Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Antoni Nowakowski
‹Czerwona poświata›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułCzerwona poświata
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF

Czerwona poświata

1 2 3 5 »
– Spokojnie, jeszcze obowiązuje rozejm… – Wagner odwrócił twarz w stronę Simmonsa. – Jeżeli nawet wystrzeli czerwoną rakietę, daj mu wrócić. To rozkaz!

Antoni Nowakowski

Czerwona poświata

– Spokojnie, jeszcze obowiązuje rozejm… – Wagner odwrócił twarz w stronę Simmonsa. – Jeżeli nawet wystrzeli czerwoną rakietę, daj mu wrócić. To rozkaz!

Antoni Nowakowski
‹Czerwona poświata›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułCzerwona poświata
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF
– Chryste, jak ich kawa pachnie! – Frist oblizał wargi. – Nie jak nasza lura, cholera wie, z czego robiona.
Zapach świeżo parzonej kawy z obozowiska konfederatów dochodził aż tutaj, na przeciwległy brzeg rzeki. Konfederaci zazwyczaj wstawali nieco wcześniej i od razu zabierali się do przygotowywania śniadania. Mocno wiało i porywiste podmuchy górskiego powietrza przenosiły na przeciwległe zbocza wąwozu cudowny zapach świeżo parzonej kawy. Wciskał się w szczeliny strzelnicze okopu oddziału Wagnera. Łechtał nozdrza przypomnieniem dawnych czasów, gdy unioniści jeszcze dysponowali obfitością chleba, herbaty, koców, ciepłych płaszczy i amunicji. Teraz oszczędzali wszystko, szanowali też każdy pocisk. Konfederaci robili tak samo, strzelając ledwie kilka razy w tygodniu.
Sierżant Frist lubił kawę. Wszyscy żołnierze roty Wagnera uwielbiali konfederacką kawę. Kubek czarnego napoju był rozkoszą dla podniebienia.
Ranki i wieczory nad górskim wąwozem przejmowały ciała chłodem, a noce palącym skórę mrozem. Kawa wroga, uzyskiwana w drodze wymiany, wspaniale rozgrzewała i nasycała żołądek. Żeliwne piecyki w okopie dawały sporo ciepła, jednak zużyli już większość drewnianych elementów nieużywanych odcinków umocnień.
Kilka kopiastych łyżeczek cukru i kropelka konfederackiego rumu, dostarczanego wraz z torbą brązowych ziaren, zmieszane z parującym płynem, powodowały, że Wagner przez prawie cały dzień czuł się bosko. Zapominał nawet o czerwonej poświacie, wolno nadciągającej od zachodu. Od strony ziem zaciekle bronionych przed armią konfederatów.
– Zaproponujemy białogwardzistom kolejną wymianę? – Sierżant possał palec. Rożek czerwonej gwiazdy na jego kaszkiecie oderwał się, pewnie w końcu zetlała nitka. Frist pracowicie przyszywał emblemat. Zajęty obserwowaniem przeciwległego brzegu ukłuł się w dłoń.
Konfederatów od koloru gwiazdek ma czapkach często nazywano białogwardzistami, a ich, unionistów, czerwonogwardzistami.
Wagner przeraźliwie ziewnął. Z czujnej drzemki po nieprzespanej nocy budził się pierwszy. Potem uważnie, tak jak teraz, sprawdzał, czy w wyglądzie stanowisk wrogów na drugim brzegu coś się zmieniło. Od dawna nic się nie zmieniało, podobnie jak w umocnieniach jego oddziału.
Fortyfikacje obu brzegów wyglądały prawie identycznie. Mało widoczny zygzak długiego okopu, nakrytego metalowymi płytami i grubą warstwą głazów, obsypaną ziemią. Nieco wyższe kopulaste wzgórki schronów do ognia skośnego. Parę zabezpieczonych wałami worków z piaskiem wykopów dla głęboko ukrytych granatników plazmowych.
Stadko ptaków spacerowało na przedpolu pozycji konfederatów, pilnie przeszukując wybujałe trawsko. Gołębie i trznadle wypatrywały okruszków sucharów. Podniebni goście dawno już zorientowali się, kiedy znajdą najbardziej obfity łup, pojawiając się w porze posiłków. Dla żołnierzy Wagnera chleb stał się wytęsknionym marzeniem, a porucznik przypuszczał, że sytuacja nieprzyjaciół jest taka sama. I tak samo jak unioniści, konfederaci chętnie dokarmiali gruchających przybyszów.
Liczne leje porosła już wysoka trawa. Teraz wyglądały po prostu na naturalne wgłębienia skalistego gruntu. Wagner sądził, że konfederaci na przeciwstoku swojej pozycji zrobili to, co uczynili jego żołnierze – kilka lejów zamienili w polowe latryny. Wykopali do nich rowy łącznikowe, starannie je zamaskowali i z zadowoleniem korzystali z polowych ubikacji. Oferowały coś cennego – długie chwile odosobnienia. Wagner miał swój własny kibelek ziemny i lubił z niego korzystać.
Kilka lat temu, w święta Bożego Narodzenia, zawarto dwudniowy rozejm. Wtedy też porucznik i jego żołnierze czuli wspaniały zapach parzonej konfederackiej kawy. Ktoś zaproponował wymianę ziaren na papierosy. Unioniści nadal dysponowali świetnym tytoniem, cieniutkimi bibułkami, pakietami paczek gotowych papierosów naprawdę dobrej jakości. Rozejm ponowiono w Nowy Rok, a potem, nieoczekiwanie, wymiana zaczęła się stale powtarzać.
Frist przerwał milczenie.
– Jak zwykle dajemy papierosy, suchary i cukier, a oni dwa dzbanki kawy, torbę niezmielonych ziaren i flachę rumu? – kontynuował, przyjmując brak sprzeciwu Wagnera za zgodę. – Jezu, świeży napar… Aż mnie ssie w żołądku, gdy myślę o kubku prawdziwej kawy…
Ponownie oblizał wargi.
– Może też zapytamy, co oni myślą o tej czerwonej poświacie. – Kapral O’Hara starannie wysmarkał nos. – Chyba nie jest ich sprawką, bo idzie od naszej strony. Ciągle się przybliża. Ładnie wygląda, tylko żeby nie przyniosła choróbsk bydlątkom…
Frank O’Hara zwykle mało się odzywał. Jeżeli już, opowiadał o swojej farmie. Bardzo martwił się, że dziwny poblask nieboskłonu zaszkodzi hodowli i uprawom. Zawsze pracowicie spędzał dzień, coś naprawiając, remontując, odnawiając. Całkiem niedawno poszył z resztek płacht maskujących sporą ilość poduszek i wypchał je sianem. Zbiór trawy też był zasługą O’Hary – czołgając się po zapolu umocnień, ścinał ją własnoręcznie zmajstrowanym sierpem, zbierał i na dnie okopu formował pokaźne kopce. Nikt nawet nie uśmiechnął się, oglądając starania O’Hary – rota nigdy nie otrzymała obiecanych śpiworów, materaców i koców. Dostała tylko zadanie – zablokować bród na górskiej rzece. Kilkanaście poręcznych zydli też stworzyły dłonie chudego jak tyka kaprala. Podobnie jak deski ustępowe i nowe osłony strzelnic sfabrykowane przez O’Harę z pancerzy zniszczonych robotów bojowych.
Wagner sądził, że kapral traktuje fortalicję jak gospodarstwo, wymagające stałego nadzoru. Od dłuższego czasu porucznik przemyśliwał, czy nie stworzyć drużyny saperów i nie mianować O’Hary jej dowódcą. Istniał tylko jeden problem, niemożliwy do rozwiązania – brak ludzi. Z macierzystej jednostki, Brygady Ochotniczej imienia Abrahama Lincolna, pozostały zaledwie dwa tuziny jego żołnierzy. Reszta wyginęła w ciągle ponawianych szturmach na pozycje konfederatów.
– Może nie ich, a może jednak tych skurwieli. – Frist zapętlił już nitkę. Szykował teraz sakwę z towarami na wymianę. Parciana torba zwykle służyła do przenoszenia magazynków amunicyjnych, jednak w nowej roli doskonale się spisywała. – Parszywi bandyci, ile złego nawyczyniali. Ludzi rozstrzeliwali bez sądu, męczyli… W myśl swoich idiotycznych idei przewrócili wszystko do góry nogami. Ale kawę mają pierwsza klasa…
Wagner prychnął. Nie mógł powstrzymać się od rzucenia oschłej uwagi:
– Za to my zawsze rozwalaliśmy wieśniaków ma podstawie wyroków sądów polowych. Pewnego razu przewodniczyłem składowi – kontynuował obojętnym tonem. – Proces trwał piętnaście minut. Potem całą wieś w majestacie prawa wysłaliśmy do piachu, bo chłopi – tutaj nadal istnieją chłopi – nie chcieli przekazać kontyngentu.
Wagner dobrze pamiętał, że sporo opornych wieśniaków powieszono, aby oszczędzić naboje. Wszyscy żołnierze uczestniczyli w egzekucjach. On też nieraz dobijał poranionych nieszczęśników, wysyłanych w otchłań śmierci pospiesznymi wyrokami sądów polowych. Nadal dobrze pamiętał oczy tych ludzi, patrzących na jego palec, ściągający spust pistoletu.
Porucznik potrząsnął głową. Nie zamierzał o tym myśleć. Nie chciał przypominać sobie, jak wraz z narastającymi rekwizycjami i zwiększającymi się daninami rodziły się desperackie bunty. Jak je tłumiono, śpiesznie ferując wyroki śmierci. Początkowo stanowiły wyjątek, niebawem stały się powszedniością. Jak obracały się w proch jego marzenia o urządzeniu sprawiedliwego świata po pokonaniu konfederatów, zawzięcie broniących ustanowionego przez siebie nowego porządku. Jak szybko jego zapał zgasł niczym płomyk zdmuchniętej świecy, gdy zrozumiał, że tak naprawdę walczy dla zaspokojenia żądzy władzy nieznanych mu ludzi, umiejących tylko ładnie przemawiać.
O’Hara wyciągnął już ze schowka na taśmy nabojowe pokaźną tubę. Służyła do porozumiewania się z przeciwległym brzegiem.
– Na wojnie różnie bywa – zauważył ugodowo. – Poruczniku, niech pan powiadomi konfederatów.
Wagner pokiwał głową. Frist miał rację – ostatnią wymianę przeprowadzono ponad miesiąc temu. Ciągle żywili się tym samym – sucharami, coraz gorzej pachnącymi konserwami, stwardniałą prawie na kamień czekoladą. Jeśli O’Harze udało się złowić we wnyki parę kuropatw, znęconych okruszkami sucharów, mogli czasami zjeść radośnie witaną zupę. Należało wprowadzić jakąś odmianę.
Porucznik musiał mocno wytężyć głos, aby dobrze go słyszano na drugim brzegu. Komunikat brzmiał tak, jak zwykle:
– Proponujemy wymianę! Papierosy, suchary i cukier za waszą kawusię i ten zafajdany bimberek! W tych proporcjach, co zawsze.
Frist wyszczerzył w uśmiechu poczerniałe od nikotyny zęby. Żołnierze Wagnera wciąż jeszcze dysponowali wielkim zasobem doskonałego tytoniu i obficie korzystali z tej przyjemności.
Po kilku minutach chrypliwy głos oznajmił decyzję wrogów. Brzmiała bardzo podobnie do wcześniejszych odpowiedzi.
1 2 3 5 »

Komentarze

25 II 2016   21:21:56

Wciągający, porządnie napisany, a momentami nawet wzruszający tekst. Przeczytałem z przyjemnością.

26 II 2016   19:26:49

Wielkie dzięki za komentarz.Cóż, wojna z zasady jest brudna i krwawa, a jednak niekiedy w toku tych morderczych działań zdarzają się momenty wzniosłe, a może nawet wzruszające. Tak chyba bywa.
I to - między innymi - starałem się w tym opowiadaniu uchwycić.

Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Przeistoczenie
— Antoni Nowakowski

Operacja „Koziorożec”
— Antoni Nowakowski

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie
— Antoni Nowakowski

Listy kochanków
— Antoni Nowakowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.