zadać tylko ktoś, kto nigdy nie doświadczył ich okrucieństwa. Siedziałam więc nieruchomo i miałam nadzieje, że spodoba im się taki dowód pokory – dowód strachu.
Czekałam. Nie zrobiłam ostatnio nic złego, więc nie wiedziałam za co się tutaj znalazłam. Łatwo było urazić ich nieświadomie, ale wtedy również kara była odpowiednio niewysoka. Nie mogę powiedzieć, że miałam nadzieję na szybki powrót do domu, bo też nie mogłam o tym myśleć. Taka zarozumiała kalkulacja bardzo by ich rozwścieczyła.
Półmrok w piwnicy nasycił się większą ilością światła, a drzwi przede mną otworzyły się gwałtownie. Podskoczyłam. Nie tylko dlatego, że był to jedyny dźwięk, jaki usłyszałam od nie wiem ilu godzin. Nadzieja? Nie. Strach. Musiał być pierwszą emocją, bezwarunkowym odruchem niezbędnym, by przeżyć.
Fala przebiegła tuż pod powierzchnią podłogi i uniosła mnie na krótko. Miałam wstać, więc podniosłam się szybko, chociaż mięśnie zaprotestowały. Patrzyłam na otwarte drzwi, zastanawiając się, czy to już jest rozkaz. Na pewno mam wyjść?
Dźwięk za mną. Plusk, jakby coś spadało do wody z niewielkiej wysokości. Odwróciłam głowę. Ściana wypełniła się ruchem kształtów, które rodziły się i lądowały na podłodze. Wyglądały jak ślepe, pozbawione sierści kotki z sinymi pępowinami łączącymi je z murem. Nie miały tylnych łapek, więc pełzły w moim kierunku, odpychając się nieporadnie przednimi.
Prawi chcieli, żebym wyszła.
Powinnam mieć problem z postawieniem pierwszych kroków, ale strach pomógł mi o tym zapomnieć. Kotków było coraz więcej, tak że ich pępowiny plątały się w powietrzu.
Ostrożnie wyszłam z piwnicy. Nie wiedziałam, w którym budynku jestem, ale na szczęście moje więzienie znajdowało się na końcu korytarza, który wiódł tylko w kierunku schodów na górę. Nadzieja? Nie. Strach.
Ruszyłam powoli przed siebie, uważając, by nie dotknąć ścian, ale to ściany chciały dotknąć mnie. Dłonie nie wyłoniły się z nich. W jednej chwili były wszędzie, jakby ktoś wykorzystał moje mrugnięcie, by podmienić dekoracje. Jedne dłonie miały dwa palce, inne cztery, a jeszcze inne tyle, że nie miałam czasu ich policzyć. Palce, tak długie jak rączki dziecka lub tak krótkie jak dziecięce paluszki, były miękkie, pozbawione kości. Wszystkie próbowały mnie pochwycić.
Chcieli, żebym się pospieszyła.
Pobiegłam więc tak szybko, jak potrafiłam, długim korytarzem, a potem schodami w górę. Kilka dłoni szarpnęło mnie za włosy, zanim znalazłam się w przedpokoju tuż przed drzwiami otwartymi na zewnątrz. Zawahałam się, ale dłonie sięgnęły po mnie, prężąc wężowe ramiona.
Wybiegłam z domu prosto w noc i już się nie zatrzymywałam, bo najwyraźniej sobie tego nie życzyli. Prowadzili mnie dokądś i ilekroć obrałam zły kierunek, drzewa albo rozwścieczone psy zagradzały mi drogę. Nie miałam czasu, by się zastanawiać, czy biegnę do własnego domu, czy do następnej pułapki.
1 2 3 6 »

Komentarze

18 VII 2015   21:58:13

Interesujące, ale brak jakiejkolwiek synchronizacji czasoprzestrzennej między światami przedstawionymi powoduje że czyta się jak dwa opowiadania równocześnie. Jedno w świecie postapo z nieciekawym wątkiem magicznym ale dobrym przedstawieniem podstaw, i drugie- mało interesujące o traumie powypadkowej.

20 VIII 2015   00:55:53

Ciekawe,dwie płaszczyzny przenikające się nawzajem i cena za wyjście z cienia.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Styczeń 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Potwory i spółka
— Anna Nieznaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.