Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 czerwca 2022
w Esensji w Esensjopedii

Olga Niziołek
‹Wszystkie upadki Ans Wortel›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorOlga Niziołek
TytułWszystkie upadki Ans Wortel
OpisOlga Niziołek – czytam w trzech językach, tłumaczę z dwóch, piszę w jednym. Mieszkam w Amsterdamie, gdzie z zachwytem tropię mniejsze i większe absurdy życia codziennego. Dla portalu pisarzemowia.nl piszę o swoich ulubionych książkach z Holandii i Belgii, a niedawno skończyłam swoje pierwsze książkowe tłumaczenie. Czytam wszystko, od poezji neolingwistycznej przez literaturę piękną i surrealistyczną po harlekiny i etykietki szamponów, i znajduję w tym przyjemność. Czasem niczym niezmąconą, czasem masochistyczną, ale zawsze przyjemność.
Gatunekrealizm magiczny

Wszystkie upadki Ans Wortel

« 1 2 3 4 »

Olga Niziołek

Wszystkie upadki Ans Wortel

Ans Wortel szybko poznała rytm życia na oddziale obserwacji zakładu w Meerenberg. Monotonię leżenia przerywały tylko posiłki, mierzenie pulsu i obchód lekarski, nieodmiennie poprzedzony „codzienną higieną” – odgrywanym na łóżkach spektaklem z miednicami, letnią wodą i szorstkimi ręcznikami. Pielęgniarki zmieniały się dzień po dniu, ale w pamięci Ans Wortel zapisała się tylko zatroskana Aneta od jedzenia, zaklinająca co bardziej oporne pacjentki oddziału obserwacji do przyjmowania pokarmu. Właścicielki pozostałych łóżek, ściśniętych w niewielkiej sali, napawały Ans Wortel obrzydzeniem i przestrachem. Aniołkowata Lotte nie pomijała żadnej okazji, żeby sączyć swojej sąsiadce do ucha pełne nienawiści słowa, zaś ciemnooka Floortje miała w zwyczaju wymykać się z łóżka i obchodzić całą salę, szukając czegoś, co umiliłoby jej życie. Pielęgniarki goniły za nią, grożąc przenosinami na oddział dla furiatów, ale Floortje nic sobie z tego nie robiła. Obok Ans Wortel, z dala od Lotte, leżała pani Mutsaers, przyjazna staruszka o dziecinnym uśmiechu. Ona także przysparzała pracy pielęgniarkom, które musiały regularnie karmić ją i przewijać. Przy tym ostatnim pani Mutsaers wpadała w histerię. Płakała wtedy głośno, uwieszała się u ramion pielęgniarek i prosiła, aby nie robiły jej krzywdy. Ans Wortel spędzała całe dnie w odrętwieniu, przerywanym przez monotonny sen bez treści, z którego budziła się i w który zapadała o przypadkowych porach. Nie dbała już o swój wygląd tak jak kiedyś, u Pfeijfferów. Nie miała tu lustra ani szpilek do upięcia fryzury, ale nie przeszkadzało jej to. Wiązała włosy wstążką otrzymaną od pielęgniarek. Wiedziała, że jej nieposłuszne, zaniedbane ciało śmierdzi, ale i to nie było w stanie jej poruszyć. Ukradkiem wdychała swój zapach, jakby pod nieobecność ostrych narzędzi był on jedynym dowodem na to, że Ans Wortel jeszcze żyje. Na sali stale unosił się zresztą lekki zapach moczu i niedomytego ciała. Filozofia leczenia w zakładzie Meerenberg zakładała, że wycieczki do toalety są stanowczo niewskazane w przypadku pacjentek na oddziale obserwacji. Każda z nich miała pod łóżkiem własny nocnik, ale niektóre kobiety wstydziły się tak bardzo, że wstrzymywały się do ostatniej chwili albo wypróżniały się w łóżku. Niewiele zmieniały tu starania pielęgniarek, bezustannie zmieniających pościel i wysyłających brudne pacjentki do kąpieli. Konieczność korzystania z nocnika w obecności kilkunastu innych kobiet była jednym z powodów, dla których Ans Wortel przestała przyjmować stały pokarm, ograniczając się do picia podawanej jej kawy z mlekiem i popołudniowej herbaty. Aneta zrezygnowała ze swoich bezskutecznych namów i ograniczała się do kręcenia głową. Głodówka przychodziła Ans Wortel naturalnie, sprawiała, że jej ciało powoli znikało i opadało z sił, tak jak powinno się dziać z ciałami, które zawodzą swoich właścicieli, popełniając czyny niewybaczalne. Zawroty głowy sprawiały, że Ans łatwiej zapadała w sen, a to pozwalało jej niepostrzeżenie przepływać przez kolejne dni w zakładzie. Ledwo zauważyła, kiedy z łóżka obok zniknęła Lotte, a pojawiła się na nim dotąd nieznana jej dziewczyna. Słyszała, że mała, ostatnio apatyczna, trafiła na oddział dla pacjentek spokojnych, ale nie zastanawiała się nad dalszym losem swojej sąsiadki.
Dzień sądu nad Ans Wortel przyszedł niespodziewanie. Zaczął się tak, jak wszystkie inne, od szarości za oknem i skrzypienia wózka ze śniadaniem. Ans oddała swój opróżniony kubek i przymknęła oczy, mając nadzieję, że zapadnie w sen, ale pielęgniarka stała już przy niej.
– Chodź, Ans, dzisiaj musisz się wykąpać. Pomogę ci wstać. Czeka cię ważenie i wizyta u lekarza.
Ans Wortel poczłapała posłusznie w stronę łazienki, mocno wsparta na ramieniu pielęgniarki. Zdziwiła się, jak słabe jest odwykłe od ruchu ciało. To, co miało dodać jej sił i ukoić rozstrojone nerwy, przyczyniało się do powolnego rozpadu tego, czym była Ans.
– Spadek masy ciała spowodowany uporczywym postem. Apatia. Całymi dniami śpi. Brak kontaktu z pielęgniarkami – lekarz odczytywał ściszonym głosem kolejne pozycje z dziennych raportów.
Światło lampy odbijało się od łysiny doktora.
– Tyle mówią dokumenty. A jak się pani czuje?
– Dobrze – odpowiedziała Ans Wortel, a po chwili dodała: – Chciałabym wrócić do domu.
Odpowiedź lekarza umknęła jej, jakby między nim a nią stała szklana ściana. Ans Wortel patrzyła, jak pielęgniarka nachyla się nad lekarzem i szepcze mu coś do ucha, jak ten kiwa powoli głową. Jego wargi przypominały pękate, napuchłe kiełbasy, a wyrok brzmiał: oddział dla spokojnych pacjentów.
– Na razie nie wrócisz do domu. Musisz jeszcze wydobrzeć. Musisz jeść, koniecznie musisz jeść. Rozumiesz? Damy ci zajęcie, to pomoże ci uspokoić ciało i umysł – obwieściła pielęgniarka, prowadząc Ans na salę oddziału obserwacji.
8.
– Podoba ci się tu?
Ans wzdrygnęła się i podniosła wzrok. Kobieta, która przed nią stała, była tak chuda, że niemal tonęła w standardowym stroju pacjentki zakładu w Meerenberg.
– Wierz mi, trafiłaś najlepiej, jak mogłaś. Jest jeszcze oddział dla furiatek – szepnęła tamta porozumiewawczym tonem. – Tutaj panie mają dobre maniery, widać, że odebrały jakieś wychowanie, ale tam… wariatki. Nie wiadomo, czego się spodziewać. Połowa siedzi w kaftanach, jęczą, rzucają się, przeklinają… Ja sama trafiłam tam, bo tak się spodobało Idzie, i ciężko to przeżyłam. Tamte kobiety… tutaj można przynajmniej wyszywać, rozmawiać, przyjemnie spędzić czas.
– Kim jest Ida?
– Cicho! – twarz kobiety zmieniła nagle wyraz. – Posłuchaj, podeszłam do ciebie, bo jesteś tu nowa. Chciałam cię ostrzec. Jeśli będę pomagać innym, może i mnie ktoś w końcu pomoże. Ale ty tego nie widzisz. Jeszcze pożałujesz…
– Jak masz na imię? Kim jest Ida? Czy to jest pielęgniarka?
Kobieta odwróciła się i niespiesznie odeszła, wiodąc ręką wzdłuż ściany. Ans Wortel powróciła do przerwanego zajęcia – liczenia kwiatów na tapecie. Regularny wzór przedstawiał pęki kwiatów, każdy identyczny, z taką samą liczbą płatków układających się w ten sam sposób wokół fantazyjnie wygiętej łodygi. Zajęcie to pozwalało jej na chwilę zgubić siebie gdzieś między poszczególnymi liczbami. Z niechęcią przeszła do jadalni, gdzie pacjentki nakładały sobie obfite porcje stamppotu, rozgotowanego jarmużu, utłuczonego na papkę z ziemniakami.
– Jedz, jedz, inaczej przeniosą cię na ten inny oddział.
Kobieta znów pojawiła się jak duch za plecami Ans.
– Stamtąd nie wychodzi się tak szybko, więc uważaj, co robisz. Mówię ci to ja, Nellie Woolthuizen, a widziałam tutaj niejedno.
– Nellie? Przestań opowiadać bajki. Chodź, ziemniaki ci wystygną.
Nellie zapadła się w sobie i posłusznie usiadła przy samym końcu długiego stołu. Ans Wortel nie była pewna, czy pielęgniarka mrugnęła do niej za plecami chudej Nellie, czy tylko jej się wydawało. Niezdecydowana, pochyliła się nad talerzem, ale zamiast jeść, ukradkiem wsunęła widelec do rękawa sukni. Serce biło jej jak szalone i Ans Wortel skuliła się, oczekując reprymendy wszystkowidzącej pielęgniarki, ale nic takiego nie nastąpiło. Uzbrojona w narzędzie do zagłuszania bólu, wyszła powoli na korytarz.
9.
– Raz dwa trzy, umrzesz ty. Raz dwa trzy, zgnijesz ty. Nie mów jej o tym, głupi. Nie mów do niej, czemu się nią zajmujesz? Co cię ona obchodzi? Chodziłam kiedyś ulicami miasta, prosiłam przechodniów o jałmużnę, a ukradkiem patrzyłam, jak by ich okraść. Naiwne paniusie. Ale to nie ja, to nie ja, to on mi kazał. Ty mi kazałeś. Zamknij się, ty… – twarz Lotte wykrzywił zły grymas.
Dziewczynka rozejrzała się na boki i, nie widząc pielęgniarek, podeszła do Ans.
– Raz, dwa, trzy, do piekła ty. A on już o tobie zapomniał…
– Zostaw mnie, Lotte.
– Powiem ci coś. Każde kolejne będzie cierpiało tak samo jak pierwsze. Za mamuśkę, za tatuśka. To jest twój los – dziewczyna zniżyła głos.
Przysunęła twarz do twarzy Ans Wortel, która siedziała bez ruchu, chowając za plecami ukradziony widelec. Spojrzenia kobiet się skrzyżowały i wtedy Lotte rzuciła się na Ans. Wbiła zęby w jej ucho, ale puściła ją natychmiast, gdy Ans zadała jej cios widelcem. Dyżurne pielęgniarki nie zainteresowały się istotą bójki. Sprawnie rozdzieliły walczące kobiety, popychając je w stronę ciemnych pomieszczeń na końcu korytarza.
– Ona ma widelec! Próbowała mnie zabić! Zabierzcie jej widelec! – wrzeszczała wniebogłosy Lotte.
– Do izolatek, obie! Jak sobie chwilę posiedzicie, to się wam odechce – rzuciła chłodno pielęgniarka. Ans chwyciła prawą dłonią nadgarstek lewej w obawie, aby ukryte w ostatniej chwili narzędzie nie wypadło z rękawa na podłogę. Niemal z ulgą wkroczyła do chłodnej, wyłożonej sianem celi. Po szpitalu krążyły legendy o pacjentach, którzy spędzali tam całe tygodnie. Z lękiem szeptano o odmrożonych kończynach i wyjedzonych przez szczury twarzach. Teraz Ans sama miała przekonać się, ile z tych opowieści było prawdą. Zza ściany dochodziły do niej ochrypłe krzyki Lotte. Gdzieś w oddali znajdowała się słoneczna sala dzienna, gdzie spokojne pacjentki piły teraz popołudniową herbatę. Jeszcze dalej – korytarz z zakratowanymi oknami, gabinet doktora Jelgersmy, oddział obserwacji. Park, ogród warzywny, pomieszczenia gospodarcze. A za tym wszystkim, daleko poza granicami świata, w którym wolno było poruszać się Ans Wortel, leżało miasto, w którym się wychowała, oddzielone nie tylko płotami i drogami, ale przede wszystkim murem z protokołów i obserwacji lekarskich. Ans skuliła się na zimnej posadzce. Przez chwilę walczyła ze sobą, ale pokusa wygrała i ciało Ans zalały fale dobrze znanego bólu.
« 1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.