Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Piotr Kenc
‹Lęgi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Kenc
TytułLęgi
OpisAutor pisze o sobie: urodziłem się w 1973, mieszkam w Ustce.
Gatunekrealizm magiczny

Lęgi

1 2 »
Późną wiosną i latem odbywałem wielodniowe włóczęgi, podczas których zbliżałem się do niejednej wsi. Przez lata omijałem je z obawą, teraz jednak ciągnęło mnie do skrytej, ostrożnej obserwacji ludzi.

Piotr Kenc

Lęgi

Późną wiosną i latem odbywałem wielodniowe włóczęgi, podczas których zbliżałem się do niejednej wsi. Przez lata omijałem je z obawą, teraz jednak ciągnęło mnie do skrytej, ostrożnej obserwacji ludzi.

Piotr Kenc
‹Lęgi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Kenc
TytułLęgi
OpisAutor pisze o sobie: urodziłem się w 1973, mieszkam w Ustce.
Gatunekrealizm magiczny
Mojego trupa wynieśli dzień po tym, jak umieścili go w trumnie.
Zawsze kochałem ludzi, ale jakoś bez wzajemności. Wszakże należały mi się pewne względy choćby jako właścicielowi jednego z większych majątków w okolicy i testatorowi krewnych mej małżonki, tedy po śmierci obmyto mnie i przystrojono z niejaką pompą. Ale cała ta okazałość pierzchła gdzieś nagle, gdy Ladko, chłopak do posług, posłyszał o świcie cichy odgłos skrobania dochodzący z wnętrza otwartej skrzyni i spostrzegł nieznaczne poruszenie mego ciała – ciała, które wszak uważano już za nieodwołalnie martwe. Chłopak czmychnął w takim popłochu, że zderzył się z framugą, a gdy tylko odzyskał elementarną zdolność mówienia (którą, co prawda, w ogóle posiadał tylko w niewielkim stopniu, a przy tym zawsze gadał tak niewyraźnie, jakby chował w gębie garść kradzionej mąki), narobił dzikiej wrzawy i wkrótce w izbie zaczęli pojawiać się – wystraszeni i zgorszeni – domownicy, sąsiedzi, później zaś przyszli jeszcze ludzie przysłani przez wójta oraz dwaj mnisi.
Otóż wtedy byłem już od dawna pozbawiony władzy nad swym ciałem i żadną miarą nie mogłem zapobiec temu, by ciało to, zimne i pozbawione tętna, nie czyniło z siebie tak nieprzystojnego widowiska. Ludzie, zbrojni w święte symbole, nade wszystko zaś pokrzepieni tym, że jest ich tu taka ciżba i wszyscy myślą tak samo, tłoczyli się u drzwi i pod ścianą, wpatrując się milcząco w trumnę, lub, pozbawieni jej widoku, wymieniali w sieni i na podwórzu wyrazy zgrozy i potępienia.
Moja prawa dłoń, którą ułożono na piersi i spleciono z lewą jeszcze przed umieszczeniem ciała w trumnie, miast w statecznym znieruchomieniu dalej tam pozostawać, zsunęła się i opadła między biodro a boczną deskę. Co gorsza, każdy zbliżywszy się, mógł się przekonać (a najodważniejsi nie omieszkali tego robić, podczas gdy reszta poprzestawała na zawierzeniu ich relacjom, obawiając się tego widoku), że martwe palce zacisnęły się na tkaninie, którą byłem okryty, wyraźnie marszcząc ją i naciągając.
Wszyscy ci zacni ludzie – słudzy, powinowaci i sąsiedzi – natychmiast uznali mnie za wąpierza.
Niedługo potem przyszli grabarze i powieziono mnie na wózku niemały kawał drogi ode wsi. Za wózkiem ruszył dość zgiełkliwy pochód, złożony z niemal całej znajdującej się w okolicy ludności, a nawet z części wiejskiego inwentarza, bowiem nie dość, że z ludźmi szło nieco kundli, to jeszcze po drodze dołączyli owczarze ze stadem. Tak pięknie odprowadzany, kołysząc się w trumnie niby dziecina w łubianej kolebce albo jakaś larwa w poruszanym przez wiatr kokonie, odbyłem ową „ostatnią podróż”.
Po przybyciu na miejsce odprawiono naradę, po czym stanowczo nakazano mistrzom sztuki dołowej oddzielenie mej głowy, co zostało uskutecznione ich wspólnymi siłami za pomocą siekiery i szpadla, na oczach zgromadzonych, młodych i starych. Głowa, haniebnie sponiewierana przy tym i potłuczona, z podłużnym kamieniem wepchniętym, czy raczej wbitym, w usta, trafiła do brudnego worka i legła w skrzyni przy nogach. W środek piersi wbito mi pręt żelazny, przebijając ją na wylot i dziurawiąc przy tym dno trumny. Potem zabrano się do kopania. Zrobienie takiego otworu w ziemi to rzecz zgoła niełatwa – zajęło to trochę czasu. Dokonawszy tej operacji, pracowici grabarze przybili ćwiekami wieko, opuścili skrzynię na powrozach i znów wzięli się do łopat. Gdy kończyli już zasypywać, ludzie jęli znosić zewsząd co większe kamienie i układać je na świeżo zrytej ziemi, czyniąc to z taką żywością i zajęciem, jakby nagle zapragnęli usypać mi kopiec. Na koniec grabarze, poinstruowani przez mnichów, wetknęli tam jeszcze wykopany gdzieś niedaleko ciernisty krzak. Ze wszystkim tym uwinięto się przed wieczorem i wreszcie zostawiono mnie w spokoju, głęboko pod ziemią, nieopodal starego, usychającego dębu, kilkadziesiąt kroków na północ od cmentarza.
• • •
Wypadki owe uświadamiałem sobie jeszcze dość wyraźnie. Wyznam nawet, że zaraz po śmierci moja zdolność pojmowania na pewien czas wzrosła i pojaśniała. Śmierć zdmuchnęła jakby ową zwierzęcą, cielesną warstwę duszy, uwalniając czystą jaźń z grubiańskich okowów, co otworzyło przede mną wiele spraw, przez dziesięciolecia częściowo zasłoniętych czy zagłuszonych nieustanną pracą tego prymitywnego aparatu ścięgien, kości, żył, błon, krwi i humorów… Były to zaprawdę boże widoki.
W jakiś sposób zarazem widziałem nadal, co działo się z moimi szczątkami i wokół nich, lecz widzenie to z każdym następnym tygodniem zapadało się i blakło. Po pewnym czasie świadomość zanurzyła się jakby w głębokiej studni, wszakże nie zanikła zupełnie. Ciało gniło, lecz teraz nie było to już moje ciało, nie więcej niż odcięty kawałek paznokcia, tym zaś, co ze mnie przetrwało, była wieczyście żywa zaródź – czerw maleńki niby jakowaś mrówcza larwa. Zewłok zaś, który pozostał, był teraz jeno mym pierwszym pokarmem i schronieniem.
• • •
Władzę pamięci w ludzkiej duszy porównywano niegdyś do magazynu odcisków woskowych, jakby wielkiej piwnicy z plątaniną korytarzy i mnóstwem komór, którą zawiaduje jakiś klucznik. I tak jak ów klucznik może być żwawy lub ospały, pilny lub niechlujny, przytomny bądź zagubiony – tak pozostające w jego pieczy odciski woskowe, przechowujące zarysy tego, co niegdyś przeżyte, mogą być lepsze lub gorsze. Zimny, zbyt kruchy wosk nie przyjmie dobrze nowych odciśnięć, zaś wosk nadmiernie ogrzany, nazbyt miękki, choć przyjmie je łatwo, to nie przechowa ich jak należy. Z tej to niby przyczyny starzy ludzie, jako posiadający nadmiar zimna, często pamiętają wyraźnie odległe zdarzenia, lecz nie zapamiętują nowych, zaś młodzi, jako posiadający w sobie nadmiar gorąca, zapamiętują zwykle łatwo, lecz nietrwale.
W ciągu następnych lat żyłem po części w uśpieniu, po części prowadząc w próchnie cierpliwy żywot robaka. Pozbawiony wzroku, lecz bogaty we wrażenia nowego rodzaju, zapamiętałem ten długi okres wcale nie jako czas ciemności. Nie miałem jeszcze wtedy oczu i mrok nie istniał dla mnie, we wspomnieniu zdaje mi się nawet, jakbym poruszał się wówczas stale w jakimś bladym, lekko ziarnistym błękicie, przechodzącym niekiedy w jasną szarość popiołu. Jesienią budowałem kokon i zapadałem w stan odrętwienia, by budzić się wiosną w odmienionym i odnowionym ciele. Początkowo bytowałem w ziemi, potem zaś, po pierwszych przepoczwarzeniach, mą sadybą na pewien czas stało się drewno niemal zupełnie już martwego, wielkiego dębu.
• • •
Gdy chcę sięgnąć wspomnieniem do początków tego okresu, przebiegający korytarze mej pamięci „klucznik” przynosi mi wizerunki innych korytarzy – wydrążonych w drewnie przez owady. Są pełne wyschłych odchodów larw, pokruszonych kawałków jakby jakiejś gliny oraz maleńkich, zetlałych truchełek licznych stworzeń, zapewne żerujących niegdyś na owych larwach niby wszy na ciele oracza. W niektórych korytarzach znajdowałem wszakże larwy żywe.
Dobrze pamiętam, że pierwszą z nich pochłonąłem drążąc ją powoli najpierw z zewnątrz, potem od środka. Wkrótce po przeistoczeniu, które dokonało się z mym ciałem, skrytym w skórce ofiary niby w kokonie, zacząłem już regularnie żerować na innych larwach. Pochłaniałem też pyłek kwiatowy, zgromadzony dla larw przez ich zapobiegliwe rodzicielki. Pamiętam, że po pewnym czasie nie mogłem już znaleźć pyłku, larwy zaś okrył twardy pancerzyk. Pancerzyk ów wszakże nie stanowił dla mnie niepokonanej przeszkody. Nie posiadałem jeszcze zębów, posiadałem za to teraz coś znacznie straszliwszego, co nie będąc właściwie ani zębami, ani ramieniem, było po trosze jednym i drugim. Mogłem owo szczęko-ramię wysuwać daleko naprzód, niby jakieś wielkie kowalskie kleszcze i miażdżyć, cokolwiek znalazło się na mej drodze, rozłupywać najtwardsze skorupy przepoczwarzających się istot, a nawet żłobić w drewnie nowe korytarze. Nieco później, gdy przebijałem pancerzyki niektórych moich ofiar, nie napotykałem już właściwie larwiego ciała, jakby ono uległo rozpuszczeniu, a tylko kwaśno-słodką ciecz, którą mym szczęko-ramieniem spijałem gorliwie, niby osesek matczyne mleko.
• • •
Kolejne przemiany odmieniały mą postać. Opuściłem drzewo, by ponownie zagrzebać się w ziemi. Wreszcie, pewnego wieczora podczas wiosennej słoty, wypełzłem na powierzchnię niedaleko miejsca, gdziem został pochowany. Przyobleczony w drobną łuskę, czworonożny, znów miałem oczy i znów byłem ciekawym świata dziecięciem. Główną moją troską było łowić pająki i chrząszcze, wygrzebywać z ziemi dżdżownice i larwy. Baczyć i rozszarpywać, gonić i pochłaniać.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Drzewoń
— Piotr Kenc

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.