Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Magdalena Kucenty
‹S.E.N.›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMagdalena Kucenty
TytułS.E.N.
OpisAutorka debiutowała na papierze w Smokopolitanie (3/2015) opowiadaniem „Koziorożec i Smok”. Kolejny jej tekst ukazał się w pokonkursowej antologii „Echo zgasłego świata”. Miała też szczęście w konkursie „Dobro złem czyń” wydawnictwa Genius Creations – zbiór ukaże się latem. Dołożyć do tego niedawną obecność w Fahrenhecie („Co się stało z Mią Blue?”) i można rzec, że autorka panoszy się jak grypa. Dla równowagi, a może gwoli poetyckiej sprawiedliwości, w tym roku przeziębiła się już trzykrotnie, przez co ciągle odkłada pisanie książki na później.
Gatunekfantasy, SF

S.E.N.

1 2 3 9 »
– Pod­czas wy­pad­ku nie pia­sto­wa­łem jesz­cze sta­no­wi­ska – za­czął ostroż­nie. – Więc nie znam szcze­gó­łów. Jak za­pew­ne mości in­da­ga­tor wie, mój po­przed­nik znik­nął w dosyć ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach. I wo­la­ł­bym nie po­dzie­lić jego losu. Dla­te­go nie wty­ka­łem nosa, gdzie nie trze­ba. Je­dy­nie to i owo obiło mi się o uszy, ale…

Magdalena Kucenty

S.E.N.

– Pod­czas wy­pad­ku nie pia­sto­wa­łem jesz­cze sta­no­wi­ska – za­czął ostroż­nie. – Więc nie znam szcze­gó­łów. Jak za­pew­ne mości in­da­ga­tor wie, mój po­przed­nik znik­nął w dosyć ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach. I wo­la­ł­bym nie po­dzie­lić jego losu. Dla­te­go nie wty­ka­łem nosa, gdzie nie trze­ba. Je­dy­nie to i owo obiło mi się o uszy, ale…

Magdalena Kucenty
‹S.E.N.›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMagdalena Kucenty
TytułS.E.N.
OpisAutorka debiutowała na papierze w Smokopolitanie (3/2015) opowiadaniem „Koziorożec i Smok”. Kolejny jej tekst ukazał się w pokonkursowej antologii „Echo zgasłego świata”. Miała też szczęście w konkursie „Dobro złem czyń” wydawnictwa Genius Creations – zbiór ukaże się latem. Dołożyć do tego niedawną obecność w Fahrenhecie („Co się stało z Mią Blue?”) i można rzec, że autorka panoszy się jak grypa. Dla równowagi, a może gwoli poetyckiej sprawiedliwości, w tym roku przeziębiła się już trzykrotnie, przez co ciągle odkłada pisanie książki na później.
Gatunekfantasy, SF
– Hej, Keiri… Za­sta­na­wia­łaś się kie­dyś, jak wy­glą­dałby świat, gdyby na końcu opowieści wy­grał ten zły?
– Tak, Sen. Myślę, że wła­śnie żyję w takim świe­cie.
• • •
Gdy miała osiem lat, Ke­irian­na po raz pierwszy usły­sza­ła od mamy, że była pomyłką. Jed­nym z licz­nych błę­dów, które alva­da po­peł­ni­ła w swoim dłu­gim życiu.
Ów dzień pa­mię­ta­ła le­piej niż wczo­raj­szy. Sku­lo­na na zim­nych scho­dach, przez prze­świt mię­dzy tral­ka­mi ob­ser­wo­wa­ła okrą­głą śluzę wej­ścio­wą. Tata wła­śnie wró­cił z pracy. Przy­gar­bio­ny wśli­zgnął się do miesz­ka­nia i po­wie­sił wy­tar­tą kurtę na wie­sza­ku. Ciem­ne plamy zna­czy­ły jego po­bruż­dżo­ną twarz; grube, krót­kie palce były aż czar­ne od brudu.
– Znowu wam wodę od­cię­li, co? – syk­nę­ła Urwiela, sta­jąc obok męża. – A za­pła­ci­li cho­ciaż?
Poza bla­do­ścią cery, wspól­ną dla oboj­ga, ro­dzi­ce Keiri róż­ni­li się jak wiatr i zie­mia. Wy­pro­sto­wa­na, smu­kła alva­da wy­raź­nie gó­ro­wa­ła nad krę­pym du­arem; jej dłu­gie loki lśni­ły ni­czym ciem­ne złoto, tę­czów­ki miała jak lód. Włosy ojca na­to­miast przy­pró­szy­ła już si­wi­zna, głę­bo­ki cień kładł mu się na po­wie­kach i spły­wał pod oczy.
– Za­pła­ci­li – po­wie­dział. – Ale po­ło­wę.
– Jak to po­ło­wę?! A co zro­bię z za­le­gły­mi ra­chun­ka­mi? My­ślisz, że wy­cza­ru­ję bra­ku­ją­ce pie­nią­dze?!
– Nie trze­ba cza­rów. – Tata wes­tchnął cięż­ko. – Wy­star­czy pójść do pracy.
Urwiela spo­licz­ko­wa­ła męża, po czym skie­ro­wa­ła się w stro­nę scho­dów.
– Gdyby nie ty, Keiri, już dawno opu­ści­ła­bym tego nie­udacz­ni­ka – oznaj­mi­ła, za­trzy­maw­szy się tuż przy córce. – Dla­te­go uro­dzić cie­bie… – umil­kła, a gdy ru­szy­ła w górę, na pozór obo­jęt­nym gło­sem do­koń­czy­ła: – …to była po­mył­ka.
Drzwi do sy­pial­ni za­mknę­ły się z trza­skiem. Po chwi­li zaś sku­lo­na na stop­niach Keiri usły­sza­ła szloch. I zro­zu­mia­ła, że to przez nią mama pła­cze.
• • •
Gor­nor był zle­pień­cem, in­ny­mi słowy – cho­dzą­cą zupką ge­ne­tycz­ną, do któ­rej tra­fi­ły ka­wał­ki wszyst­kich ras hu­ma­no­idal­nych stą­pa­ją­cych po Ter­rei. Wy­so­ki, miał szczu­płą syl­wet­kę cha­rak­te­ry­zu­ją­cą alva­dy, ty­po­wy dla du­arów ciem­ny za­rost oraz twarz ni­ja­ką jak czło­wiek. A jed­nak – mimo tak zróż­ni­co­wa­ne­go ro­do­wo­du – zu­peł­nie nie rzu­cał się w oczy i więk­szość osób za­po­mi­na­ła o nim w parę minut po spo­tka­niu. Co w jego fachu było nawet za­le­tą. Za­zwy­czaj.
– A ja sza­now­ne­go nie pa­mię­tam. – Kor­pu­lent­na woźna za­sta­wi­ła wej­ście do szko­ły wła­snym cia­łem. – To wpusz­czać nie będę!
Gor­nor pod­wi­nął rękaw płasz­cza, a ko­bie­ta mo­men­tal­nie zbla­dła, uj­rzaw­szy wy­ta­tu­owa­ny na przed­ra­mie­niu zle­pień­ca iden­ty­fi­ka­tor. Zaraz też za­czę­ła mam­ro­tać prze­pro­si­ny, ale in­da­ga­tor minął ją bez wda­wa­nia się w dal­szą dys­ku­sję.
O tak póź­nej porze w bu­dyn­ku nie było żywej duszy. Więk­szość świa­teł zo­sta­ła po­ga­szo­na, a je­dy­ny ru­cho­my ele­ment w prze­past­nym holu sta­no­wił wi­szą­cy na ścia­nie mo­ni­tor, z któ­re­go szcze­rzy­ły się do Gora wy­re­tu­szo­wa­ne gęby Lor­dów Pro­tek­to­rów. Cóż, in­dok­try­na­cja rzecz świę­ta, więc prze­pro­wa­dza­no ją bez ustan­ku, nawet pu­stej prze­strze­ni przy­po­mi­na­jąc, komu za­wdzię­cza moż­li­wość za­ist­nie­nia w tak za­cnej pla­ców­ce edu­ka­cyj­nej. Cho­ciaż szko­ła w Sza­rzyź­nie bar­dziej przy­po­mi­na­ła za­kład karny niż ja­ką­kol­wiek zacną pla­ców­kę. Wszyst­ko po dro­dze – elek­trycz­ne ogro­dze­nie, sta­lo­wa brama, kraty w oknach, a nawet zgni­ło­zie­lo­ny kolor farby na ścia­nach – na­su­wa­ło sko­ja­rze­nia z wię­zie­niem.
W głąb bu­dyn­ku pro­wa­dzi­ły trzy korytarze. Gor­nor bez wa­ha­nia wy­brał ten po pra­wej, od­szu­kał pokój z nu­me­rem ósmym, a potem pod­sta­wił ta­tu­aż pod ska­ner i po­cze­kał, aż drzwi od­su­ną się au­to­ma­tycz­nie. Jego prób­ka ge­ne­tycz­na i kod iden­ty­fi­ka­cyj­ny zo­sta­ły umiesz­czo­ne w bazie osób upo­waż­nio­nych nie tylko do wstę­pu na teren szko­ły, ale rów­nież do ko­rzy­sta­nia ze wszel­kich po­miesz­czeń i urzą­dzeń, czyli w skró­cie – grze­ba­nia, gdzie mu się żyw­nie spodo­ba. Dy­rek­tor pla­ców­ki przy­stał na to z nie­chę­cią, jed­nak bez rze­czy­wi­ste­go oporu. Wy­raź­nie wolał nie za­dzie­rać ze służ­ba­mi pro­tek­cyj­ny­mi.
Gdy fo­to­ko­mór­ka wy­chwy­ci­ła obec­ność Gora, lampa pod su­fi­tem za­mru­ga­ła ner­wo­wo.
Skie­ro­wał się na tyły sali lek­cyj­nej, zgar­nął przy­mo­co­wa­ny do jed­nej z ławek oku­lus i roz­siadł się na nie­wy­god­nym, zde­cy­do­wa­nie za małym dla niego krze­śle. Urzą­dze­nie cią­ży­ło mu w dło­niach – to był stary model, z pu­dłem peł­nym elek­tro­nicz­nych trze­wi na przo­dzie i go­gla­mi wi­zyj­ny­mi w środ­ku. Wy­po­sa­że­nie szko­ły naj­wy­raź­niej po­cho­dzi­ło z od­zy­sku. Czę­sty przy­pa­dek. Mo­car­stwo Ere­dor­skie nie­ustan­nie wy­plu­wa­ło uży­wa­ny, ale wciąż spraw­ny sprzęt, który potem eks­por­to­wa­no do państw pod­le­głych.
Gor­nor na­ło­żył oku­lu­s na głowę i wyjął z kie­sze­ni no­śnik z sy­mu­la­cją. Nad­szedł czas, by stać się mar­twym od de­ka­dy dziec­kiem.
• • •
W wieku je­de­na­stu lat Ke­irian­na po raz pierw­szy zro­zu­mia­ła, czym jest nie­na­wiść.
Chło­piec na­zy­wał się Rufus. Był czło­wie­kiem, a co za tym idzie – isto­tą prze­ko­na­ną o swo­jej wyż­szo­ści nad byle hy­bry­dą. O czym zresz­tą przy­po­mi­nał jej, kiedy tylko mógł.
Wy­ty­kał, że jest wło­cha­ta, sze­ro­ka w bar­kach, a jed­no­cze­śnie chuda jak tycz­ka. Że ma ryj, a nie twarz. Gdy tylko na­uczy­ciel­ka wy­cho­dzi­ła z sali, na­śmie­wał się z Keiri. Ot, cho­ciaż­by, pew­ne­go razu za­czął wy­krzy­ki­wać jej imię przed całą grupą. I nic nie by­ło­by w tym do­kucz­li­we­go, gdyby jed­no­cze­śnie nie bekał.
– Kei-ugh-ri-agh-na. – Ohyd­ne zgło­ski opusz­cza­ły usta chłop­ca, od­bi­ja­jąc się w umy­śle dziewczynki gło­śnym echem. Potem mu­sia­ła wy­słu­chać jesz­cze kilku głu­pich ka­wa­łów o „ku­po­lu­dziach” – jak na­zy­wał du­arów Rufus. I nie mogła zro­zu­mieć, dla­cze­go nie­któ­re dzie­ci się śmie­ją. To nie miało sensu! To nawet nie było za­baw­ne!
Ale śmia­li się, gło­śno i upar­cie, aż wresz­cie za­wy­li ra­do­snym wie­lo­gło­sem, do­strze­gł­szy łzy na bla­dej twa­rzycz­ce hybrydki. Ale to nie wtedy Ke­irian­na na­praw­dę znie­na­wi­dzi­ła Ru­fu­sa.
Tam­ten dzień był inny. Trwał śro­dek zimy, a za okra­to­wa­ny­mi okna­mi pię­trzy­ły się pa­gór­ki brud­ne­go śnie­gu. Biel szpe­ci­ły dro­bi­ny wszech­obec­nej w Sza­rzyź­nie sadzy.
Ke­irian­na sie­dzia­ła w czy­tel­ni. Za­zwy­czaj po lek­cjach wy­po­ży­cza­ła książ­kę, naj­le­piej taką o wiel­kich przy­go­dach prze­ży­wa­nych przez dziel­nych bo­ha­te­rów, i zo­sta­wa­ła w szko­le, póki nie prze­go­ni­ła jej stara bi­blio­te­kar­ka. 
Wy­szła na ogro­dzo­ny pło­tem po­dwó­rzec, zu­peł­nie nie­świa­do­ma, że Rufus i jego pacz­ka już cze­ka­ją pod bramą. Nigdy nie po­my­śla­ła­by, że chło­piec zwró­ci uwagę na jej zwy­cza­je. Naj­chęt­niej po­zo­sta­ła­by nie­wi­docz­na dla niego. Dla wszyst­kich.
– Pa­trz­cie, pa­trz­cie, kogo tu mamy! – za­wo­łał, wcho­dząc w świa­tło la­tar­ni. Chudy, z pie­ga­mi na nosie i ja­sny­mi jak len wło­sa­mi, byłby nawet ładny, gdyby nie wred­ny gry­mas wiecz­nie obec­ny na jego twa­rzy.
– Ku­po­lud­ka Keiri! – cią­gnął od­pro­wa­dza­ny re­cho­tem ko­le­gów.
Zbli­żył się do dziew­czyn­ki, chwy­cił ją za ramię. Od­ru­cho­wo pró­bo­wa­ła się wy­rwać, jed­nak chude palce trzy­ma­ły mocno, bo­le­śnie wpi­ja­jąc się w skórę nawet przez ma­te­riał gru­bej kurt­ki.
1 2 3 9 »

Komentarze

08 V 2016   18:18:49

4/5

09 V 2016   00:30:19

Ależ szmira :(

05 VI 2016   14:01:29

Do czwartej strony super.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.