Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Olga Niziołek
‹Wszystkie upadki Ans Wortel›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorOlga Niziołek
TytułWszystkie upadki Ans Wortel
OpisOlga Niziołek – czytam w trzech językach, tłumaczę z dwóch, piszę w jednym. Mieszkam w Amsterdamie, gdzie z zachwytem tropię mniejsze i większe absurdy życia codziennego. Dla portalu pisarzemowia.nl piszę o swoich ulubionych książkach z Holandii i Belgii, a niedawno skończyłam swoje pierwsze książkowe tłumaczenie. Czytam wszystko, od poezji neolingwistycznej przez literaturę piękną i surrealistyczną po harlekiny i etykietki szamponów, i znajduję w tym przyjemność. Czasem niczym niezmąconą, czasem masochistyczną, ale zawsze przyjemność.
Gatunekrealizm magiczny

Wszystkie upadki Ans Wortel

1 2 3 4 »
Głodówka przychodziła Ans Wortel naturalnie, sprawiała, że jej ciało powoli znikało i opadało z sił, tak jak powinno się dziać z ciałami, które zawodzą swoich właścicieli, popełniając czyny niewybaczalne. Zawroty głowy sprawiały, że Ans łatwiej zapadała w sen, a to pozwalało jej niepostrzeżenie przepływać przez kolejne dni w zakładzie.

Olga Niziołek

Wszystkie upadki Ans Wortel

Głodówka przychodziła Ans Wortel naturalnie, sprawiała, że jej ciało powoli znikało i opadało z sił, tak jak powinno się dziać z ciałami, które zawodzą swoich właścicieli, popełniając czyny niewybaczalne. Zawroty głowy sprawiały, że Ans łatwiej zapadała w sen, a to pozwalało jej niepostrzeżenie przepływać przez kolejne dni w zakładzie.

Olga Niziołek
‹Wszystkie upadki Ans Wortel›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorOlga Niziołek
TytułWszystkie upadki Ans Wortel
OpisOlga Niziołek – czytam w trzech językach, tłumaczę z dwóch, piszę w jednym. Mieszkam w Amsterdamie, gdzie z zachwytem tropię mniejsze i większe absurdy życia codziennego. Dla portalu pisarzemowia.nl piszę o swoich ulubionych książkach z Holandii i Belgii, a niedawno skończyłam swoje pierwsze książkowe tłumaczenie. Czytam wszystko, od poezji neolingwistycznej przez literaturę piękną i surrealistyczną po harlekiny i etykietki szamponów, i znajduję w tym przyjemność. Czasem niczym niezmąconą, czasem masochistyczną, ale zawsze przyjemność.
Gatunekrealizm magiczny
1.
W pustej jasnej kuchni kobieta siedzi z szeroko rozstawionymi nogami i obiera ziemniaki. Wszystko idzie tak, jak powinno. Ziemniaki wpadają jeden po drugim do wiadra z wodą, obierki gęsto zaścielają niebieską emaliowaną miskę, a kiedy nożyk wyślizguje się z dłoni i rozcina palec kobiety, ta kładzie skaleczoną dłoń na stole i zaczyna mówić.
Boję się opowiadać o tym czasie, kiedy straciłam rozum i trafiłam w miejsce, gdzie uratowano mi, być może, życie, a na zawsze odebrano, być może, coś o wiele większego. Boję się mówić o Ans Wortel.
W mojej głowie Ans Wortel dalej siedzi przy stole.
Przy stole w mojej głowie dalej siedzi Ans Wortel.
Ans Wortel dalej siedzi w mojej głowie.
2.
Drugiej zimy w domu państwa Pfeijfferów Ans Wortel zakochała się w mężczyźnie, który mieszkał piętro niżej. Willem Wildvanger był niewysoki i krępy. Dzięki swojemu zaraźliwemu uśmiechowi i uczciwemu spojrzeniu niebieskich, osadzonych trochę zbyt blisko siebie oczu budził powszechną sympatię. W kancelarii, gdzie od niedawna zajmował posadę młodszego referenta, wróżono mu wspaniałą karierę, której zwieńczeniem mogło być stanowisko u boku samego właściciela. Willemowi niespieszno było się żenić. Pewnego wieczoru, gdy pani Pfeijffer spytała o to wprost, referent z właściwym sobie taktem zapewnił ją, że ożenek oznaczałby przeprowadzkę, zaś Willem za nic w świecie nie mógłby się wyrzec kulinarnych arcydzieł, jakie co dzień powstawały w jej kuchni. Uwaga ta spotkała się z powszechną aprobatą małżeństw zgromadzonych na proszonej kolacji, za wyjątkiem tych, którzy przyprowadzili córki na wydaniu.
– No, mój drogi, po ślubie rozsmakujesz się w innych przyjemnościach – rzucił podochocony pan domu.
Niepomny na piorunujące spojrzenia swojej małżonki, która nie uważała, aby rozmowa ta była odpowiednia dla uszu młodych panienek, dodał jeszcze:
– Chyba że nasz smakosz już coś o tym wie. Nie zdziwiłbym się, gdyby…
– Klaas, wystarczy! Pokaż panom nasz salon! Tu się nie pali, a nasi goście na pewno chętnie posmakują twojego tytoniu! – przerwała mu bezlitośnie pani Pfeijffer.
Ans Wortel odskoczyła od drzwi i szybko ukryła się w kuchni. Wiele dałaby, żeby usłyszeć więcej o planach Willema, który znajdował się za ścianą, wśród nieznanych jej osób z towarzystwa. Ans Wortel powtarzała sobie, że nie powinna liczyć na zbyt wiele, że każda spędzona z Willemem noc jest podarunkiem od losu, który dziewczętom takim jak ona zsyłał w końcu nieokrzesanych Jaapów czy gburowatych Joepów, marynarzy, robotników, mleczarzy. Ale było tak, jakby w głowie Ans Wortel znajdowała się druga postać, której za mało było ukradkowych pieszczot, i która pozwalała sobie marzyć o zdobyciu serca Willema na zawsze. To ta druga kazała jej kiedyś odwzajemnić jego uśmiech. To ona dopuszczała go bliżej i bliżej, aż którejś nocy stało się nieuniknione. Nieuniknione powtarzało się odtąd coraz częściej i Ans Wortel z przerażeniem stwierdziła, że gdyby cała historia jej znajomości z Willemem ujrzała światło dzienne, opinia publiczna zaliczyłaby ją, Ans Wortel, pomoc kuchenną przyjętą na służbę wyłącznie ze względu na osobiste wstawiennictwo bardzo dalekiej krewnej, do kobiet upadłych.
3.
Opowieść Ans Wortel to opowieść snuta w kuchni. To tutaj, między zlewem a koszem z ziemniakami, rozegrała się pierwsza właściwa scena tego dramatu: Scena Odejścia. Stałam, Ans Wortel stała, nad deską do krojenia. Obok niej piętrzyły się warzywa na zupę, na ogniu pyrkała poranna kawa, która zgodnie z odwiecznym zwyczajem zaraz miała zostać zaniesiona do pokoju dziennego. Padał deszcz, okna były zaparowane, aż w uspokajającą paletę szarości, beży i brązów wdarła się czerwień, zaproszona przez jakieś nieopatrzne westchnienie, niepokojącą myśl nie w porę, napięcie mięśni przy krojeniu selera. Czerwień ta mieszkała wcześniej w ciele Ans Wortel. Teraz opuściła je, objawiając się jako rosnąca plama na kamiennej posadzce, utrzymywanej w czystości wysiłkiem kolejnych pokoleń panien służebnych. Czerwień zabrała ze sobą istotę, która, niewidoczna dla oczu postronnych, rosła w Ans Wortel, a zwolnione przez nią miejsce natychmiast zajęła pustka. Żal. I wstyd, który powracał za każdym razem, gdy Ans Wortel przypominała sobie wzrok Maartje, energiczny ruch, jakim tamta wytarła ręce w ścierkę, i jej głośny krzyk. Przede wszystkim jednak Ans Wortel czuła, że to na niej spoczywa odpowiedzialność za ten niespodziewany kolorystyczny zgrzyt.
– Położę się na chwilę, dobrze?
Maartje skinęła w milczeniu głową. Ans Wortel zwinęła się w kłębek na swoim łóżku. W jej ciele dalej toczyła się jakaś bitwa, zalewały ją kolejne fale bólu i skurcze. Z dalekiej kuchni dochodziły uspokajające znajome odgłosy.
Maartje nie wspomniała ani słowem o tym wydarzeniu, po którym nastąpił czas milczenia oraz działań równie powtarzalnych, co bezcelowych. Mijały zimowe dni i wieczory, od morza wiał wiatr. Ans Wortel śniła o popołudniach spędzanych za długim ciemnym stołem, przy którym zasiadali jej przodkowie, poważni i milczący. Chwilę później sen Ans Wortel zabrał ją do jakiegoś miejsca bez kształtów i kolorów, tylko z pytaniem zadawanym przez dziewczęcy głos:
– Skoro jestem jedną z was, to czemu nie mogę usiąść przy stole?
Ans Wortel wiedziała, że w swoją odpowiedź będzie musiała włożyć całą miłość, jaką kiedykolwiek mogłaby poczuć do tej drobnej ciemnowłosej istoty, w niczym niepodobnej do niej samej ani do Willema.
– Oni cię nie widzą, kochanie. Ale to nie szkodzi. Bo ja cię kocham – powiedziała wreszcie.
Ans Wortel wtuliła się we śnie w swoją córkę. Czuła woń jej włosów, pachnących rumiankiem i słońcem. To było bardziej prawdziwe niż kolejne poranki wypełnione krojeniem warzyw na stół państwa Pfeijfferów i zaprowadzaniem porządku w ich kuchni. Conocne odnajdywanie i tracenie tej prawdy zaprowadziło Ans Wortel tam, gdzie nie trafiłaby w żaden inny sposób. Zaczęło się od nożyka i warzyw. Od brukselek, które brała po kolei do ręki, obierała z zewnętrznych liści i nacinała. Kiedy nóż ześliznął się i zagłębił w jej dłoń, Ans Wortel nie poczuła nic, ale zaraz potem przyszła euforia i Ans pierwszy raz od dawna zapomniała o ogromnej nieobecności w swoim życiu, rozkoszując się pulsującym bólem. Maartje spojrzała pytająco. Ans opamiętała się i wsadziła rękę do zimnej wody. Ból powoli odpłynął, ale odkrycie pozostało. Wcześniej Ans Wortel poszukiwała innych sekretów, zdobywanych wciąż na nowo poprzez połączenie z innym ciałem, pozwalających rozpłynąć się i zniknąć. Teraz, kiedy dowiedziała się, jak tłumić tęsknotę, chciwie korzystała ze zdobytej wiedzy. Gdy Maartje znikała na pokojach, Ans szybko podwijała rękawy sukni. Sięgała po kolejne noże, nożyki i brzytwy, z precyzją wymieniając swój smutek na kolejne cięcia. Pewnego razu, z braku innych narzędzi, schowanych być może przez podejrzliwą Maartje, Ans Wortel wbiła sobie w przedramię potężny zdobiony widelec. Wyjęła go po chwili i zamachnęła się znowu, i znowu, i znowu, aż jej przedramię pokryło się czerwonymi śladami. Ans Wortel poczuła, jak łzy ciekną jej po twarzy. Jak w transie zadawała sobie kolejne ciosy, niepomna na stojącą w drzwiach postać. Maartje obserwowała Ans przez dłuższą chwilę, zanim się na nią rzuciła. Zabrzęczał ciśnięty w kąt widelec.
– Ja…
– Dosyć tego! Ty myślisz, że ja jestem głupia?! Że nic nie widzę?! Płaczesz po nocach, cała robota spada na mnie, a teraz jeszcze to! Masz szczęście, że… – Maartje nagle urwała. – Zakryj tę rękę i przestań się mazać!
Chwilę później pracowały już obok siebie – potężna gniewna Maartje i zapłakana Ans. Milczenie przerywały tylko kolejne rozkazy, ale po chwili Maartje rozchmurzyła się i zaczęła swoim zwyczajem nucić zasłyszane w kawiarni piosenki. Kończyło się popołudnie, nadchodziła godzina powrotu Willema z pracy. Przechodził teraz obok Ans, jakby była powietrzem, a ona starała się nie mieć do niego żalu. Od zawsze wiedziała przecież, że może liczyć tylko na skrawki jego czasu.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.