Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Ryszard Lenc
‹Basso ostinato›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRyszard Lenc
TytułBasso ostinato
OpisMieszka w Katowicach. Pisze opowiadania. W 2007 roku wydał tomik „Ja, Wittgenstein”. W 2014 r. w serii Kwadrat wydawnictwa Forma ukazał się zbiór „Chimera”. Opowiadania publikował m.in. w Akcencie, Frazie, Migotaniach, Odrze, Toposie, Twórczości oraz portalach, np. www.esensja.pl, www.szaFa.pl.
Gatunekhistoryczna

Basso ostinato

1 2 3 4 »
Wyjęto ostrożnie perłę z objęć smoka. Po wyłuskaniu, obraniu, jak cebuli, z wierzchnich, zniszczonych warstw, po kąpieli w łagodnym roztworze kwasu i naświetleniu ultrafioletowymi promieniami okazało się, że perła ma barwę srebrzystobiałą z delikatnym orientem.

Ryszard Lenc

Basso ostinato

Wyjęto ostrożnie perłę z objęć smoka. Po wyłuskaniu, obraniu, jak cebuli, z wierzchnich, zniszczonych warstw, po kąpieli w łagodnym roztworze kwasu i naświetleniu ultrafioletowymi promieniami okazało się, że perła ma barwę srebrzystobiałą z delikatnym orientem.

Ryszard Lenc
‹Basso ostinato›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRyszard Lenc
TytułBasso ostinato
OpisMieszka w Katowicach. Pisze opowiadania. W 2007 roku wydał tomik „Ja, Wittgenstein”. W 2014 r. w serii Kwadrat wydawnictwa Forma ukazał się zbiór „Chimera”. Opowiadania publikował m.in. w Akcencie, Frazie, Migotaniach, Odrze, Toposie, Twórczości oraz portalach, np. www.esensja.pl, www.szaFa.pl.
Gatunekhistoryczna
Opowieść o Perle
Ksiądz wysoko podniósł monstrancję, po raz kolejny wszedł pod baldachim. Słońce zsunęło się z nieba i rozbłysło w rękach kapłana. Dzyń-dzyń, ministranci zagrali dzwonkami, komunijne dziewczynki z koszyczkami pełnymi różowych i czerwonych płatków ustawiły się za dwiema zakonnymi siostrami-przewodniczkami, równo, jedna za drugą, otrzepały białe kolana, poprawiły białe wianki, wstążki i białe sukienki. Wierni, znużeni upałem, ciężko dźwignęli się z kolan, poczty sztandarowe zajęły swoje miejsca w szyku. „O milcząca Hostio biała…”, zaintonował wikariusz z megafonem. Zadudniła trąba. Procesja powoli ruszyła do trzeciego ołtarza. Julian przesunął się do przodu. Teraz oddalony był od nich o pięć, może siedem metrów. Jeszcze parę szybszych kroków, jeszcze ominie kilka starowinek i będzie miał ich oboje na wyciągnięcie ręki. Nie, po co się spieszyć. Do zwężenia ulicy pozostało ze sto metrów, czemu te nerwy? Szedł spokojnie. Musi wyrównać oddech, rozluźnić mięśnie, wyczyścić umysł. Pustka, otchłań. Najlepiej będzie, jeżeli dołączy do monotonnego, jednostajnego chóru. „Bądźże pozdrowiona…”. Bądźże pozdrowiona. Niech teraz każdemu, kto na niego spojrzy, wydaje się zwyczajnym uczestnikiem misterium Bożego Ciała, rozmodlonym, rozśpiewanym, trochę już zmęczonym upałem mimo wczesnej pory, niech nie wyróżnia się z tłumu, niech będzie taki jak oni wszyscy. Podniesie do twarzy tę ich książeczkę z nabożnymi pieśniami, w ten sposób on będzie wszystko widział, a jego oblicze pozostanie schowane przed wzrokiem kogoś zanadto ciekawego, nie dość skupionego na przeżywaniu Tajemnicy Pańskiej. Kątem oka dostrzegł Starego. Marcin stał przy krawężniku, podparty laską, i pozornie obojętnie przyglądał się przechodzącym ludziom. Tu niedaleko za rogiem jest jego pracownia. Dobrze, niech Stary czuwa, niech będzie gdzieś blisko, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Ale co może pójść nie tak? Czy nie wystarczająco dobrze wszystko omówili? Jeszcze pięćdziesiąt metrów. Jeszcze czterdzieści. „Zróbcie Mu miejsce, Pan idzie z nieba, pod przymiotami ukryty chleba. Zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się Jego dzieciom powodzi…”. Tego nie znał, tamte eucharystyczne pieśni pamiętał z dzieciństwa, tej – nie. Święta Julianna z Cornillon i papież Urban. Czwarty czy piąty? Dureń. Czemu się nad tym teraz zastanawia? To go tylko rozprasza. A czas przyspieszyć. Tak, już czas. Jeszcze raz sprawdzić marynarkę. Jest? Jest. Obejrzał się. Marcin zniknął.
Sara i Jan szli, trzymając się za ręce. Sara śpiewała głośno, wesoło, On chyba milczał. Trudno się dziwić, na Swoją chwałę ma śpiewać? Ona Go zawsze tak kurczowo trzyma. Jakby bała się puścić Jego dłoń choćby na chwilę, jak gdyby lękała się, że On zniknie, rozpłynie się w powietrzu, gdy tylko jej ręka straci kontakt z Jego ręką. Chce mieć Jana dla siebie. Podła. I głupia. Jak oni wszyscy.
Dochodzili do przewężenia jezdni. Roboty drogowe. Tłum zgęstniał, procesja zwolniła. Julian spojrzał w kierunku monstrancji. Nagle wydało mu się, że to Jan tam jest, pod baldachimem, że to On tam jaśnieje, że Jego głowa spoczywa w rękach księdza. Zmrużył oczy, blask oślepiał. „Kłaniam się Tobie”. Kłaniam się Tobie, Panie. Ostrożnie, teraz przejście obok wykopu. Sara pociągnęła swojego towarzysza w kierunku chodnika i złudzenie znikło. Podła i głupia. Ale już niedługo. Dziesięć metrów. Marcin będzie z niego dumny, inni też. Dotknął marynarki. Jest? Jest. Pięć metrów. Cztery.
• • •
Cztery. Zagnie jeszcze do środka cztery druciki, zalutuje, wypoleruje i pierścionek gotowy. Marcin, bardzo z siebie zadowolony, obejrzał ze wszystkich stron złote cacko. Ciągle ma czucie i ten zmysł w palcach. Teraz uważnie przejrzy fartuch i stół, czy nie zostały na nich jakieś okruchy. Oczy już nie te, co kiedyś, i łatwo coś przeoczyć. Chyba jednak powinien dać sobie spokój, zamknąć pracownię na cztery spusty, klucz wyrzucić do studni na podwórku, żeby nie kusiło, udać się na zasłużoną emeryturę i zająć tym, co najbardziej kocha. Studiowaniem ksiąg, wiedzą-gnozą, szukaniem Pana Najwyższego Ukrytego, nauczaniem sióstr i braci. Jakże ich mało, jak mało, a nowi nie przybywają. Tylko z Juliana ma prawdziwą pociechę, to dobry chłopiec, chętny i posłuszny. Serce dokucza, a czy to nie dość już się w życiu napracował? Za dwóch albo i za trzech. Na drugi miesiąc stuknie mu osiemdziesiątka. Aż trudno uwierzyć. Ilu rzemieślników dożywa w zawodzie takiego wieku? Ze znanych mu jeszcze Henryk, sąsiad zegarmistrz, Mister Clock, jak go nazywają dzieci. Ale to Żyd, a Żydzi – twarda rasa. Wygonisz ich drzwiami, wrócą oknem. Kopniesz, odwrócą się i jeszcze podziękują. O, tu w zagłębieniu dwie kruszynki. Niby nic, a ile to się uzbiera przez taki szmat czasu… Schował okulary do futerału. Zatem na dziś koniec. Jutro ta wyfiokowana damulka przychodzi po pierścionek. Szkoda wysiłku dla takiej.
Na dworze pociemniało, gdy Marcin skrupulatnie sprzątał pracownię. W ponurym zaułku i tak trudno odróżnić dzień od nocy. Do dziś pamięta lęk, gdy przed czterdziestu z górą laty rozpoczynał tu pracę. „Jeszcze cię kto tam napadnie, synku, to taka okropna dzielnica”. Ale przecież nigdy go nic złego nie spotkało. Złe trzyma się od niego z daleka, wie, że stary nie w ciemię bity, że uczony i zna różne takie… Zapalił lampę, podszedł do okna. Jeszcze za wcześnie na zmierzch, toż to dopiero szósta. Wygląda raczej na początek wiosennej nadmorskiej burzy. Wiatr potrząsał samotną gruszą, rosnącą tuż obok studziennej cembrowiny. Dopiero przed paru dniami okryła się kwiatami i już ma je stracić? A cóż go to obchodzi? Co niby w tym pięknego i dobrego? Czy go w ogóle interesuje ten beznadziejny, opuszczony przez Boga świat, który tylko mami ludzkie serca i umysły takimi landszaftami jak ten tu – z gruszą. Czy nie są lepsze od jej robaczywych owoców złocone jabłka, co je onegdaj zrobił dla przyozdobienia łańcucha Jego Magnificencji Rektora? Lepsze, bo ludzkie, człowieczą ręką uczynione. A nie tamtą, zwodniczą. „I zobaczył, że były dobre”. A jakże – najlepsze! Marcin zaniósł się bezgłośnym śmiechem. Zagrzmiało. Raz i drugi. Więc jednak burza. Wzdrygnął się, poczuł chłód. Nie lubi burzy, nie lubi deszczu, wiatru, zimna, śniegu, mgły. Chyba już woli słońce, chociaż ono oszukuje i łudzi.
Chodź tu, chodź, stary kocie, pokiwał na Burasa. Ot, przyplątał się kiedyś ten kot i tak już zostało. W dzień buszował po okolicznych skwerach, strychach i piwnicach, noce spędzał, jak koci król, w złotej noclegowni. Buras, nawykły do codziennego rytuału, mył pyszczek i cierpliwie czekał na skinienie. Gdy stary skończył zbieranie złotych i srebrnych drobinek, gdy pozamykał już wszystko, co cenne, do sejfu w ścianie, sprawdził alarm, obejrzał jeszcze raz elektryczny piec i wyciąg, czy aby na pewno wyłączone, poukładał równo narzędzia: pilniki, punce, młotki, rylce, machał na kota, ten wskakiwał pewnie i spokojnie na stół, który teraz należał do niego, i czekał na swoją przedwieczorną miseczkę mleka. Albo śmietanki. Czasem obok na talerzyku leżało jeszcze coś ekstra, więc kocia dola nie była wcale byle jaka. Tak to zgodnie oceniali obaj – złotnik i kot.
Przymykał już okiennice, gdy ich zobaczył. On wysoki, ale przygarbiony, chudy, mizerny jakiś, skubał czarną kędzierzawą brodę, ona drobna, krucha, porcelanowa, potrząsała co chwilę kotłowaniną rudych włosów i coś do niego mówiła. Stali teraz przed wejściem do pracowni, trzymali się za ręce i sylabizowali z przybrudzonego szyldu: „Warsztat złotniczy… Jubiler. Wyrób, sprzedaż, naprawa”. Coś powiedziała, a on uśmiechnął się do niej łagodnie.
Pierwsze, co uderzyło Marcina, to zachowanie kota. Buras, który nawet swojemu dobroczyńcy nie pozwalał na zbyt czułe pieszczoty, nagle zwariował, prawie oszalał. Zeskoczył ze stołu, kręcił się jak fryga wokół swojego uciętego ogona, ocierał grzbiet o nogawkę spodni gościa, mruczał, kichał, sapał, parskał, uśmiechał się tym swoim kocim grymasem, a o miseczce pełnej tłustego mleka zupełnie zapomniał.
– To normalka – odezwała się dziewczyna. – Normalka. One wszystkie tak mają.
– Wszystkie?
– No, psy, koty, ptaki. Nawet myszy i żaby. Po prostu go lubią. Bardzo lubią. Jakoś tak niezwyczajnie. Gdzie by się nie zjawił, zachowują się tak jak pański kot. Idiocieją. On nic a nic do nich nie mówi, a one tak do niego lgną. Ludzie zresztą też. Nawet ryby w zatoce do nas podpływają, gdy idziemy brzegiem. Przepraszam, ja jestem Sara, a to jest Jan. Mój towarzysz jest małomówny, więc sprawę wyłuszczę ja. Mamy do szanownego pana prośbę. Adres warsztatu dała nam moja kuzynka. Wygląda pan na przestraszonego. Niepotrzebnie, nie jesteśmy złodziejami ani jakimiś bandytami. Mogę?
Przycupnęła na taborecie. Jan tkwił obok, nieporuszony.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Trudna profesja Jonasa Kremmera
— Ryszard Lenc

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.