Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Katarzyna Rupiewicz
‹Prawi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKatarzyna Rupiewicz
TytułPrawi
OpisAutorka ukończyła język francuski, socjologię reklamy i administrację Linuxem. Od kilku lat jest członkiem sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Jej opowiadania można przeczytać w klubowej antologii „Światy równoległe”, a także w internetowym NOLu i Szortalu. W tym roku nakładem Genius Creations ukaże się jej pierwsza powieść pt. „Redlum”.
Gatunekgroza / horror

Prawi

« 1 2 3 4 5 6 »
Byłam świadoma tego, że mam już swoje lata i całkiem niedługo poprosi o mnie jeden z młodzieńców, którzy szturchali się łokciami, gdy przechodziłyśmy obok nich z siostrą, lub odwiedzali naszych rodziców pod pretekstem pożyczenia kosy czy taczki. Paweł jednak nigdy do nich nie należał. Mieszkał sam, odkąd pamiętam, a to oznacza, że już jako dziecko musiał zajmować się domem i gospodarką. Jedno i drugie było wyjątkowo duże jak na naszą wieś, ale on chyba nigdy nie prosił nikogo o pomoc. Nie przypominam sobie też, abym kiedykolwiek widziała, jak młodzieniec pomaga innym.
Przestąpiłam z nogi na nogę. Rodzice na pewno myślą, że wciąż jestem w koszmarze Prawych, więc musiałam do nich wrócić.
Nacisnęłam klamkę i przeszłam przez sień na palcach, bo zimna podłoga mroziła bose stopy. Po chwili zastanowienia zapukałam do drzwi obok, choć pewnie były zamknięte tylko po to, by nie wypuszczać ciepła.
– Wejdź – powiedział nieco zaskoczony głos.
Wślizgnęłam się do środka. W kuchni było bardzo ciepło. Paweł siedział na stołku i przebierał duży koszyk grzybów. Miał mokre włosy, jakby dopiero co wrócił z dworu, a przy piecu suszyły się jego koszula i buty.
– Napijesz się mleka? – spytał.
– Muszę iść do rodziców – odparłam. – Na pewno strasznie się o mnie martwią.
Skinął głową spokojnie, niemal mechanicznie, a i tak zrobiło mi się głupio, bo wczoraj tak bardzo się starał, by jak najlepiej mnie ugościć.
– Przyjdź do nas jutro na obiad – powiedziałam szybko. – Jest przecież tyle rzeczy do omówienia w związku ze ślubem.
Kolana ugięły się lekko pode mną, bo własne słowa przypomniały mi, że już niedługo stanę się jego żoną.
– Zawiozę cię do domu, nie wyglądasz na zdrową – oświadczył, przyglądając mi się podejrzliwie.
– Nie trzeba, jestem tylko trochę zmęczona – zapewniłam pośpiesznie, ciesząc się w duchu, że moje dziwne zachowanie łączył z wczorajszym koszmarem.
Nie chciałam go urazić, potrzebowałam tylko trochę więcej czasu, by oswoić się z myślą, że wkrótce wszystko się zmieni.
Paweł podniósł się i podszedł do dużej szafy, ja zaś po raz pierwszy zebrałam się na odwagę, by mu się przyjrzeć. Miał jasnoniebieskie oczy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i wąskie usta. Nie mogłabym nazwać jego twarzy miłą lub sympatyczną, tak jak w przypadku innych chłopców, ale to w żaden sposób nie czyniło jej nieładną.
Ciało miał mocno umięśnione i wyrzeźbione ciężką pracą jak mój brat, lecz w przeciwieństwie do niego nie był wychudzony. No i nie miał blizn. Ledwie powstrzymałam się przed obejściem go dookoła i przyjrzeniu się plecom. Każdy z nas przecież nosił jakieś blizny.
Nagle zdałam sobie sprawę, że Paweł nie patrzy już w głąb szafy, tylko na mnie. Musiał zorientować się, że go oceniam, bo speszył się na chwilę, a zaraz potem się wyprostował.
Wbiłam wzrok w podłogę i chciałam zapaść się pod ziemię. Spojrzałam przecież tylko z głupiej, próżnej ciekawości. Sama nie wiem, jak to się stało, że mój wzrok taksował nagą pierś mężczyzny. Oby Prawi wybaczyli mi to grzeszne zachowanie. Oby Prawi wiedzieli, że nie miałam na myśli niczego zdrożnego.
A Paweł? Co on sobie o mnie pomyśli?!
– Ja nie… nie… – zaczęłam się jąkać.
– Weź to, proszę – powiedział, wkładając w moje ręce płaszcz. – Strasznie leje.
Widziałam podobne u kilku starszych mieszkańców, ale ten był znacznie nowszy i lepiej wykonany. Duży męski płaszcz z baraniej skóry nacieranej tłuszczem, z równo wszytymi rękawami, a nawet kapturem.
– Nie mogę tego przyjąć – wymamrotałam.
– Zatem jutro mi go oddasz – odparł. – Dość już miałaś przeze mnie kłopotów. Nie chcę, żebyś jeszcze zmokła.
Czy usłyszałam w jego głosie rozbawienie? Niemożliwe, nikt przecież nie mówiłby tak lekko o koszmarze. No chyba że Paweł kpił z mojego zakłopotania.
Odnalazłam wzrokiem porzucone wczoraj buty, raz po raz przeklinając się w myślach za próżność i zuchwałość. Mechanicznie przyjęłam płaszcz i ubrałam się, nie odrywając wzroku od podłogi. Ucieszyłam się, gdy moje dłonie zniknęły pod zbyt długimi rękawami, a twarz przysłonił za duży kaptur.
Dopiero kiedy Paweł otworzył przede mną drzwi, zauważyłam, że założył pożółkłą koszulę, i zrobiło mi się jeszcze bardziej wstyd za moje zachowanie. Wykorzystując mrok w sieni i cień kaptura, chciałam wydusić z siebie przeprosiny, lecz mężczyzna mnie ubiegł.
– Obiecaj mi coś – powiedział tak szybko, jakby bał się, że się rozmyśli.
Kiwnęłam skwapliwie głową, gotowa przysiąc na wszystkie świętości, że nigdy więcej nie dopuszczę się równie niestosownego czynu.
– Obiecaj, że nie będziesz się mnie bała – poprosił i chociaż ja sama nie podniosłam wzroku, czułam, że nie patrzy na mnie w tym momencie.
– Obiecuję – odpowiedziałam. Wydawało mi się, że wiem, co ma na myśli.
• • •
Znowu budzi mnie krzyk, a właściwie tylko śni mi się, że się budzę. Każdy, kto choć raz przeżył koszmar, zawsze potrafi odróżnić sen od rzeczywistości, która może być koszmarem. We śnie jestem więc w dużym białym pokoju, gdzie podłoga jest zimna i nie wiem, skąd przychodzi mi do głowy, że te połyskujące kwadraty są nazywane płytkami.
Tak samo nie potrafię wytłumaczyć dlaczego fakt, że leżę na prawym boku, uznaję za bardzo istotny. Jakieś dwa metry dalej widzę odłamki potłuczonego lustra. Wydaje mi się, że to ja krzyczałam. Próbuję wstać, ale nie mogę poruszyć nogami.
W lewej ręce trzymam broń. Nie mam wątpliwości, że nigdy nie widziałam na żywo pistoletu, lecz i tak wiem, co z nim zrobić. To tylko sen, więc przykładam lufę do głowy i pociągam za spust.
Tak jak podejrzewałam, obudziłam się we własnym łóżku, słysząc obok uspokajający oddech młodszej siostry. Czasami miewałam takie sny. Nie przerażały mnie zbytnio, bo wiedziałam, że to się nigdy nie wydarzyło i już się nie wydarzy.
Poza tym szarość poranka wlewała się przez okna, a wraz ze świtem wszystko, a przynajmniej większość rzeczy, stawało się mniej straszne.
Kiedy wczoraj powiedziałam rodzicom, że Paweł o mnie poprosił, mama rozpłakała się, a tata był wściekły. Nie rozumiałam dlaczego – przecież mogli się spodziewać tego, że któryś młodzieniec zechce mnie poślubić.
Niechętnie wygramoliłyśmy się z siostrą spod pierzyny i ubrałyśmy się szybko. Czekało nas dużo roboty związanej ze sprzątaniem, gotowaniem, a także codziennymi gospodarskimi obowiązkami.
Wkrótce nadeszła pora obiadu i wszyscy przepychaliśmy się w przejściu między pokojem a kuchnią, aby zdążyć się jeszcze przebrać przed przybyciem gościa. Brat wprawdzie narzekał na zbyt krótkie rękawy, a tata kręcił nosem na zbyt suty obiad, ale i tak zaczynałam cieszyć się na myśl o ślubie i białej sukience.
Wtedy usłyszeliśmy tętent końskich kopyt. Nie każde gospodarstwo miało konia, a chyba tylko kilka posiadało siodła do jazdy wierzchem. Paweł chciał pewnie pokazać rodzicom, że wydają córkę za bogatego człowieka, lecz oni wcale nie wyglądali na zadowolonych.
– Więcej osób nie mogło go zobaczyć? – mruknął ojciec.
Wyszliśmy przed dom, akurat gdy Paweł zsiadał z konia. Pierwszy raz widziałam, by przy powitaniu zapadła cisza.
– Niech łaska Prawych cię nie opuszcza – powiedziała w końcu mama.
Te słowa powinna wypowiedzieć głowa rodziny, lecz tata nawet nie wyciągnął w jego kierunku ręki.
– Niech i was Prawi obdarzają swą łaską – odpowiedział Paweł tak zaskoczony, że aż pomylił zwyczajowe błogosławieństwo, idąc za nami do izby.
Kazałam siostrze usiąść, a sama rozkładałam talerze pełne parującej kaszy. Wiedziałam, co tata powiedziałby na tak duże porcje, ale mama zawsze uważała, że nie wypada nie nakarmić gości do syta.
Jacek usiadł z Elżbietą na łóżku rodziców. Ja zwykle siedziałam z nimi – z dziećmi – ale dzisiaj miała być mowa o moim ślubie, więc mogłam usiąść przy stole jak dorosła.
– Pewnie nie jesteś przyzwyczajony do tylu osób na obiedzie? – powiedziała mama.
Może zauważyła, że gość patrzy na nas z lekkim zaskoczeniem, a może tylko chciała przerwać tę nieznośną ciszę.
– U Pawła w kuchni stół jest dwa razy taki jak u nas – wypaliłam, bo zachłysnęłam się tym, że dzisiaj wolno mi się odzywać przy jedzeniu.
– Ale zwykle siedzę przy nim sam – mruknął Paweł lekko zawstydzony. – Nie mam rodzeństwa…
« 1 2 3 4 5 6 »

Komentarze

18 VII 2015   21:58:13

Interesujące, ale brak jakiejkolwiek synchronizacji czasoprzestrzennej między światami przedstawionymi powoduje że czyta się jak dwa opowiadania równocześnie. Jedno w świecie postapo z nieciekawym wątkiem magicznym ale dobrym przedstawieniem podstaw, i drugie- mało interesujące o traumie powypadkowej.

20 VIII 2015   00:55:53

Ciekawe,dwie płaszczyzny przenikające się nawzajem i cena za wyjście z cienia.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Styczeń 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Potwory i spółka
— Anna Nieznaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.