Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 12 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Joanna Krystyna Radosz
‹W deszczu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJoanna Krystyna Radosz
TytułW deszczu
OpisKobieta wielu pasji z czterdziestoośmiogodzinną dobą. Rocznik 1992. Przez długie lata torunianka, obecnie rezyduje w Wielkopolsce. Rusycystka i rusofilka. Zapalony kibic sportów wszelakich ze szczególnym naciskiem na biathlon i żużel – przez lata pisała o tych dyscyplinach m.in. dla „Tygodnika Żużlowego” czy portalu biathlon.pl. Pisze, tłumaczy, udziela się naukowo, a czasem – o zgrozo! – czytuje poezję. Na głos. Ma na koncie kilka publikacji mniejszych form (m.in. nagrodzonego w pierwszej edycji Littery Scripty opowiadania „Bogowie nie umierają”), wciąż czeka na debiut powieściowy.
Gatunekobyczajowa

W deszczu

1 2 3 »
Nie wiem, dlaczego mnie to interesuje. W głowie roją się dziwne myśli. Mąż – prezydent, córka – szefowa jego sztabu, synowie – poseł i światowej sławy skrzypek, i tylko ja jedna – po prostu gospodyni domowa. Nawet nie mogę siebie nazwać ładnym dodatkiem.

Joanna Krystyna Radosz

W deszczu

Nie wiem, dlaczego mnie to interesuje. W głowie roją się dziwne myśli. Mąż – prezydent, córka – szefowa jego sztabu, synowie – poseł i światowej sławy skrzypek, i tylko ja jedna – po prostu gospodyni domowa. Nawet nie mogę siebie nazwać ładnym dodatkiem.

Joanna Krystyna Radosz
‹W deszczu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJoanna Krystyna Radosz
TytułW deszczu
OpisKobieta wielu pasji z czterdziestoośmiogodzinną dobą. Rocznik 1992. Przez długie lata torunianka, obecnie rezyduje w Wielkopolsce. Rusycystka i rusofilka. Zapalony kibic sportów wszelakich ze szczególnym naciskiem na biathlon i żużel – przez lata pisała o tych dyscyplinach m.in. dla „Tygodnika Żużlowego” czy portalu biathlon.pl. Pisze, tłumaczy, udziela się naukowo, a czasem – o zgrozo! – czytuje poezję. Na głos. Ma na koncie kilka publikacji mniejszych form (m.in. nagrodzonego w pierwszej edycji Littery Scripty opowiadania „Bogowie nie umierają”), wciąż czeka na debiut powieściowy.
Gatunekobyczajowa
Dla mojej Mamy i jej Przyjaciółki
marzec, lotnisko im. F. Chopina
Pada od trzech dni, a ja znowu zapomniałam parasola. Podkasałam wystającą spod płaszcza suknię i biegnę po płycie lotniska, modląc się, żeby nie zauważyli mnie dziennikarze. Jest mi zimno, a droga do samolotu wydaje się dłużyć w nieskończoność. Za mną swoim nieautentycznym, nadętym krokiem zmierza Gabriel w towarzystwie ochrony; słyszę miarowe plaskanie butów o kałuże.
– Lalka! – woła Gabriel, przekrzykując szum lecących nad nami samolotów. Ale ja jestem daleko i nie chcę się cofać. Zależy mi na tym, by jak najszybciej znaleźć się na pokładzie, wcisnąć do uszu słuchawki i odlecieć razem z „Preludium deszczowym” Chopina. Preludium dźwięczy mi w uszach, przedzierając się przez rumor odległego pasa startowego. Mam wrażenie, że przede mną jest mgła, otacza mnie, owija się wokół szyi ciasnym kłębem jak tamtego październikowego wieczoru, gdy w bladym świetle latarni widziałam tylko mleczną konsystencję powietrza. Lecz tym razem z mgły nie wyłoni się znajoma postać i nie usłyszę jej melodyjnego, niskiego głosu.
– Lalka! – W głosie Gabriela rozlega się rozpacz. Czego on ode mnie chce? Jestem przy nim – czy to nie dość? Mogłam wybrać inne życie, nie poświęcać dla niego wszystkich marzeń – ale zostałam. Niech nie wymaga, żebym do tego zachowywała się tak, jak chciałby on i jak wypada. Kobiecie w moim położeniu nic już nie wypada.
Słyszę, że przyspieszył kroku, a wraz z nim naprzód wyrwali ochroniarze. Przystaję, odwracam się, a deszcz strugami cieknie mi po karku. Mgła jest coraz gęstsza, z trudem dostrzegam siwe włosy Gabriela, gładko przyczesaną fryzurę, którą teraz zapewne bezlitośnie niszczy wiatr. Obiecuję sobie, że to ostatni nasz lot, a potem wszystko się zmieni.
Samolot ledwie słyszalnym pośród wszechobecnego huku pomrukiem zaprasza nas na pokład.
październik poprzedniego roku, Filharmonia Narodowa
– Lalka, nie denerwuj się.
Dłoń Gabriela zaciska się na mojej pięści. Kiedyś pytał, czy się denerwuję, potem nauczył się odpowiedzi na pamięć. Jego ręce są duże i miękkie, ręce intelektualisty, który nigdy nie parał się pracą fizyczną. Moi teściowie – historyk i pani muzykolog – mieli ogromne mieszkanie na Mokotowie, w całości wypełnione książkami i wielkimi, nieporęcznymi płytami winylowymi. Gdy nasi znajomi wymieniali się nielegalnie zdobytymi nagraniami Rolling Stonesów, Gabriel przynosił mi Czajkowskiego i Beethovena na czarnych krążkach. Pod wpływem zdobytych cudem książek Musierowicz, które razem czytywaliśmy na przekór światu i stereotypom, poszedł na filologię klasyczną, ów niedochodowy kierunek, który zresztą później utonął w odmętach historycznej niepamięci. Łacińskie sentencje nie przydały się Gabrielowi w szeregach „Solidarności” i podczas Okrągłego Stołu, ani gdy znalazł się w sejmie pierwszej kadencji – niedoświadczony chłopak z głową pełną marzeń o wolnej, szczęśliwej Polsce.
– Obiecaj mi, że nie będziemy tam siedzieć dłużej niż to absolutnie konieczne – szepczę, poprawiając kołnierz bluzki. Przytulam głowę do szyby, zamykam oczy, żeby nie widzieć odbicia mojej oszpeconej twarzy. Myśli przebiegają jak chmury gnane wiatrem: dziennikarze, flesze, czerwony dywan. Moja dłoń w dłoni Gabriela. Jego ramię osłaniające mój poparzony policzek.
Tylko dla niego jadę na otwarcie Konkursu Chopinowskiego. Gdyby nie honorowy patronat, gdyby nie złe języki i śledztwa tabloidowych hien, zostałabym w domu, jak zostawałam po tylekroć. Gabriel budował nową Polskę, a ja wychowywałam pokolenie, które miało dorastać już w wolnym kraju. Zmęczony Gabriel przysypiał na posiedzeniach sejmu, ciągnących się do późnej nocy, a ja przysypiałam obok łóżeczka Maciusia, potem Agniesi, potem Tolka… On bywał w wielkim świecie, ja – tylko w osiedlowych sklepach. Nie czytałam gazet. Oboje byliśmy szczęśliwi.
Co się zmieniło? Czy może raczej: co się nie zmieniło? Tylko to, że nadal nie czytam gazet, nie oglądam telewizji, nie przeglądam stron internetowych. O tym, co dzieje się w świecie, wiem od dzieci i Gabriela.
Samochód hamuje miękko, płynnie. Otwieram oczy i otacza mnie mgła. Październikowa Warszawa jest spowita dymem bożych papierosów, tonie w mlecznej poświacie. Światło latarń przebija się jak w bajce o dziewczynce z zapałkami. Jasnymi oknami wita nas gmach Filharmonii.
Flesze rozbłyskują we mgle. Słyszę głosy, ale nie rozróżniam słów. Ściskam dłoń Gabriela, żeby nie zgubić się wśród aparatów, wyciągniętych rąk, dźwięków pianina i gwaru rozmów. Przepływamy przez tłum, zamykają się drzwi. Może w tej mgle żaden obiektyw nie wyłowił mojej twarzy, szpetnej pomimo grubej warstwy makijażu.
Kiedyś chciałam zrobić operację, ale Gabriel powiedział, że dla niego i tak jestem najpiękniejsza. Kiedyś miałam na to siły, ale nie miałam pieniędzy. Dziś są pieniądze, tylko nie ma sensu – moją twarz wszyscy już widzieli.
Dźwięki pianina rozbrzmiewają z oddali. Wchodzimy po schodach, czyjeś ręce pomagają mi zdjąć płaszcz, zimna dłoń chwyta moje palce…
Stop.
– Eulalio – słyszę głos Gabriela – poznają panią Helenę Jastrzębską, dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina.
Podnoszę roztargniony wzrok na właścicielkę dłoni. Jasne, falujące włosy. Czerwona szminka na ustach. Koszula o męskim kroju, czarne spodnie. Szpilki, w których Jastrzębska jest o głowę wyższa ode mnie.
– To wielki zaszczyt panią poznać. – Ma niski, wibrujący głos. Mówi, jakby śpiewała.
Gabriel odchodzi gdzieś z jakimś mężczyzną, nawet się nie tłumaczy. Zadanie wykonane. Przywitał się z Jastrzębską, może zasiąść w loży i przesiedzieć koncert, oddalony myślami o dziesiątki, setki kilometrów, gdzieś pomiędzy nadchodzącą wizytą we Francji a ustawą o wieku emerytalnym.
– Wraz z mężem bardzo się cieszymy… – zaczynam wyuczoną formułkę. Jastrzębska przerywa mi gestem.
– Pan prezydent już to mówił. Też się cieszę. Wiem, że Chopin to nie najlepszy sposób na udany wieczór.
Usprawiedliwienie wypowiedziane na wpół żartobliwym tonem.
– To część naszego dziedzictwa…
Zaskoczone, a potem rozczarowane spojrzenie ciemnoniebieskich oczu, sennych, jakby zasnutych mgłą. Cichy pomruk siedzącego w kącie psa. Już zdążyłam zapomnieć, że na każdym kroku towarzyszą nam oficerowie BOR.
– Jak już mówiłam, niezwykle się cieszę, że zechcieli państwo objąć patronat nad Konkursem Chopinowskim i zaszczycili nas swoją obecnością w dzień otwarcia. – I nagle zmiana tonu, miękkie, familiarne nuty w lekko schrypniętym głosie: – Mam nadzieję, że dziś usłyszy pani zupełnie innego Chopina…
Jastrzębska prowadzi mnie korytarzami do wielkiej sali, gdzie powoli gromadzą się ludzie. Towarzyszy nam BOR-owiec z psem, siada w rzędzie za nami. Na krańcach loży, nie rzucając się w oczy, siedzą dwaj kolejni. Mam wrażenie, że sala jest pełna dymu, ale może to tylko zaparowane szkła okularów.
Gabriela nigdzie nie ma. Już go porwali, starego-nowego prezydenta niedługo po inauguracji.
– Chciałaby pani może usłyszeć kilka słów wprowadzenia?
Nie chcę. Chopin mnie nie interesuje. Co nowego mogę o nim usłyszeć? Ale zatrzymuję Jastrzębską, fascynuje mnie. Jest pierwszą osobą, która nie odwraca wzroku, patrzy na moją twarz, ale bez niezdrowego zainteresowania. Jakby nie widziała oparzeń na policzku, sięgających skroni i dochodzących niemal do oka blizn, śladów, które widać doskonale pomimo makijażu i oświetlenia. Próbowałam się ich pozbyć, musiałam się ich pozbyć, a one nawracały, niwecząc starania sztabu lekarzy…
Wzrok Jastrzębskiej przenika przez blizny.
– Na otwarcie zwyciężczyni ostatniej edycji konkursu zagra „Preludium deszczowe”. Chopin napisał je, kiedy wraz z George Sand przebywali na Majorce w starym klasztorze w 1838 roku. Mieszkali tam, by uniknąć wilgoci, która szkodziła ich chorym płucom. George Sand opisuje w swoich pamiętnikach, że bezustannie padało. Chopin chciał oddać w tym utworze monotonię deszczowej pogody, powtarzalny rytm życia klasztoru i cienie zmarłych mnichów, których obecność oboje – i on, i George Sand – odczuwali i o których każde z nich pisało swoim językiem…
Szept Jastrzębskiej płynnie przechodzi w padające krople dźwięków. Młoda kobieta przy fortepianie wydobywa z instrumentu deszcz nad Majorką, odosobniony klasztor, duchy w habitach, unoszące się nad pierwszymi rzędami oczarowanych widzów.
Gdy muzyka cichnie, odwracam się, ale zamiast Jastrzębskiej widzę tylko zmęczoną postać Gabriela.
1 2 3 »

Komentarze

06 I 2016   23:19:36

Całkiem dobry styl, tekst ciekawy. Natomiast pojawił się zgrzyt: 'a mi głupio było'. Oczywiście powinno być 'mnie'

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Pocztówka ze Sztokholmu
— Joanna Krystyna Radosz

Mistrzowie czarnego sportu
— Magdalena Kubasiewicz

Dla fanów żużla
— Magdalena Kubasiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.