Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Dawid Kain
‹Syndrom A›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDawid Kain
TytułSyndrom A
OpisAutor pisze o sobie:
Urodzony w 1981 roku w Kolonii w Niemczech. Obecnie studiuję Prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jestem na trzecim roku. Pisuję głównie opowiadania z gatunku opowieści niesamowitych. „Syndrom A” jest moim pierwszym tekstem, który publikuję na łamach Esensji.
Gatunekrealizm magiczny

Syndrom A

Następnego dnia wstałem w południe i od razu się za browar wziąłem, bo do roboty iść, żeby chorób nachwytać, to nie było po co. TV set momentalnie odpaliłem, a tam znowu o tym całym Syndromie A. Że nowe ofiary i coraz więcej zarazków w eterze.

Dawid Kain

Syndrom A

Następnego dnia wstałem w południe i od razu się za browar wziąłem, bo do roboty iść, żeby chorób nachwytać, to nie było po co. TV set momentalnie odpaliłem, a tam znowu o tym całym Syndromie A. Że nowe ofiary i coraz więcej zarazków w eterze.

Dawid Kain
‹Syndrom A›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDawid Kain
TytułSyndrom A
OpisAutor pisze o sobie:
Urodzony w 1981 roku w Kolonii w Niemczech. Obecnie studiuję Prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jestem na trzecim roku. Pisuję głównie opowiadania z gatunku opowieści niesamowitych. „Syndrom A” jest moim pierwszym tekstem, który publikuję na łamach Esensji.
Gatunekrealizm magiczny
To było w zeszły czwartek. Siedziałem sobie elegancko przed telewizorem, popijając browara, gdy zaczęły się wiadomości. Chciałem sięgnąć po pilota, żeby zmienić kanał, bo mnie tam sytuacja na świecie aż tak znowu nie interesuje. Wolę sobie po ludzku mecz oglądnąć albo jakąś sensację amerykańską, no wiesz. Ale nim ten pilot dostałem w swoje ręce, to wiadomości już się na dobre rozpoczęły i ujrzałem bladą i przerażoną twarz pani reporter-prowadzącej. Chyba się tu zanosi na jakąś ostrzejszą jazdę – pomyślałem sobie wtedy. No i miałem rację.
„Proszę państwa” – tak powiedziała ona, ta laleczka z telewizora – „Z wielu państw świata napływają niepokojące wieści o rozprzestrzenianiu się nowej, śmiertelnie groźnej choroby…"- a ja, słysząc to aż krzyknąłem, tak wiesz, zupełnie bezwiednie. Co za choroba? – myślę se i dalej słucham – „Ludzie zapadający na tę dolegliwość z dnia na dzień tracą ochotę do robienia czegokolwiek. Nieznane są jeszcze przyczyny tej nowej plagi, nazwanej przez naukowców Syndromem Amotywacyjnym, potocznie zwanej Syndromem A. Pozostaje mieć nadzieję, że naukowcy opracują w najbliższym czasie środek, który pozwoli zwalczyć nową zarazę naszych czasów… Chwileczkę, dostałam właśnie informację, że liczba ofiar Syndromu A za oceanem osiągnęła już pułap dziesięciu tysięcy i cały czas wzrasta. Na kontynencie europejskim sytuacja ma się nieco lepiej, lecz i tu ludzie zaczynają z minuty na minutę tracić chęć do życia. Pogrążona w żalu żegnam się z państwem i zapraszam…” – i tu, w tym momencie znaczy się, wyłączyłem telewizor. Za wiele tego było, powiem ci. Za wiele zmartwień na moją jedną zmęczoną głowę. Żłopałem browara i zastanawiałem się, co by tu zrobić, żeby na ten cały A-Syndrom nie zapaść. Ja, biedny hydraulik, fachowiec od kanalizacji miejskiej i rur wszelakich, nie miałbym nawet na lekarstwo, gdyby mnie to cholerstwo dopadło. I tak ponuro myśląc, z umysłem mocno nadwerężonym, aż chyba od środka przepalonym, to jest z przegrzanymi obwodami, zasnąłem. W fotelu zasnąłem, po ludzku, i nawet by to eleganckie było, gdyby nie to, że mi browar w tym moim kimaniu wysunął się z ręki, poturlał się po podłodze i wylał na dywan. A to był mój ostatni browar. I dywan z resztą też ostatni.
Następnego dnia, dopiero jak wstałem, to sobie ten cały alkoholowy burdel uświadomiłem. Ale już za późno było na wkurwianie się, bo robota czekała w centrum miasta, gdzie rura pierdykła w mieszkaniu u takiej jednej. No to ja w autobus i sruuuu na miejsce do niej, bo co bym miał, uczciwym groszem wzgardzić?
Dojechałem/zadzwoniłem/Dź-bry! – elegancko na wejściu rzekłem i się za naprawę wziąłem.
Robię i robię, aż tu nagle taka myśl – Ty tu się męczysz, frajerze, a w tych rurach to normalnie płyną zarazki Syndromu A i ci po rękach pełzną. I pod skórę się wpitalają. Aż mnie zatrzęsło i strachem przejęło… Taka idea się pojawiła pod moim sklepieniem czaszki, w mózgu, w tych przewodach umysłowych, czy jak im tam. I doszedłem do wniosku, że może tak być rzeczywiście, jak mi się w głowie uwidziało.
I do kobity taki tekst – Jak się pani rura popsuła, to czemu se pani sama nie naprawi?
Na to baba normalnie oczy taaakie, jak u jakiejś afrykańskiej żaby. I gapi się, że niby zdziwiona wielce. No to ja dalej w główce kombinuje, tryby mózgowe w ruch. Sama nie robi, bo się tego całego Syndromu A boi. I mnie naraża. Albo nie! Może ona sama tym zarażona i temu jej się nie chce. I to właśnie, ta ostatnia idea mi całą sprawę od razu rozjaśniła. Z telewizora kobita mówiła – „ludzie tracą ochotę na robienie czegokolwiek”. To już, kurna, wszystko wiedziałem. Ani „do widzenia” ani nic tylko sruuu na chatę od tego siedliska zarazków, baby syndromicznej, samicy chorobą przeżartej, przez bakterie przeżutej i wyplutej. Już się jej ani rury nie chciało naprawić! Dasz wiarę? Toż to był widoczny objaw zarazy w stadium końcowym. A ona chciała, żebym ja jej te rury zasyfione, zarażone Bóg wie czym reperował. Takiego! Więc czmychnąłem.
Do domu wpadłem i od razu łapy pod kran i wrzątkiem po nich. Trza syfilisy, syndromy i inne sukinsyny przegnać. Darłem się, bo mnie parzyło, ale wiedziałem, że taki mus i koniec. Czerwone ręce po tym zajściu miałem, ale czerwone znaczy zdrowe, nie?
W fotel od razu/pilot/cyk/elegancko. Browara nie było – trudno – trza o suchym ryju myśleć i TV oglądać. Przewody w głowie do gniazda – pyk – i filozofia na całego. Tak wnioskować zacząłem – poczekaj no, skoro mnie do roboty gdzieś wzywają, znaczy, że im się samemu nie chce robić. A jak im się nie chce, znaczy, że syndrom już ich dopadł/kaplica/święci pańscy nie pomogą. Czyli lepiej robotę rzucić, żeby się nie zarazić.
I postanowiłem, że z robotą koniec. Po browary poszedłem – całą skrzynkę – i telewizję do nocy oglądałem. Dużo musiałem skakać po kanałach, bo co rusz, to nawijali o tym całym syndromie i jego ofiarach, od czego mnie mózg tylko boleć zaczął. Dopiero nocką poszła sensacja MADE IN USA, czyli luksus pełny. I tak oglądałem ten film i se myślałem, czy ci aktorzy to całkiem zdrowi są. No bo kiedyś słyszałem, że oni do pewnych scen to biorą kaskaderów zamiast samemu grać. Czyli im się samemu grać nie chce. To znaczy, że i oni syndromem dotknięci. Oj oj – pomyślałem – niedobrze. Jak tak pójdzie, to cały Hollywood wymrze zanim okiem mrugnę. A wtedy koniec z kinem sensacyjnym w najlepszym wydaniu/koniec z efektami specjalnymi za miliony dolców/grób i msza święta żałobna.
Następnego dnia wstałem w południe i od razu się za browar wziąłem, bo do roboty iść, żeby chorób nachwytać, to nie było po co. TV set momentalnie odpaliłem, a tam znowu o tym całym Syndromie A. Że nowe ofiary i coraz więcej zarazków w eterze. Masakra. Patrzyłem na te ich pożal się Boże wiadomości, i lęk mnie ściskał aż tak w środku, w duszy znaczy się. No i wtedy DRRRRRRRRRRRRiiiiiiii!!! – telefon jak nie ryknie. Ja do niego – stul pysk oszołomie! – i słuchawka do ryja, co by się więcej nie darł.
– Halo – mówię, full kultura.
– Synuś? To ja dzwonię. To ja, mamusia.
– O, witaj mamuś – mówię i – co u ciebie? – pytam. A ta mi wtedy zaczyna nawijać w odpowiedzi na to moje zapytanie. Ale ja od razu poczułem, że coś jest nie tak. Znaczy się, że jakiś error w tym jej zachowaniu, w tej gadce jest. I tak se to wszystko w główce obcykuje – jakby mamuś chciała serio pogadać, to by tu przyszła i na żywca uderzała, żeby w cztery oczy rozmowę przeprowadzić. Ale jej się nie chciało. A jak się nie chciało – to znaczy, że u niej, tam po skórą, w żyłach/płucach/serduchu zaraza najgorsza panuje. To ja momentalnie jeb słuchawką o widełki. Do łazienki i ryj pod kran. I wrzątkiem w facjatę. Jak to parzyło, to jest wprost niewyobrażalne/próby opisu niemożliwe/kosmos cierpienia oraz szczyt chamstwa ze strony syndromu i jego posłańców, to jest zarazków. Żeby przez telefon mi do uszu włazić, to już jest godne ciężkiego zaskarżenia i wycieczki na skargę do Trybunału Sprawiedliwości. Ale nic, zarazę gotującą się wodą wypleniłem i sobie myślę, żeby coś do garnka wrzucić, bo sucho jakoś i chudo. No to do kuchni maszeruję.
A tam prawie nic. Jakieś mięcho zmrożone i parę frytek. Bida! Trudno, trza se radzić. Mięcho jeb na patelnie i smażę. Ale zaraz cały mechanizm mózgowy idzie w ruch – Jak to mięcho leży przede mną martwe na patelni, to ni mniej ni więcej, ktoś musiał zwierzaka – krowę czy innego stwora – zabić. Ale zanim zabił, to musiał złapać A jak złapał, to znaczy, że mięcho mało żwawe było i nie uciekało. Nie uciekało, bo mu się nie chciało. Syndromem biedactwo dotknięte było! Noż kurna! – aż syknąłem. Ale nic, zarazy się nie tknę. I mięcho pizd do śmietnika. Frytki jeszcze były, to je sobie podsmażyłem/o talerz ciepnąłem i żreć zacząłem. Jem/żuje i tak sobie wnioskuje – ciekawe, czy jakiś ziemniak ucierpiał podczas robienia tych frytek, znaczy się, czy doznał uszczerbku na zdrowiu lub mieniu. Bo jak go, to jest kartofla, z ziemi wyrywali niczym chwasta jakiegoś, to przecież mógł być spryciarz i dać nogę. Mógł spiżdżać przed oprawcami. Ale nie zrobił tego i tera leży na moim talerzu. Pewnie też zasyndromiony! No to te frytki również w śmietniku umieściłem i sobie myślę, czy ja już może jedyny zdrowy człowiek na tej planecie zostałem, kawałek materii co się Syndromowi A oparł, zbrojne działania przeciwko najeźdźcy podjął…
Do łazienki ostre uderzenie i wrzątkiem w środek mordy, aż do gardła samego.
Trza dom opuścić – mówię sobie – Iść na dwór i posprawdzać, czy już wszyscy chorzy doszczętnie.
Ubrałem się, elegancko, full komfort – a skarpetek jeszcze nie miałem na sobie, bo się suszyły na kaloryferze, wyglądając jak zdechłe nietoperze – i tak patrzę, że te skarpetki jakoś tak bez życia leżą, suche to takie i zmarnowane. Czy aby syndrom cały, bakteria wszechmocna i tego nie pochłonęła? Wolałem nie ryzykować, podejrzany element stroju w chacie zostawiłem i bez niego, buty na gołe stopy wdziewając, wyszedłem.
A tam, człowieku, co się nie dzieje! Całe społeczeństwo – przeżarte choróbstwem/przez zarazę toczone. Najpierw patrzę, że oni już w takim ciężkim stanie amotywacyjnym, że nawet im się chodzić nie chce i wożą tyłki rowerami/samochodami/autobusami/tramwajami i Bóg jeden wie czym jeszcze. A na dodatek to im się nawet nie chce do rozmówców wybrać – zupełnie jak mamuśce mojej – tylko nawijają przez komórki i inne automaty. Szaleństwo totalne/syndromy/masakryczna rzeź niewiniątek.
Od razu, momentalnie do domu wróciłem. No a co miałem z chorą zgrają robić? W łóżko się ciepnąłem i filozofuję, jakby tu przeżyć samemu, jako jedyny zdrowy, w pełni władz fizycznych i umysłowych. Na tej planecie, co już się nie powinna nazywać Ziemią, tylko planetą zamieszkaną przez Syndrom A.
I tak leżę i myślę, jakim to cudem ja, obywatel ze specjalizacją, to jest magistratem, doktoratem i resztą papierów z dziedziny rur i kanalizacji jako takiej, jako jedyny zdołałem w pełnym zdrowiu przetrwać, gdy innych pogięło i to tak na maksa. Tego żem nie mógł wywnioskować, co pokierowało Wszechmogącym, znaczy się Władcą i Stwórcą Wszechświata, Świętą Trójcą i całą resztą, żeby to na mnie jednego, skromnego człowieka, choć z rodziny robotniczej z tradycjami, zesłać wybawienie.
To był problem za trudny na moje przegrzane obwody mózgownicowe, więc inaczej zacząłem kombinować. Jak to choróbstwo się tak rozniosło po całym świecie, a może i całym Wszechświecie? W powietrzu musiało być. I tak sobie leżę i nic już nie robię. Tylko wdech-wydech i tak dalej. To sobie znowu po chwili zacząłem trybami i wajchami w umyśle swoim ruszać – zara, zara! A co to niby ma być? Żebym ja, członek klasy pracującej, musiał płuca wytężać, by trochę powietrza nachytać! Coś tu się nie zgadza. Jakby powietrze nie było leniwe, to by mi samo do płuc elegancko wlatywało i z nich wylatywało. I to by był full komfort, usługa dla społecznej ekstraklasy. Ale powietrze tak nie robi. Znaczy to, że mu się nie chce. Nie ma motywacji, żeby wlatywać i wylatywać, i jak się tej całej machiny z tlenem i innymi azotami samemu nie pchnie, to to wszystko tylko niemrawo w miejscu stoi. Syndromem do szpiku jest przeżarte!
I jak to odkryłem, tę całą zasadę lenistwa, filozofię nieruchawej materii, to już zacząłem na szeroką skalę roztaczać swe wizje. Że planety to też leniwe i w kółko tylko po wytyczonych torach latają, na krok od tego nie odstępując. Że próżnia i pustka to już najbardziej leniwe ze wszystkich, bo nawet im się być nie chce, ani niczego w sobie mieć tym bardziej. I już chciałem krzyknąć, że oto odkryłem, jak leniwy i przesiąknięty tym
A-syndromem jest cały Wszechświat, ale się w porę opamiętałem, że przecie w powietrzu pełno bakterii i innych ciężkich syfilisów fruwa. No to przestałem oddychać, żeby uniknąć kontaktu z zarazą. Chyba jasne, nie?
Wtedy się tak jakoś nagle ciemno zrobiło, jakby ktoś światło zgasił, na całym świecie generalnie. Ale mi to już było wszystko jedno, jak odkryłem, że ta cała materia i inny szajs, że to wszystko jest takie leniwe i zarażone. Jeszcze tylko serducho mi bić przestało, widać ono też było tym syndromem, tą amotywacją dotknięte. I wtedy wyczułem, że każda moja komórka i każda krwinka też popada w takie leniwe otępienie i do snu się kładzie, bo jej to się już zupełnie, ale to zupełnie nic nie chce robić…
koniec
1 lipca 2003

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Zdjęta trwogą maszyna do życia
— Anna Nieznaj

Z życia hamburgerów
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.