Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Katarzyna Rupiewicz
‹Prawi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKatarzyna Rupiewicz
TytułPrawi
OpisAutorka ukończyła język francuski, socjologię reklamy i administrację Linuxem. Od kilku lat jest członkiem sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Jej opowiadania można przeczytać w klubowej antologii „Światy równoległe”, a także w internetowym NOLu i Szortalu. W tym roku nakładem Genius Creations ukaże się jej pierwsza powieść pt. „Redlum”.
Gatunekgroza / horror

Prawi

« 1 2 3 4 6 »
Ciemność ożywała. Kątem oka dostrzegałam nieustanny ruch, na który nie wolno było zwracać uwagi. Moja siostra powiedziała kiedyś, że to Prawi otaczają nas, kiedy najbardziej się boimy, i zabijają tych, którzy ich zobaczą.
Jeden kształt przede mną stawał się coraz bardziej nieruchomy i wyraźny. Budynek. Tam mnie prowadzili. Wydawało mi się, że poznałabym wszystkie domy we wsi, a jednak nie wiedziałam, gdzie jestem.
Mało brakowało, a uderzyłabym w metalową bramę, nim rozwarła się przede mną. Zawahałam się i to wystarczyło, by stylizowany na bluszcz ornament zaczął wić się jak żywy.
Za sobą usłyszałam warknięcie psa. Bardzo blisko.
Przebiegłam szybko pomiędzy skrzydłami bramy. Chociaż metalowy listek rozciął mi ramię, nie wiem nawet, czy to poczułam, czy tylko zauważyłam. Znałam ten bluszcz i zastanawiałam się, dlaczego przyprowadzili mnie właśnie tutaj.
Podbiegłam do drzwi. Mam zapukać, wejść? Czego oni właściwie chcieli? Pies zawarczał. Znów był tuż za mną. Nacisnęłam klamkę. Zamknięte. Myślałam, że nikt we wsi nie zamyka drzwi na klucz.
Warknięcie. Szczęki szarpnęły mnie za sukienkę.
Uderzyłam w drzwi kilka razy, modląc się w duchu, żeby ktoś był w środku i żeby usłyszał.
Drugie szarpnięcie było mocniejsze. Usłyszałam trzask pękającego materiału.
Kątem oka dostrzegałam ruch, jakby otaczali mnie półkolem. Czekali, aż nie wytrzymam i się odwrócę.
Chrobot klucza przekręcanego bardzo powoli po drugiej stronie. Pewnie ktoś nie był pewien, czy chce otworzyć. Walić w drzwi? Krzyczeć? Czy siedzieć cicho, żeby go nie spłoszyć?
Poczułam zimny oddech psa na odsłoniętych teraz łydkach. A może to wcale nie był pies?
Drzwi otworzyły się wreszcie. Łagodne światło lampy wystarczyło, by mnie oślepić.
– Paweł – wychrypiałam i nie mogłam zebrać myśli, by powiedzieć coś więcej.
Cofnął się, żebym mogła wejść do środka. Usłyszałam, że z powrotem przekręca klucz.
– Zimno ci? – spytał.
Dopiero wtedy zauważyłam jak bardzo się trzęsę – nie drżę, tylko cała dygoczę.
– Nie wiem. Nie – wymamrotałam.
– Chcesz najpierw coś zjeść czy się przebrać? – spytał znowu.
– Tak – odpowiedziałam.
Wiedziałam, że śmierdzę i pewnie wyglądam okropnie, ale trudno było mi myśleć o czymkolwiek innym niż o tym, że jest już po wszystkim. Paweł przyglądał mi się spokojnie.
– Chodź za mną – powiedział.
Poczłapałam posłusznie do czystej i przestronnej kuchni.
Gospodarz odstawił lampę na stół i zabrał się za rozpalanie w piecu, a ja usiadłam na brzegu drewnianego zydla i starałam się zapanować nad drżeniem rąk.
– Niedługo będzie ciepła woda, pójdę znaleźć ci jakieś ubranie – powiedział tuż obok mnie.
Podskoczyłam, bo nie zauważyłam, kiedy podszedł. Skinęłam głową i obserwowałam, jak zamyka za sobą drzwi.
Dotknęłam mokrego rękawa, zastanawiając się, skąd wzięło się tyle krwi skoro jeszcze nawet nie czułam bólu. Wierzchem dłoni przetarłam oczy. Poruszyłam zesztywniałą z napięcia szyją.
Trzask. Podskoczyłam. To tylko ogień.
Już dobrze.
W domu mama zawsze mnie tuliła, dopóki się nie uspokoiłam, a teraz trafiłam do kogoś innego. Dlaczego właściwie? Przecież prawie go nie znałam.
Ciche pukanie. Paweł wszedł powoli, niosąc sukienkę.
– Należała do mojej matki – wyjaśnił. – Dasz sobie radę?
Skinęłam głową.
– Poczekam za drzwiami – powiedział.
Kiedy wyszedł, wstałam i spróbowałam wziąć się w garść. Rozebrałam się, a po chwili zastanowienia wrzuciłam podartą sukienkę do pieca. Przelałam wodę do niedużej balii i bez trudu odnalazłam kostkę szarego mydła. Powtarzałam sobie, że powinnam umyć się szybko, ale ciało uparcie nie chciało słuchać kolejnych poleceń.
Dopiero co przeżyty koszmar zaczął schodzić na drugi plan. Zdałam sobie sprawę, że stoję nago w kuchni mężczyzny, który jest zaledwie dwa lata starszy ode mnie.
Wytarłam się pośpiesznie i założyłam sukienkę nieco zbyt krótką i zbyt opiętą, bym mogła się w niej czuć swobodnie. Oby Prawi przymknęli oko na ten niestosowny strój.
Gdy otworzyłam drzwi, żeby wpuścić Pawła, owionęło mnie chłodniejsze powietrze z sieni i ciemność.
Zabrali go!
Nie wiem, czy najpierw poczułam, jak uginają się pode mną nogi, czy jak fala gorąca uderza we mnie od środka.
– Paweł! – zawołałam słabym głosem.
Bałam się krzyknąć głośniej albo wyjść poza okrąg światła. A jeśli zostałam sama? Z Pawłem nikt nie mieszkał, odkąd Prawi wzięli jego rodziców.
– Już idę! – usłyszałam nagle głos zza drzwi.
Wszedł do kuchni z drugą lampą w jednej dłoni i pachnącą szynką w drugiej.
Położył obie rzeczy na stole, podszedł do mnie i delikatnie dotknął ramienia.
Cofnęłam się odruchowo, choć nie chciałam go urazić. Dopiero po chwili zorientowałam się, że rana wciąż krwawi i plami sukienkę. Ależ jestem głupia!
– Przepraszam – powiedziałam szybko. – Wypiorę ją.
– To ja przepraszam – odparł. – Nie sądziłem, że cię skrzywdzą.
Chyba otworzyłam usta i gapiłam się na niego. Co on właściwie do mnie powiedział? Zdecydowanie byłam już zbyt zmęczona.
Paweł wyciągnął z kredensu chleb zawinięty w białą ścierkę. Położył bochen na stole, a materiał otrzepał z mąki i zawiązał ciasno na moim ramieniu. Chciałam zaprotestować, bo przecież szkoda takiej ładnej ścierki, ale nie potrafiłam się odezwać. Ostatnie zdanie wciąż dźwięczało mi w uszach.
Odwrócił się i zaczął kroić chleb, którego skórka chrupała głośno, a może tak mi się tylko wydawało, bo mężczyzna szeptał.
– Poprosiłem o ciebie…
Ledwie udało mi się usłyszeć te słowa. Usiadłam ciężko i tylko łut szczęścia pomógł mi trafić w taboret. Nie wiedziałam czy powinnam płakać, cieszyć się, złościć się na niego albo na Prawych…
Nie! Nie wolno mi tak myśleć!
Postawił przede mną talerz z pajdami świeżego chleba z masłem i grubymi plastrami szynki. Nawet w święta tak nie jadaliśmy. Powinnam umierać z głodu, a czułam, że niczego nie przełknę.
Kiedy Paweł przyklęknął i ujął moją dłoń, ledwie zapanowałam nad odruchem cofnięcia ręki. Czy to na pewno wypada, żeby mnie dotykał?
– Wiem, że nie masz wyboru – powiedział cicho. – Ale nie chciałbym, żeby zostanie moją żoną było dla ciebie torturą.
Zrobiło mi się głupio, bo wyglądałam na załamaną jego decyzją, a przecież każdy wiedział, że od Prawych niczego nie dostaje się za darmo. Zwłaszcza zgody na małżeństwo. Paweł musiał wycierpieć znacznie więcej niż ja dzisiaj.
• • •
Znowu obudził mnie ból. Najbardziej bolała prawa ręka. Odruchowo dotknęłam obwiązanej wokół ramienia ścierki, teraz już sztywnej od zaschniętej krwi.
Nie pamiętałam, jak się znalazłam w tym pokoju, i nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ani gdzie zasnęłam. Nie potrafiłam także ocenić, ile czasu spałam, bo strugi deszczu zalewały okno szarością, która mogła oznaczać niemal każdą porę dnia.
Odrzuciłam gęsto tkany pled, a potem obciągnęłam sukienkę, która podczas snu nieskromnie uniosła się do kolan. Niechętnie opuściłam stopy na zimną podłogę i podeszłam na palcach do komina. Oparłam się o niego plecami. Był bardzo ciepły, więc pewnie Paweł cały czas palił ogień.
Na ścianie naprzeciw mnie wisiał portret tak dokładny, że w pierwszej chwili wzięłam go za zdjęcie. Nikt jednak we wsi nie miał aparatu, a możliwe, że kiedyś żył tu ktoś, kto potrafił malować.
Obraz przedstawiał parę młodych ludzi. Mężczyzna miał ostre rysy twarzy i wydatne kości policzkowe, kobieta nieco bardziej owalne i łagodne oblicze. Poza tym wydawało się, że malarz nie poradził sobie z różnicowaniem postaci, bo oboje mieli jednakowe jasne oczy, słabo zarysowane usta, a nawet tak samo haftowane kołnierzyki.
Dobrze wiedziałam, że w końcu będę musiała iść do kuchni, a przyglądając się portretowi, tylko próbuję odwlec tę chwilę.
« 1 2 3 4 6 »

Komentarze

18 VII 2015   21:58:13

Interesujące, ale brak jakiejkolwiek synchronizacji czasoprzestrzennej między światami przedstawionymi powoduje że czyta się jak dwa opowiadania równocześnie. Jedno w świecie postapo z nieciekawym wątkiem magicznym ale dobrym przedstawieniem podstaw, i drugie- mało interesujące o traumie powypadkowej.

20 VIII 2015   00:55:53

Ciekawe,dwie płaszczyzny przenikające się nawzajem i cena za wyjście z cienia.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Styczeń 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Potwory i spółka
— Anna Nieznaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.