Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Talenty Odmiennych Ludzi

[1] 2 3 4 »
Kotwa zaczepiła się o doniczkę na parapecie. Jakiś kretyn wystawił kwiatki na parapet, by było ładniej. Doniczka ważyła sporo, ale nie aż tyle, by utrzymać mnie i Samuela równocześnie. Łupnęła w dół, a my obaj ciężko padliśmy na ziemię.

Radomir Darmiła
‹Talenty Odmiennych Ludzi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRadomir Darmiła
TytułTalenty Odmiennych Ludzi
OpisRadomir Darmiła (pseudonim), urodzony w roku 1976, z wykształcenia informatyk. Żonaty, posiada dwójkę dzieci. Pracuje obecnie na jednej z wyższych uczelni. W Esensji debiutował „Strunami umarłych” (10/2013). Opublikował dwa opowiadania na papierze: „Trzy do dwóch dla Nowogóry” (FWS 03/2014 – z cyklu o skrzacie Burym) oraz „Imago” (FWS 01/2016). Skrzat Bury pojawił się także w „Smutnej historii o miłości” na łamach Fahrenheita.
Gatunekfantasy, humor / satyra
– No więc dobrze, może faktycznie pomysł zatrudnienia utopców w marynarce nie był najlepszy – ciągnął kapitan Skutwiński swoim smutnym, bezbarwnym głosem. – Ale na początku nie napotykaliśmy na żadne problemy. Owszem, wśród marynarzy panował sceptycyzm, niektórzy nawet odmawiali służby. Takie reakcje nas nie zaskoczyły. Organizowaliśmy pogadanki, wyjaśnialiśmy korzyści, jakie to przyniesie załodze. Rozdawaliśmy ulotki o tonących marynarzach, uratowanych przez utopce. Pokazujące sympatyczne utopce wybijające dziury we wrogich okrętach. Nie zrażaliśmy się trudnościami. Wykorzystanie unikalnych talentów wszystkich obywateli naszej ojczyzny to obowiązek każdego postępowego rządu.
Kapitan westchnął i zamilkł na chwilkę, z oczami utkwionymi w przeciwległej ścianie. Nie trudziłem się odgadywaniem, czego tam wypatruje. Samuel spał na siedząco. Miał niezwykły talent do spania z otwartymi oczami. Strasznie mu zazdrościłem. Za mną siedział Borowik, dobrochot. Ten nawet nie próbował zachowywać pozorów. Założył dłonie na brzuchu, chowając je pod długą, siwą brodą i chrapał otwarcie, nie przejmując się wojskową dyscypliną.
– Potem okazało się, że na okrętach z utopcami pojawiają się braki personalne – podjął Skutwiński. – Część załogi znikała w tajemniczych okolicznościach. Pierwszą reakcją była wzmożona propaganda. Pamiętam piękny plakat opracowany przez sekcję żeńską z Nadporoża… „Przesąd wrogiem marynarza, dezerter wrogiem ojczyzny!” Ale kiedy u ujścia Brędzlewy wyłowiono ciało kapitana Horpacha, dowódcy „Niezwyciężonego”, stało się jasne, że to nie dezercja jest powodem zniknięć. Wyszło na jaw, że już w czasie treningów zaginęło paru instruktorów. Pytałem szefa kursu, czemu mnie nie powiadomił. Odparł, że nie chciał siać defetyzmu… Wysłaliśmy z kolei aktywistę w celu zorganizowania pogadanki dla utopców. Czytałem szkic jego wystąpienia. Majstersztyk! Odwołanie do uczuć patriotycznych, wezwanie do służby ojczyźnie, przypomnienie o duchu czasu, konieczności pozbycia się przerdzewiałych okowów przestarzałej tradycji…
Ziewnąłem dyskretnie. Miałem nadzieję, że konkluzją, do której zmierza Skutwiński (bo chyba zmierza do jakiejś konkluzji?) nie będzie wysłanie nas do przekonywania lub monitoringu utopców. Skrzat pasuje do okrętu jak utopiec do roboty w kopalni.
– Po wyłowieniu lekko nadżartego przez ryby aktywisty, pułkownika Szylera wezwała admiralicja i stanowczo odmówiła dalszego udziału w PWTOL. Tłumaczyliśmy, że zawsze na początku można się spodziewać podobnych problemów, że powinni je zignorować i patrzeć na korzyści dla społeczeństwa… Wszystko na próżno.
Znowu zapadła cisza. Zaczynał mnie boleć tyłek. Skrzaty nie są przeznaczone do siedzenia na odprawach. Skrzaty powinny siedzieć w chałupie, przynosząc szczęście gospodarzom i odganiając złe duchy. Niestety w dzisiejszych, nowoczesnych czasach, gospodarze przeganiają skrzaty. Gdyby nie PWTOL, dalej włóczyłbym się po zapadłych dziurach, taplając się w rynsztokach, grzebiąc w śmieciach albo zabijając szczury i karaluchy. Dlatego siedziałem. Czysty mundur zamiast śmierdzących szmat, pełny brzuch, meble dostosowane do wzrostu pięciu palców – to wszystko jest warte bolącego tyłka.
Niemniej jednak miałem nadzieję, że Skutwiński w końcu wyjaśni, po co nas wezwał.
– Cięcia w funduszach, jak nic – wionął do mojego ucha szept Samuela. Jednak nie spał. – Zaraz powie, że nas wyrzuca.
– Daj spokój – odparłem, nie odwracając głowy i utrzymując na twarzy wyraz uprzejmego zainteresowania. – Zawsze czekasz na najgorsze.
– Zobaczysz. Przygotowuje nas na cios. Zaraz powie, że PWTOL okazał się porażką i wywalają nas na bruk – upierał się Samuel. Zdumiewające, ale umiał się nie popluć, wymawiając skrót Programu Wykorzystania Talentów Odmiennych Ludzi.
– Z koboldami na początku szło nam lepiej – Skutwiński znowu obudził się z letargu. Przetarł zmęczone oczy i przeszedł się nerwowo po pokoju. – To zdumiewające, jak szybko potrafią wykopać okopy, wydrążyć tunel, wykonać podkop. Pojawił się zaledwie jeden, maleńki, właściwie tyci problem. Problemik. Koboldy wykonywały wszystkie prace ziemne na swój rozmiar i nijak nie dawały się przekonać, by kopać, na przykład, głębsze okopy.
– Najgorsze przyszło w czasie manewrów z udziałem prawdziwego wojska. Wreszcie dałem radę przekonać koboldy do wykonania okopu dość głębokiego, by mógł się w nim zmieścić żołnierz. Nawet łatwo mi poszło i byłem pełen optymizmu. Wybuchy śmiechu podczas pracy brałem za naturalną radość z dobrze wykonywanej roboty. Skąd miałem wiedzieć, co one tam schowały… Rozpoczęły się manewry, żołnierze skoczyli do okopów… W życiu nie słyszałem takiego języka jak wtedy, gdy się z nich podnieśli. Tłumaczyłem, że to tylko takie niewinne żarty. Że nawet dobrze się stało, bo przecież żołnierz powinien umieć walczyć w każdych warunkach, a mundury, chociaż umazane i faktycznie nieco śmierdzące, będzie można wyprać. Jeszcze uciszałem tę sprawę, gdy przyłapano koboldy przy kotłach kuchni polowej. Byłem wściekły – różne dość, hm, dziwaczne inklinacje koboldów wyszły na jaw już w trakcie szkolenia i dlatego specjalnie wydałem zalecenia dotyczące zabezpieczenia miejsc przygotowywania posiłków. Oskarżono strażników o niedopełnienie obowiązków, ale uwolniono ich od zarzutów, gdy odkryto, jak koboldy się dostały do środka. Wykonały podkop… Równocześnie przyszedł raport, że mundurów nie da się doprać i wciąż śmierdzą. Obcięto nam fundusze, a koboldy z sekcji saperskiej musieliśmy zwolnić do cywila.
Kolejne westchnięcie Skutwińskiego i cisza.
– Widzisz? Teraz nam powie – mruknął znowu Samuel. – Obcięto nam fundusze i dlatego was zaraz też zwolnimy…
– Nie będę przed wami ukrywał, panowie. – Głos Skutwińskiego był jeszcze bardziej melancholijny niż zwykle. Jaskrawo Błękitna Róża Północy, jedyna koboldzianka w naszej grupie, jak zwykle nie zaprotestowała. Nie jestem pewien, czy Skutwiński do tej pory nie zauważył, że Błękitna jest przedstawicielką płci pięknej, czy po prostu był ponad takie detale. Oczywiście, określenie „płeć piękna” wobec koboldzianki jest metaforą nieco przesadzoną, nawet po przystrzyżeniu brody. – Istnienie programu wisi na włosku. W przyszłym tygodniu odbędzie się narada w Cesarsko-Królewsko-Wieloksiążęcej Komisji ds. Bezpieczeństwa i Szerzenia Pokoju, która zadecyduje o naszej przyszłości.
– Przepraszam! – zawołała Błękitna, podskakując i machając rękoma, jakby bojąc się, że Skutwiński jej nie zauważy. – Przepraszam! Mam pytanie!
– Na zadawanie pytań nadejdzie czas pod koniec zebrania, szeregowa Jaskrawo Błękitna Różo Północy. Ponadto, ile razy mam szeregowej przypominać o właściwej formie zwracania się do przełożonych? – skarcił ją Skutwiński, nie odrywając wzroku od fascynującego go punktu na przeciwległej ścianie gabinetu.
– Przeprosiłam przecież! – zdumiała się Błękitna. – A teraz już się zapytam, dobrze? Czy zebranie ma na celu omówienie sposobów wpłynięcia na decyzję Komisji Spraw Bez Pieczenia? Bo ja mam parę pomysłów.
Skutwiński oderwał wzrok od ściany i wlepił go w Błękitną. Najwidoczniej wyobraził sobie, jakie pomysły może mieć koboldzianka i wzdrygnął się ze zgrozy.
– Nie – powiedział szybko. – To znaczy tak. To znaczy, i tak, i nie. – Zastanowił się chwilę i powiedział już swoim normalnym, beznadziejnie smutnym tonem. – Na wasze pierwsze pytanie odpowiedź brzmi tak. Natomiast nie interesują mnie wasze pomysły, szeregowa Jaskrawo Błękitna.
– Ale ja mam dobre pomysły. – Koboldzianka ujęła się pod boki i zadarła głowę do góry. – Tylko musielibyśmy wziąć do pomocy moich braci, szwagra, jego braci, i jeszcze…
– Nie, szeregowa. Siadajcie. Natychmiast. Proszę. – Skutwiński nerwowym ruchem zdjął okulary i wytarł je chusteczką, a potem tą samą chusteczką otarł pot z czoła. – Posłuchajcie: kluczową sprawą jest zdobycie poparcia armii. Admirał Kukurda odpada, wciąż wini nas za nieszczęśliwą śmierć Horpacha. Pozostaje generał Gibarian. Musimy go przekonać w ciągu najbliższego tygodnia, że nasza komórka może wzmocnić siłę bojową armii cesarsko-królewskiej i jej możliwości szerzenia postępu i pokoju, zwłaszcza w obliczu zbliżającej się nieuchronnej konfrontacji ze zdradzieckim Daczlenderem.
Skutwiński przerwał znowu, spojrzał na nas, zadrgała mu dolna warga.
– Razem z pułkownikiem Szylerem doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie zaprezentować możliwości wykorzystania odmiennych ludzi w charakterze wywiadowców. W tym celu przenikniecie do kwatery piątej armii, dowodzonej przez Gibariana, i wykradniecie stamtąd dokumenty o odpowiednio wysokim stopniu tajności. W ten sposób generał zostanie zmuszony do przyznania, że program ma sens. Pozostaje kwestia wyznaczenia zespołu do przeprowadzenia zadania. Borowik oczywiście odpada…
[1] 2 3 4 »
dodajdo

Komentarze

11 VII 2016   13:46:14

Zaczyna się zabawnie. Wstawka z Horpachem świetna ;) Czytam dalej...

12 VII 2016   13:49:11

Niezła humoreska, a już zawartość sejfu generała jego kk&k mości- cud, miód i orzeszki. Autor zapomniał, że w prasłowisńskiej Galicyji wierzono tskże w leszych [mieli wciągać wroga w korzenie, a wykorzeniali wozy z zaopatrzeniem], południce [miast oślepiać nieprzyjaciół, zajmowały się praniem ciuszków], wąpierze [niestety wojskowa dieta z grochówki doprawionej czosnkiem wybitnie im nie służyła], płanetników [no cóż, ściągali chmury deszczowe, ale tylko do siebie]. Itp, itd



Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Dzikie stworzenia
Krystyna Chodorowska

10 II 2018

Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie z otwartymi ustami. Przygotowałam się na urywane, wykrztuszone pytania, co tutaj robię, na rozkojarzone wskazywanie palcem. Miałam nawet jakieś zaimprowizowane odpowiedzi: wieczór panieński, nocne pływanie, dowcip koleżanek.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Bayerische Engelen Werke
Konstanty Stankiewicz

20 I 2018

Jeszcze próbował się ratować, jeszcze tańczył w panice na lodzie, jeszcze kurczowo trzymał się balustrady, ale był bez szans. Walizka przeciążyła, pociągnęła go w dół. Żulik na laskę, laska na mnie, ja wyciąłem – jak myśliwski samolot – beczkę.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zapasy
Bazyli Nowak

23 XII 2017

Przygnieciony nadprogramową dawką kobiecości traciłem siły w tempie błyskawicznym, i co gorsza, dusiłem się zdecydowanie szybciej niż poprzednio. Słowa grzęzły w odgradzającej mnie od świata zewnętrznego mięsistości. Piersią matki wykarmiony i ludzkości na pożytek dany, teraz piersiami, tyle że nie matki, miałem być zamordowany.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Wojownik i wiedźma
— Radomir Darmiła

Struny umarłych
— Radomir Darmiła

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.