Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 czerwca 2022
w Esensji w Esensjopedii

Antoni Nowakowski
‹Czerwona poświata›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAntoni Nowakowski
TytułCzerwona poświata
OpisAutor pisze o sobie:
prawnik i politolog, piszący opowiadania i nowele, głównie o tematyce fantastycznej. Ceni fantastykę, ale także historyczną literaturę marynistyczną, faworyzując książki Frederica Maryatta i niektóre pozycje napisane przez Cecila Scotta Forestera. Swoje teksty publikował na ogólnodostępnych portalach internetowych. Ulubiona książka – „Rok 1984” George’a Orwellla, opowiadanie – „Kłopoty to moja specjalność” Raymonda Chandlera, a film to „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda.
Gatunekhistoryczna, SF

Czerwona poświata

« 1 3 4 5

Antoni Nowakowski

Czerwona poświata

• • •
– Helen z kopaniem tunelu na naszej farmie da sobie radę… – W głosie O’Hary zabrzmiała niezachwiana pewność siebie. – Dobra z niej kobieta. Gorzej z bydlątkami. Pewnie padną.
Kapral poprawił węzełek na plecach. Zapakował do niego wszystkie narzędzia. Stylisko siekiery dziwacznie sterczało zza głowy O’Hary.
Wagner rozejrzał się. Teraz czekali już tylko na pojawienie się konfederatów i połączenie oddziałów. Ludzie Wagnera złożyli broń i pociski w jeden stos, wykorzystując największy lej. Na wierzchu porucznik ułożył sztandar oddziału. Kilka granatów plazmowych miało posłużyć do zniszczenia niepotrzebnych przedmiotów do zabijania i niewielkiej chorągwi z czerwoną gwiazdą. Pozostała tylko snajperka Simmonsa – kule z jego karabinu miały spowodować detonację.
Sygnał mieli dać konfederaci, w podobny sposób unicestwiając broń i zapasy amunicji. Potem oddział Lermontowa powinien przejść przez bród i urządzić obozowisko. Zapole stanowisk roty Wagnera było rozległe, a parę mil dalej znajdowały się trzy opuszczone wioski i kilka podziemnych magazynów. Granicę umocnień konfederatów wyznaczało pasmo kamienistych wzgórz: osypujące się piargi oraz zwarte zagajniki wysoko wyrosłych świerków i sosen. Z dużymi oporami Lermontow w końcu uznał, że teren za fortalicją Wagnera lepiej nadaje się do stworzenia wspólnego miejsca przetrwania. Umożliwia urządzenie obok magazynów podziemnego węzła tuneli i komór, dającego cień szansy na przeżycie.
Simmons na przedpiersiu okopu układał pryzmę sporych kamieni. Po detonacji miały posłużyć do zniszczenia snajperki. Na twarzy wyborowego strzelca co chwila pojawiał się niepewny uśmiech.
Wagner oglądał widok znany mu od dawna. Od dawna powszedni. Ze zdziwieniem stwierdził, że czuje smutek, iż niebawem opuści okop. Wiedział, dlaczego – po prostu się zadomowił. Przyzwyczaił do miejsca będącego dla niego jedynym domem. Czuł, że może nawet w końcu trochę je polubił.
Teraz fortalicja wyglądała tak, jak zawsze. Tylko świeża mogiła sierżanta Jacoba Frista niweczyła uczucie niezmienności.
Frista zabił Simmons. Przyłożył mu lufę karabinu do czoła i nacisnął spust.
Sierżant, usłyszawszy, czym jest czerwona poświata, bardzo się ucieszył. Z radości zacierał dłonie.
– Tak jak mówiłem – najpierw wykończymy jebanych konfederatów. Potem się ukryjemy, a gdy kiedyś wyjdziemy na powierzchnię, urządzimy świat według naszych sprawiedliwych zasad – perorował. – Wreszcie wyjdą z ukrycia… Poślemy ich do piachu.
Wściekł się, usłyszawszy plan Wagnera o połączeniu oddziałów. Najbardziej rozbestwiła go propozycja zniszczenia sztandarów.
– Zdrada! – wrzeszczał, waląc pięścią w osłonę strzelnicy. – Podła zdrada! Po co walczyliśmy tak długo? Jedno wielkie kurestwo!
Frist tak mocno zachłystywał się wypowiadanymi słowami, że z kącików ust ściekała mu ślina.
Następne zdania brzmiały równie stanowczo.
– Mamy wegetować z wrogami? Którejś nocy wyrżną nas, co do jednego! To renegat i sprzedawczyk! Jebany sukinsyn!
Dłoń sierżanta zwróciła się w stronę Wagnera. Frist nie powiedział nic więcej, bo Simmons pociągnął za spust. Czaszka rozprysnęła się na strzępy, znacząc twarze najbliżej stojących plamami krwi, kawałkami kości i szczątkami mózgu.
O’Hara bez słowa wziął łopatę i poszedł kopać grób. Potem szybko zbił krzyż, a na kawałku drewna wyrył imię i nazwisko.
Frista żegnano w milczeniu. Wagner jednak przemógł się i wydukał kilkanaście słów. Porucznik lubił sierżanta, rezolutnego podoficera, zawsze gotowego do działania. Harry uznał, że coś mu się jednak należy.
– Dobry był z niego żołnierz i towarzysz, ale na koniec czegoś ważnego nie zrozumiał… – stwierdził znużonym głosem. – Chciał nadal zabijać, a zabijanie straciło już sens. Wybrał drogę prowadzącą donikąd. Nie było innego wyjścia, musiał zginąć. Jednak zapamiętajmy go takim, jakim był do wczoraj.
O’Hara odmówił modlitwę. Jako jedyny jeszcze umiał się modlić.
Huk eksplozji przerwał rozmyślania porucznika. Na przeciwległym brzegu podniósł się grzybiasty słup pyłu i kamieni. Konfederaci zniszczyli swoją broń. Zgodnie z umową należało uczynić to samo.
– Strzelaj, Jack! – zakomenderował Wagner. – Ostatni strzał w tej nikomu niepotrzebnej rzezi.
Trzasnęły zamykane klapy strzelnic. Wszyscy przywarli do ścian okopu.
Wybuch prawie ogłuszył Wagnera. Przez chwilę słyszał jeszcze świergot odłamków, uderzających w sklepienie okopu.
– Koniec… – Simmons odłożył karabin. – Nareszcie… Nareszcie rozwalę w drzazgi tę pieprzoną snajperkę.
Chwycił największy kamień. Silnymi uderzeniami niszczył zamek, a O’Hara obuchem siekiery deformował lufę.
Wagner patrzył w milczeniu na wysiłki obu mężczyzn. Karabin wyborowy zmieniał się w powyginany, do niczego nieprzydatny grat.
– Nie szkoda ci twojej broni? – zapytał z ciekawością, widząc wściekłość uderzeń Simmonsa i grymas na jego twarzy. – Dobrze służyła, gdy była jeszcze potrzebna.
– Nie. – Snajper potrząsnął głową. Otarł pot z czoła. – Kiedyś ją lubiłem, a potem znienawidziłem… Widzi pan – ciągnął Simmons w rytm miarowych uderzeń – żołnierz nie wie, kiedy zabija. Idzie natarcie, pył, dymy wybuchów, sylwetki podnoszą się i padają. Może zostali trafieni, a może chronią się przed ostrzałem… Nadciągają ślizgacze bojowe konfederatów. Strzela się do pojazdu, a nie do ludzi w środku…
Z rozmachem uderzył znowu parę razy w zamek karabinu.
– Dobrze wiedziałem, kiedy zabijam. – Simmons pokiwał głową. – Bardzo dobrze… Patrzyłem na krople potu na czole. Widziałem, że ktoś ma katar i cieknie mu z nosa. A potem twarz rozpryskiwała się w krwawą breję. Miałem już tego dość.
Niespodziewanie uśmiechnął się radośnie.
– Nareszcie koniec – dodał z wyraźną nutą satysfakcji. – Może kiedyś zobaczę Harriet… Nauczę się od Franka modlitw, pewnie pomogą.
Wagner patrzył na Simmonsa w milczeniu. Jack nigdy nie otrzymywał sfałszowanych listów. Czekał na nie, ustawiał się w kolejce, a potem z poszarzałą twarzą wracał na swoje miejsce w okopie. Harry spalił ostatni list od dziewczyny Simmonsa i nie pisał już nowych. Harriet napisała krótko, że znalazła kogoś innego. Nie pamięta już nawet twarzy Jacka. Radziła, żeby znalazł sobie jakąś sanitariuszkę z oddziału wolontariuszek, zdrową i krzepką. I żeby o niej zapomniał.
Wagner nie zdecydował się na pisanie listów do Simmonsa. Nie mógł. A teraz wiedział, że nie powie snajperowi prawdy.
Okrzyki żołnierzy przerwały przedłużającą się chwilę milczenia.
Na drugim brzegu konfederaci sprawnie sformowali kolumnę. Już szli. Lermontow na czele, z zuchowato przekrzywionym pięknym kaszkietem. W dłoni trzymał dzbanek z kawą. Obok niego kroczył chłopaczyna w przydużym szynelu i szaliku, ciasno owiniętym wokół szyi. Też dzierżył za ucho parujący imbryk. Kilku ludzi na końcu szyku ciągnęło dwa wózki, pełne plecaków i obwiązanych sznurami tobołków.
Na środku brodu zatrzymali się na chwilę. Lermontow machnął ręką. Żołnierz w papasze zdjął z wózka drzewce z prostokątem tkaniny – sztandar oddziału. Inny wyciągnął kij, owinięty czymś, co wyglądało na pakuły. Oblał je płynem z niewielkiej bańki, a resztę cieczy wychlusnął na proporzec. Trzeci ze strzelców zapalił pochodnię i podał dowódcy. Lermontow jakby przez chwilę jeszcze się wahał, jednak przyłożył ją do pochylonego insygnium oddziału.
Buchnął płomień. Żołnierz dzierżący sztandar cisnął go w wodę. Kolumna znowu ruszyła naprzód. Tylko Lermontow, salutując, stał jeszcze kilka minut, wpatrując się w powoli gasnący ognik, płynący z bystrym nurtem rzeki.
Dowódca konfederatów wyglądał tak, jakby z czymś na zawsze się żegnał.
• • •
– Wychodzimy na spotkanie! – Wagner poprawił na głowie nowy kaszkiet. Nakrycie głowy prezentowało się prawie równie ładnie jak skórzana czapka Lermontowa. Rankiem otrzymał je od Simmonsa. – Schodzimy ścieżką! Ogarnijcie się, chłopaki!
Wszyscy, podnieceni spotkaniem z niedawnymi wrogami, po raz pierwszy nie odsypiali czujnej nocy. Simmons, widząc Wagnera, obracającego w dłoniach zniszczoną czapkę, wyciągnął ze schronu swój tobołek. Wyłowił z niego małe zawiniątko.
– Poruczniku, niech pan to weźmie. – W dłoni trzymał prawie nowy kaszkiet z porządnego sukna. – Przez pomyłkę dostałem na samym początku dwie czapki. Jeszcze wtedy dbali o szyk… Jedną oszczędzałem na powrót, żeby dobrze wyglądać. Teraz nie ma to już znaczenia… Harriet pewnie też na mnie nie czeka.
Uśmiechnął się krzywo.
– Schodzimy bezpiecznym przełazem! – ponownie wykrzyknął Wagner. – Spokojnie, za parę minut dokładnie ich obejrzymy!
Konfederaci i unioniści od samego początku pilnie rozkładali miny, starannie je maskując. Przy pierwszej wymianie wytyczono z obu stron ścieżki do brodu.
Snajper chyba nie słyszał słów porucznika. Podniecony spotkaniem z niedawnymi wrogami, szparko ruszył wprost przed siebie.
Wybuch urwał Simmonsowi obie nogi. Gdy Wagner i reszta żołnierzy dobiegli do niego, jeszcze żył. W dłoni trzymał fotografię smukłej dziewczyny, zalotnie uśmiechniętej.
Wargi Jacka już siniały, a na twarz wpełzała trupia bladość.
Wagner nie wiedział, co powiedzieć. Zdjęcie, w które wpatrywał się Simmons, nagle natchnęło porucznika do wypowiedzenia jeszcze jednego kłamstwa.
– Jack, dużo zdarzyło się w ostatnich dniach… – Harry klęknął na jedno kolano. Dłonią starł pot z czoła umierającego snajpera. – Zapomniałem ci powiedzieć, że dostałeś list. Od Harriet, tak się podpisała. Wybacz mi.
– To dobrze… Co napisała? – Simmons próbował uśmiechnąć się. – Dobre wieści?
Wagner z trudem ułożył wargi w nieznacznym półuśmiechu. Gorączkowo szukał dalszych słów.
Znalazł je.
– Miała kłopoty. Ostatnio pracowała w barze – ciągnął już zdecydowanie. – Właściciel się do niej przystawiał. Rzuciła robotę i długo szukała nowej, dlatego nie pisała. Nie chciała cię martwić. Teraz otworzyła sklepik z podpłomykami i dobrze jej idzie. Ludzie to kupują, bo są braki w zaopatrzeniu. Z utęsknieniem czeka na ciebie.
– Wiedziałem… – ledwie słyszalnym szeptem wychrypiał Simmons. – Wiedziałem…
Próbował pokiwać głową. Już nie mógł.
– Poruczniku, niech mi pan włoży ten list do munduru. – Nagle głos Simmonsa nabrał siły. Mówił prawie normalnie, jakby wkładał w słowa resztki uciekającego życia. – Przedtem niech pan odczyta go nad grobem. Pochowajcie mnie z nim. Tam, dokąd idę, może ktoś mnie z nim dokładnie zapozna…
Oczy Simmonsa stały się szkliste. Skonał z cieniem radosnego uśmiechu w kącikach warg.
Wagner w głębi duszy ponuro przeklął. Musiał napisać jeszcze jeden list. List do umarłego, od dziewczyny, która już od dawna nie kochała Simmonsa, pewnie nie pamiętała, jak wyglądał i kim był. Wiadomość pełną czułych słów i zapewnień o miłości.
– Głupio zginął… – Porucznik poczuł uścisk dłoni na ramieniu. Obok stał Lermontow, trzymający czapkę w dłoni. – Ostatnia ofiara wojny. Niepotrzebna…
O’Hara ułożył obok ciała Simmonsa oderwaną nogę, a po chwili przyniósł drugą. Wargi kaprala poruszały się w bezgłośnej modlitwie.
– A inni zginęli mądrze? – Wagner zamknął powieki snajpera. – Zrobiliśmy z tego wszystkiego jedno wielkie gówno. Wszyscy głupio zginęli.
– Chyba masz rację. – Lermontow westchnął. Nasadził kaszkiet na głowę. Metalowa gwiazdka błysnęła w promieniach słońca. – Chodźmy już. Mamy wiele roboty.
Dwa myszołowy znowu majestatycznie krążyły nad wąwozem. Wypatrując ofiary, pewnie też przyglądały się niewielkiej grupie ludzi w szynelach, czapkach i papachach, zmierzających do linii okopu na szczycie wzgórza. Na jednym z wózków ułożono ludzkie ciało. Ciągnęło go czterech ludzi. Czterech żołnierzy z białymi i czerwonymi gwiazdami na kaszkietach.
Ptaki pewnie jednak nie dostrzegły, że w to piękne, wczesne popołudnie czerwona poświata znowu zawłaszczyła kolejny obszar nieba.
20 czerwca 2015 r.
koniec
« 1 3 4 5
20 lutego 2016

Komentarze

25 II 2016   21:21:56

Wciągający, porządnie napisany, a momentami nawet wzruszający tekst. Przeczytałem z przyjemnością.

26 II 2016   19:26:49

Wielkie dzięki za komentarz.Cóż, wojna z zasady jest brudna i krwawa, a jednak niekiedy w toku tych morderczych działań zdarzają się momenty wzniosłe, a może nawet wzruszające. Tak chyba bywa.
I to - między innymi - starałem się w tym opowiadaniu uchwycić.

Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Przeistoczenie
— Antoni Nowakowski

Operacja „Koziorożec”
— Antoni Nowakowski

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie
— Antoni Nowakowski

Listy kochanków
— Antoni Nowakowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.