Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 marca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Julia Szajkowska
‹Dwa procent›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułDwa procent
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w Łodzi (wyborny rocznik ’81), a obecnie mieszkam w Oławie niedaleko Wrocławia. Skończyłam fizykę na Politechnice Łódzkiej. Zawodowo od lat zajmuję się tłumaczeniem z angielskiego na polski – głównie książek, ale nie tylko. Umiem i lubię czytać. Umiem też stawiać literki we właściwej kolejności, co w wolnych chwilach z upodobaniem robię. Ocenę tego, czy umiejętność układania ich w słowa i zdania przekłada się na umiejętność pisania (a może nawet Pisania), pozostawiam innym. Prywatnie mam jednego męża i jednego wrednego kota.
GatunekSF

Dwa procent

1 2 3 4 »
Zjechał na poziom −1 i zgłosił zapotrzebowanie na transport do HR firmy. Lśniąca pleksiglasowa kapsuła pojawiła się w tubie transportowej szybciej niż zwykle. Marcin odniósł też wrażenie, że była nieco staranniej wyczyszczona niż te, które kierowano do działu programistów.

Julia Szajkowska

Dwa procent

Zjechał na poziom −1 i zgłosił zapotrzebowanie na transport do HR firmy. Lśniąca pleksiglasowa kapsuła pojawiła się w tubie transportowej szybciej niż zwykle. Marcin odniósł też wrażenie, że była nieco staranniej wyczyszczona niż te, które kierowano do działu programistów.

Julia Szajkowska
‹Dwa procent›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułDwa procent
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w Łodzi (wyborny rocznik ’81), a obecnie mieszkam w Oławie niedaleko Wrocławia. Skończyłam fizykę na Politechnice Łódzkiej. Zawodowo od lat zajmuję się tłumaczeniem z angielskiego na polski – głównie książek, ale nie tylko. Umiem i lubię czytać. Umiem też stawiać literki we właściwej kolejności, co w wolnych chwilach z upodobaniem robię. Ocenę tego, czy umiejętność układania ich w słowa i zdania przekłada się na umiejętność pisania (a może nawet Pisania), pozostawiam innym. Prywatnie mam jednego męża i jednego wrednego kota.
GatunekSF
Tego ranka to nie budzik wyrwał go ze snu. Marcin otworzył oczy, zanim urządzenie z piekła rodem zdołało rozpocząć swój koncert. Tym razem nie musiał czekać kilku minut, by poranne otępienie ustąpiło miejsca pierwszym składnym i logicznym myślom – umysł od razu wskoczył na najwyższe obroty.
Stres.
Marcin westchnął tylko zrezygnowany i zwlókł się z łóżka. System zarządzania domem natychmiast rozpoznał zmianę stanu ducha lokatora. Zanim padło pierwsze polecenie, automat już zmienił napięcie doprowadzane do ciekłokrystalicznych paneli okiennych. Jaśniejsze z każdą sekundą szyby powoli odkrywały przed Marcinem imponującą panoramę miasta.
Trzeba było przyznać, że widok z dziewięćdziesiątego ósmego piętra robił wrażenie. Dachy niższych wieżowców dumnie wystawały z chmur, a pierwsze promienie słońca odbijały się od polerowanych powierzchni wzmacnianych paneli węglowych – na tej wysokości nieźle wiało, więc zwykłe szyby zastąpiono mocniejszymi arkuszami fotokarbonu. W prześwitach między przeganianymi wichrem chmurami dawało się dostrzec mrugające światła pozycyjne wyznaczające w przestrzeni kontury srebrzystych nitek dróg szybkiego ruchu.
Jeszcze niżej, mniej więcej na wysokości dwudziestego piętra, rozpościerały się grube dywany trawy sadzone na specjalnych ruchomych tarasach otoczonych ochronnymi kopułami ekranów z OPL – organic photoreactive layers, cienkich warstw organicznej materii filtrującej zanieczyszczenia z powietrza. Tarasy oczywiście pozostawały niewidoczne z położonego na tak dużej wysokości mieszkania, ale Marcin doskonale wiedział, że tam są. Gdyby tylko zechciał, mógłby zjechać prowadzącą prosto przed odpowiednią śluzę windą i oddać się na jednym z nich serii podnoszących kondycję ćwiczeń.
Tyle że w tej chwili guzik go to wszystko obchodziło.
Przeprowadzkę na dziewięćdziesiąte ósme piętro zaliczył prawie dwa lata temu przy okazji awansu na stanowisko samodzielnego programisty. Polubił to mieszkanie, panującą w nim ciszę, sprawnie działający system zarządzania i nie miał zamiaru dać się stąd wygryźć. Jedyny kierunek, jaki dopuszczał, to awans na młodszego kierownika projektów programistycznych wiążący się z przenosinami na setkę.
To zaś oznaczało jedno – musiał wreszcie zmierzyć się z Urlopem, co też w końcu dał radę zrobić.
W firmie obowiązywały jasne zasady, co zazwyczaj bardzo sobie chwalił. Wiadomo było, ile linii kodu należy zapisać tygodniowo, by zasłużyć na tak zwane minimum obywatelskie, za ile nadprogramowych przysługuje dodatek dla rokujących nadzieję i ile procedur należy dołożyć do projektu ogólnofirmowego, by uzyskać akredytację na stanowisko opłacanego pracownika. Rozumiał ten system, odnajdował się w nim i bez trudu czerpał wypływające z niego korzyści.
Do czasu.
Wraz z upragnionym awansem na samodzielnego programistę – pierwszą w pełni płatną posadę dającą równocześnie prawo do wszystkich swobód, również do zakładania hasła na prywatne pliki w Chmurze – w jego życiu pojawiło się największe zagrożenie dla prężnie rozwijającej się kariery. Urlop właśnie.
Oczywiście każdy pracownik niższego szczebla miał prawo do dobrowolnej rezygnacji z wypoczynku, z czego zresztą Marcin i jego koledzy co roku skwapliwie korzystali. Przez pięć lat wolontariatu i dwa lata stażu mogli z czystym sumieniem unikać kłopotliwego tematu. Potem jednak, jeśli ścieżka kariery rozwijała się bez komplikacji, należało złożyć podanie o Urlop.
Marcin westchnął ponownie i resztką woli zmusił się do oderwania wzroku od panoramy miasta. Z całej siły starał się wierzyć, że to wcale nie pożegnanie, że przecież nadzieję powinien mieć do końca. Powtarzając w myślach tę prywatną mantrę, poczłapał niemrawo do łazienki i zabrał się za poranną toaletę. Niezależnie od humoru musiał dziś pojawić się w firmie. Przez chwilę sądził nawet, że dał radę zapanować nad nerwami i dopiero gdy spojrzał w zaparowane lustro zawieszone na drzwiach mikroskopijnej łazienki, znów dopadły go wątpliwości.
Własna łazienka – oto kolejny luksus, o którym wolontariusze mogli tylko marzyć. Jeśli okaże się, że przeszarżował, będzie mu jej cholernie brakowało.
Niechętnie chwycił maszynkę i zaczął mozolny rytuał golenia. Ostrzone laserowo noże przesuwały się gładko po jego twarzy, jednak pod czaszką słyszał nieprzyjemny chrobot, gdy ścinały gęste ciemne włoski wyrosłe w czasie minionej doby.
„Że też jeszcze nie wymyślili czegoś, co pozwoliłoby uniknąć tej mordęgi” – przemknęło mu przez myśl. – „Może jakieś zmiany genetyczne albo drobne poprawki hormonalne? Cokolwiek, byle gęba nie piekła tak koszmarnie co rano”.
Była to mizerna próba odwrócenia uwagi od sprawy absorbującej go teraz całkowicie – ponurego widma konsekwencji Urlopu.
W zasadzie powinien być spokojny; przecież jak zawsze zaplanował wszystko bardzo starannie, a miał w tym niemałą praktykę, bo ścieżkę rozwoju kariery zaczął kształtować, gdy tylko skończył szesnaście lat i prowadzoną przez korporację szkołę powszechną. Wtedy dowiedział się, że na dalszą edukację nie ma szans, bo jego rodzice pracowali na etatach państwowych, a potem – gdy szczątkowe struktury administracyjne zostały ostatecznie wyparte przez model firmowy – zamiast dołączyć do korporacji, wybrali stabilną przyszłość oferowaną przez korporacyjny fundusz zasiłkowy.
Do szkół średniego i wyższego szczebla dostęp miały wyłącznie corpo-kids, dzieci par zaakceptowanych przez firmowe działy rozwoju biologicznego, o ile oczywiście wykazały się odpowiednimi zdolnościami w czasie standardowych testów. Potem przechodziły szkolenie zawodowe i od razu trafiały na szczebel stażystów. Marcin, by osiągnąć ten etap, musiał odpracować swoje lata na wolontariacie i zabłysnąć kilkoma spektakularnymi pomysłami, za które nikt mu nie zapłacił.
Mieszkał wtedy kątem w przytułku dla byłych pracowników rozwiązanej administracji państwowej – nielegalnie oczywiście, ale takie postępowanie było ogólnie przyjętą praktyką; korporacje niechętnie wywiązywały się z obowiązku przygotowywania lokali tymczasowych dla wolontariuszy, a i sami wolontariusze nie byli zainteresowani mieszkaniem w barakach, które niewiele różniły się od kontenerów transportowych znanych ze starych, nieinteraktywnych filmów z początku XXI wieku.
Równie nielegalnie dorabiał sobie w jednym z nielicznych sklepów niewirtualnych, rozkładając nocami towar na półkach stoiska chemicznego. Ojciec nazywał go kąśliwie wykładowcą chemii, ale Marcin, prawdę powiedziawszy, nie widział w tym nic śmiesznego. Ostatecznie nie on jeden zajmował się nocną obsługą sklepu, a że akurat chemia? Równie dobrze mógł trafić na dział spożywczy. I co? Byłby wtedy wykładowcą żarcia? Powiedział to kiedyś ojcu, ale ten tylko pokiwał głową z żalem, jakby jego syn stracił w życiu okazję na zrozumienie czegoś bardzo ważnego.
Marcin, westchnąwszy, oparł się ciężko o umywalkę.
Zżerał go stres. To dlatego myśli pobiegły w niekontrolowanym, niechcianym wręcz kierunku. Po co wracać pamięcią do czasów, które szczęśliwie miał już za sobą i do których nie miał zamiaru się cofać? Rzucił posadę „wykładowcy”, udało mu się zaczepić w firmie i to w dodatku od razu w dziale bezpieczeństwa, wreszcie programował, spełniając tym samym marzenie życia. Ten sen nie musiał się kończyć bolesnym upadkiem. Przetrwał już przecież Urlop i teraz musiał tylko przejść pomyślnie weryfikację. A wiedział, że zrobił wszystko, co w swojej mocy, by zmaksymalizować szanse powodzenia.
Zaczął działać, gdy tylko dowiedział się, że przysługuje mu prawo do chronienia hasłem swoich plików w Chmurze.
Już pierwszego dnia na stanowisku samodzielnego programisty wpuścił do korpnetu programy zbierające dane. Zapisywał pozycje archiwalne, bieżące, dotyczące planów – wszystko, co wpadło mu w ręce. Działał nie do końca zgodnie z procedurami, ale nigdy nie wykroczył poza granice wytyczone firmowym regulaminem.
Po roku dysponował już całkiem pokaźną próbką, zabrał się więc do przygotowywania statystyk. Nie porywał się na nic ambitnego – ot, wykonał prostą analizę zależności między rodzajem wypoczynku na Urlopie a oceną klasyfikującą Urlopowicza.
Liczby nie znały litości. Z zestawienia, jak by na to nie patrzeć, wynikało jasno, że rodzaj zajęć podejmowanych na Urlopie miał decydujący wpływ na dalszy los pracownika firmy. Pobieżna analiza pozwoliła Marcinowi wyróżnić trzy zasadnicze grupy.
Zgodnie z przewidywaniami zebrane dane układały się w charakterystyczny kształt zmodyfikowanej krzywej Gaussa-Neumanna z typowym dla niej punktem przegięcia w połowie badanego zbioru, obszarem plateau przed jego dziewięćdziesiątym piątym procentem i przypadającą dokładnie w tym punkcie nieciągłością, po prawej stronie której znajdował się ostatni, najbardziej kłopotliwy fragment. Startował on od pewnej wartości nad progiem selekcji, a potem zmierzał ku jego granicy, by ostatecznie przekroczyć ją dla dziewięćdziesiątego ósmego procenta próbki.
1 2 3 4 »

Komentarze

03 IV 2016   12:49:29

Dobrze się czyta, a zakończenie jest zaskakujące i dowcipne. Pisz dalej!

05 IV 2016   09:26:38

Dziękuję za miłe słowa i bardzo się cieszę, że jest ktoś, kogo to zakończenie zaskakuje :)

09 IV 2016   12:47:54

Przerażająca wizja korpo-świata. Niestety słowo już ciałem się staje na naszych oczach.

10 IV 2016   20:10:26

Trudno chyba o lepsze słowa uznania pod adresem takiego tekstu. Dziękuję.

03 V 2016   21:33:19

Przyjemna nowelka... I tak jak wyzej, przyszloascia to juz nie jest..

09 V 2016   10:20:52

Miło mi :). Nigdy nie utrzymywałam, że to prorocza wizja. Obawiam się, że raczej niezamierzony odprysk po, hmm, pewnej "inspirującej" pozycji, z którą miałam styczność zawodowo.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

PINKK
— Julia Szajkowska

Zdrowaś Matko
— Julia Szajkowska

Niepołomni
— Julia Szajkowska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.