Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 sierpnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Julia Szajkowska
‹PINKK›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułPINKK
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w Łodzi (wyborny rocznik ’81), a obecnie mieszkam w Oławie niedaleko Wrocławia. Skończyłam fizykę na Politechnice Łódzkiej. Zawodowo od lat zajmuję się tłumaczeniem z angielskiego na polski – głównie książek, ale nie tylko. Umiem i lubię czytać. Umiem też stawiać literki we właściwej kolejności, co w wolnych chwilach z upodobaniem robię. Ocenę tego, czy umiejętność układania ich w słowa i zdania przekłada się na umiejętność pisania (a może nawet Pisania), pozostawiam innym. Prywatnie mam jednego męża i jednego wrednego kota.
GatunekSF

PINKK

1 2 3 7 »
– Mam nadzieję, że wiesz co mówisz – odparła chłodno Kate. – I że nie przeceniasz możliwości Pinka. Bo nie będziesz miał drugiej szansy. Bioprocesory tego zwyczajnie nie wytrzymają.

Julia Szajkowska

PINKK

– Mam nadzieję, że wiesz co mówisz – odparła chłodno Kate. – I że nie przeceniasz możliwości Pinka. Bo nie będziesz miał drugiej szansy. Bioprocesory tego zwyczajnie nie wytrzymają.

Julia Szajkowska
‹PINKK›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułPINKK
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w Łodzi (wyborny rocznik ’81), a obecnie mieszkam w Oławie niedaleko Wrocławia. Skończyłam fizykę na Politechnice Łódzkiej. Zawodowo od lat zajmuję się tłumaczeniem z angielskiego na polski – głównie książek, ale nie tylko. Umiem i lubię czytać. Umiem też stawiać literki we właściwej kolejności, co w wolnych chwilach z upodobaniem robię. Ocenę tego, czy umiejętność układania ich w słowa i zdania przekłada się na umiejętność pisania (a może nawet Pisania), pozostawiam innym. Prywatnie mam jednego męża i jednego wrednego kota.
GatunekSF
O godzinie czwartej nad ranem w laboratorium LAB-4 nie było żywego ducha. Panującą wewnątrz ciszę zakłócał tylko monotonny szum klimatyzacji dbającej o utrzymanie stałej temperatury w sąsiadujących z laboratorium pomieszczeniach badawczych. Słabe, zielonkawe światło nocnego trybu zasilania sprawiało, że pomalowane na przyjemny przecież kolor ściany wyglądały zimno i odpychająco.
Rozłożone na blatach stołów roboczych notatki, płytki montażowe, układy scalone, procesory i wijące się między nimi najzwyklejsze w świecie kable wyglądały tak, jakby porzucono je zaledwie przed chwilą – pracownicy LAB-4 rzadko silili się na porządkowanie swoich miejsc pracy, choć regulamin ośrodka badawczego teoretycznie nakładał na nich taki obowiązek. Ale LAB-4 od chwili powstania rządził się własnymi prawami.
O 4:03 Dave Stutton, ochroniarz pracujący na nocnej zmianie, zerknął na ekrany wyświetlające obraz z kamer monitorujących. W całym ośrodku panował niezmącony spokój i LAB-4 nie stanowił pod tym względem wyjątku. Dave przeciągnął się na krześle.
Syrena alarmowa zawyła zupełnie niespodziewanie i całkowicie bez powodu, na ile Dave mógł to określić z poziomu podłogi, na której wylądował, gdy przewróciło się krzesło. Niezgrabnie pozbierał się z ziemi i lekko kuśtykając, podszedł do pulpitu kontrolnego. Dioda na ekranie wyświetlającym obraz z LAB-4 migała agresywną czerwienią, podobnie zresztą jak lampy w samym laboratorium. Świdrujący dźwięk alarmu wwiercał się nieprzyjemnie w uszy.
Dave trzęsącą się ręką wcisnął kilka klawiszy na pulpicie, potwierdzając procedury przewidziane wewnętrznym protokołem bezpieczeństwa ośrodka badawczego. Pierwszy z przycisków odcinał śluzę prowadzącą do LAB-4 i równocześnie blokował wyjście z budynku, w którym mieściło się laboratorium, drugi wysyłał zawiadomienie do odległej o trzy mile jednostki wojskowej w Millham – było to zabezpieczenie awaryjne, bowiem już samo uruchomienie alarmu powinno postawić na nogi oddział odpowiedzialny za zapewnienie bezpieczeństwa laboratorium – trzeci odcinał wejście do służbówki, w której przebywał Dave, czwarty uruchamiał zabezpieczenia bramy wjazdowej, prowadzącej na teren całego ośrodka badawczego.
Zabezpieczenia można było wyłączyć jedynie z poziomu pulpitu sterującego, przed którym siedział Dave, a i to pod warunkiem, że poza urzędującym na stanowisku ochroniarzem polecenie przerwania alarmu potwierdzi albo dowódca oddziału z Millham, albo szef projektu prowadzonego w LAB-4, Abhay Satapathy, w tej chwili prawdopodobnie eskortowany już w pobliże ośrodka przez przydzielonych mu do ochrony członków jednostki specjalnej.
Gdy masywna, stalowa płyta zasunęła się z głuchym łoskotem za drzwiami pokoju ochrony, Dave – w gruncie rzeczy przecież zwykły stróż – odetchnął z ulgą. Kolejnych kilkadziesiąt sekund zajęło mu odzyskanie jako takiego spokoju. A kiedy paniczny głos wołający mu pod czaszką „Napadli ośrodek! Zaraz cię zabiją!” wreszcie ucichł, Dave przypomniał sobie, że na potwierdzeniu włączenia się alarmu w laboratorium jego obowiązki wcale się nie kończą. Z szuflady biurka wyciągnął skoroszyt z instrukcją postępowania w sytuacjach awaryjnych i odszukał odpowiedni rozdział.
Zgodnie z instrukcją miał teraz obserwować monitory do czasu przyjazdu wojska i wprowadzać do protokołu wszystkie niepokojące go zdarzenia. Z saszetki przy pasie wyciągnął bloczek samokopiujący i wbił wzrok w ekrany monitorów, gotów do notowania. Zawsze śmieszyło go, że w instytucie, który dysponował technologiami tak zaawansowanymi, że wizje twórców filmów SF wyglądały przy nich naiwnie, większość dokumentacji sporządzano na papierze.
Doktor Satapathy wyjaśniał mu kiedyś, że jako forma zapisu awaryjnego papier i ołówek są po prostu najpewniejsze – nie potrzebują zasilania i nawet w stresujących sytuacjach człowiek pamięta, jak się nimi posługiwać. Zatem Dave siedział przed monitorami i wypatrywał wszystkiego, co zwróciłoby jego uwagę.
Przez jakąś minutę nie działo się nic, a potem Stutton zobaczył coś, czego wcale się nie spodziewał.
Zamrugał gwałtownie, później przetarł oczy, ale obraz na monitorze nie miał zamiaru znikać. Dave przysunął się bliżej ekranu, niemal dotknął go nosem. Nie, wzrok go nie zwodził. Po podłodze laboratorium czwartego przesuwał się odwrócony do góry dnem kosz na śmieci. Zwykły, druciany, do jakiego naukowcy wyrzucali zużyty papier, ścinki izolacji i kabli, zużyte chusteczki do nosa…
Teraz miotał się po podłodze jak oszalały, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście kosza na śmieci. Obijał się o meble i ściany, a gdy tylko znalazł kawałek pustej przestrzeni, natychmiast nabierał szybkości i mknął przed siebie, by chwilę później uderzyć w stojącą mu drodze przeszkodę. Odbiwszy się od niej, zmieniał kierunek i znów ruszał przed siebie.
Dave, jakkolwiek zdumiony tym niepomiernie, uśmiechnął się pod nosem. Nie dalej jak w miniony weekend jego trzyletni siostrzeniec używał w podobny sposób swojego pierwszego zdalnie sterowanego samochodzika.
Ochroniarz zanotował swoje spostrzeżenia, a potem wrócił do obserwowania terenu laboratorium. Poza jeżdżącym jak w amoku koszem w pomieszczeniu wszystko wyglądało normalnie. Zanotował i to.
Dalszych obserwacji nie zdołał poczynić, bo drzwi stróżówki otworzyły się i stanęli w nich major Dvorak oraz doktor Satapathy. Dave wreszcie mógł się odprężyć – od tej chwili przestał być odpowiedzialny za to, co działo się w ośrodku.
• • •
Abhay Satapathy przewinął nocne nagranie z kamer przemysłowych i odtworzył je po raz piętnasty. Ziewnął szeroko i potarł piekące, mocno przekrwione oczy. Nawet ciemna karnacja nie kryła śladów zmęczenia malujących się na jego twarzy – zazwyczaj brązowa skóra przybrała teraz barwę popiołu, a cienie pod oczyma nie pozostawiały wątpliwości: doktor Satapathy nie przespał tej nocy więcej niż dwie godziny. Brak snu wyostrzył łagodne zwykle rysy twarzy Hindusa.
– Znalazłeś coś? – zapytała szczupła blondynka, która weszła właśnie do sali laboratoryjnej. Podeszła do Satapathy’ego i walcząc ciągle z opornym rękawem białego fartucha, zerknęła koledze przez ramię, by przyjrzeć się nagraniu.
Kate Monroe, współautorka projektu Prototypal Intelligent Numerical Knowledge Kernel zwanego w skrócie PINKK, była niewysoką kobietą o typowej dla mieszkanek środkowej Anglii pociągłej twarzy i płowych włosach. Widać było, że zbierała się w pośpiechu – nie umalowała się, jak miała w zwyczaju, przez co jej mdła uroda prezentowała się jeszcze mniej spektakularnie niż zazwyczaj.
Satapathy wezwał swoją współpracownicę, gdy tylko okazało się, że laboratorium nie nosiło śladów włamania, nic z niego nie zginęło i w gruncie rzeczy nie naruszono żadnych protokołów bezpieczeństwa poza zakazem poruszania się po pomieszczeniach instytutu w godzinach nocnych.
– Na razie nic – westchnął zrezygnowany. – Alarm uruchomił się dokładnie o czwartej zero trzy, osiemnaście sekund, ale nagranie nie pokazuje dlaczego. Oczywiście wiemy już, że kosz musiał się wtedy poruszyć po raz pierwszy. Tu masz bezpośredniego winowajcę – Satapathy wskazał głową na stojący na stole roboczym niewielkich rozmiarów zdalnie sterowany samochód, a Kate wyciągnęła rękę, by podnieść zabawkę. – Nie ruszaj! – ostrzegł ją. – Nie zdjęli jeszcze odcisków palców.
– Naprawdę sądzisz, że to konieczne?
– Kate, proszę… – zmęczonemu prawie całonocnym czuwaniem Satapathy’emu brakowało tego ranka cierpliwości. – Ktoś podrzuca nam to – wskazał znów na samochodzik – akurat do naszego laboratorium. A przypominam ci, że zajmujemy się projektem, który oficjalnie nie istnieje. Wszystko to bez śladów, bez uruchamiania któregokolwiek z koszmarnie drogich zabezpieczeń, bez alarmowania chłopaków z koszarów w Millham. Dziwisz się, że chcą to zbadać? Powiem ci więcej: będziemy im czynnie i chętnie pomagać, bo wstrzymali projekt, dopóki ta sprawa się nie wyjaśni.
– Jak to? – oburzyła się Kate. – Niby dlaczego? Na cholerę wstrzymywać prace teraz, kiedy jesteśmy tak blisko?
Satapathy pokręcił tylko głową, z jednej strony nawet lekko rozbawiony, z drugiej pełen niedowierzania. Wiara Kate w rozsądek ludzi u władzy zawsze go zaskakiwała.
– Pamiętaj, że armia współfinansuje ten projekt. Zgodziliśmy się, żeby w sprawach bezpieczeństwa to oni mieli decydujący głos. Będziemy mogli mówić o szczęściu, jeśli nie każą się nam przenieść z całym majdanem do bazy w Millham.
Kate skrzywiła się, słysząc te słowa. Myśl o pracy pod ścisłym nadzorem Dvoraka zdecydowanie jej nie bawiła.
– Jak to teraz wygląda? – zapytała wreszcie.
– Zapieczętowali wszystkie sale labu poza tą, zabrali dyski i zagonili do pracy informatyków. Wiadomo, że nic nie zginęło, ale cholera wie, czy czegoś nie skopiowano. Nie chcą ryzykować, Pink jest zbyt dla nich ważny.
1 2 3 7 »

Komentarze

23 X 2016   20:37:18

Swietny tekst. I napisany z poczuciem humoru. Gratuluję!

05 XI 2016   13:20:40

Dziewczyna pisząca z taką swobodą o macierzach, cewkach i innych technicznych sprawach to rzecz jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia. Tylko czekać na propozycje matrymonialne od brzydszej części czytelników.

Od strony treści i poruszanych problemów również ciekawie. Trochę mi tu Lemem zapachniało, ale to raczej komplement. W każdym razie czytało się dobrze i mam nadzieję, że dało nam do myślenia, bo zderzenie z inteligencją, której nośnikiem zamiast białka będzie krzem lub może jeszcze coś zupełnie innego chyba jest nieuniknione.

Dobrze Esensjo, że drukujecie takie teksty. Jeśli ktoś szuka czegoś równie dobrego to polecam Dyeu-Peter - do odszukania w opowiadaniach.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Dwa procent
— Julia Szajkowska

Zdrowaś Matko
— Julia Szajkowska

Niepołomni
— Julia Szajkowska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.