Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 października 2020
w Esensji w Esensjopedii

Sławomir Mrugowski
‹Za cenę najwyższą...›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSławomir Mrugowski
TytułZa cenę najwyższą...
OpisAutor pisze o sobie:
Autor – nie mylić z Pisarz – to typowa zodiakalna Waga (niesystematyczna, leniwa, etc.). Zauroczenie wczesnym średniowieczem i magią polskich krajobrazów to efekt najpierw lektury Bunscha i Kraszewskiego, dzieł romantyków z „Balladyną” Słowackiego na czele, potem podróży po kraju (Gopło ma pod samym nosem). Pomysł na cykl opowiadań o wojowniku Strzygoni (drugie w cyklu – „Krew z krwi” – NF 10/2001) pojawił w głównej mierze na bazie tego zauroczenia, ale też w zwiazku z rozczarowaniem lekturą dzieł „mistrza polskiej fantasy” (choć przed sukcesem komercyjnym chylić trza głowę), a także z właściwej autorowi pychy i zarozumialstwa. „Za cenę najwyższą” jest czwartym epizodem. By zadość uczynić statystykom część pierwsza i trzecia jest wciąż „na warsztacie"…
Gatunekfantasy

Za cenę najwyższą... – część 1

1 2 3 6 »
Nagle płomień strzelił wyżej. Błysk odbił się od białych czaszek zwierzyny, zawieszonych na ścianach krytych barwnymi płótnami i wyprawionymi skórami. Zalśniły zimno ostrza mieczy, toporów i włóczni, żelazne umba owalnych tarczy. Porzucona broń walała się na podłodze. Na hakach wbitych w solidne drewniane słupy wspierające wysoki dach, wisiały kołczany pełne strzał i solidne połabskie łuki.

Sławomir Mrugowski

Za cenę najwyższą... – część 1

Nagle płomień strzelił wyżej. Błysk odbił się od białych czaszek zwierzyny, zawieszonych na ścianach krytych barwnymi płótnami i wyprawionymi skórami. Zalśniły zimno ostrza mieczy, toporów i włóczni, żelazne umba owalnych tarczy. Porzucona broń walała się na podłodze. Na hakach wbitych w solidne drewniane słupy wspierające wysoki dach, wisiały kołczany pełne strzał i solidne połabskie łuki.

Sławomir Mrugowski
‹Za cenę najwyższą...›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSławomir Mrugowski
TytułZa cenę najwyższą...
OpisAutor pisze o sobie:
Autor – nie mylić z Pisarz – to typowa zodiakalna Waga (niesystematyczna, leniwa, etc.). Zauroczenie wczesnym średniowieczem i magią polskich krajobrazów to efekt najpierw lektury Bunscha i Kraszewskiego, dzieł romantyków z „Balladyną” Słowackiego na czele, potem podróży po kraju (Gopło ma pod samym nosem). Pomysł na cykl opowiadań o wojowniku Strzygoni (drugie w cyklu – „Krew z krwi” – NF 10/2001) pojawił w głównej mierze na bazie tego zauroczenia, ale też w zwiazku z rozczarowaniem lekturą dzieł „mistrza polskiej fantasy” (choć przed sukcesem komercyjnym chylić trza głowę), a także z właściwej autorowi pychy i zarozumialstwa. „Za cenę najwyższą” jest czwartym epizodem. By zadość uczynić statystykom część pierwsza i trzecia jest wciąż „na warsztacie"…
Gatunekfantasy
I
Po święcie Jaryły ustały deszcze i z nieba spłynął żar. W borze wiał ciepły wiatr. Nagrzane, wilgotne powietrze pachniało ziołami i żywicą. Długie, kreśniowe dni tętniły życiem, brzmiały dźwiękami godów. Wiosna dojrzała w bogactwie barw i kształtów.
Rankiem niebo zapłonęło ognistą łuną. W lesie wiły się jeszcze mgły, ale wiatr rozgarniał tuman. Wydobywał z mlecznej zasłony obsypane świeżym listowiem leszczyny, przejrzyste kępy jasnych brzóz, splątane konary świerków i modrzewi. Pośród zielonej runi poszycia wiła się cienka nitka traktu.
Droga wyłaniała się z lasu wśród jarzębin, lebiody i czarnego bzu. Prowadziła w dół, ku rzece. Z krzaków rosnących na skraju boru dobiegało głośne ćwierkanie.
Stado wróbli zerwało się nagle. Zadudniła ziemia. Rozległ się plusk rozchlapywanych kałuż i parskanie koni. Krzyki poganiających odbiły się echem wśród drzew.
Zza krzewów galopem wyjechała dwójka konnych. Przed jeźdźcami teren opadał. Wstrzymali horze na skraju skarpy. Konie z rżeniem zaparły się w ziemię. Rozgrzebały kopytami ściółkę. Boki wierzchów parowały.
Starszy z mężczyzn zsunął się z grzbietu karej klaczy. Poprawił niedźwiedzie futro okrywające plecy i rozsznurował kubrak. Szeroka pierś zmoczona była od potu. Przy boku zwieszał się miecz w pochwie obciągniętej żmijową skórą.
Podszedł nad brzeg urwiska. W dole rozciągała się podmokła łozina. Sięgała aż do rzeki. Na surowej twarzy wojownika zagrały mięśnie. Był niespokojny.
– Grząsko… – spojrzał na chłopaka siedzącego na srokatym wierzchu.
Od ust młokosa unosiły się strzępki pary. Niedorostek drgnął. Odgarnął jasne włosy na kubrak z wilczych skór.
– Potopić się, czy wpaść w łapy radymirowym… Wszystko lepsze od chłopskiej pomsty – jego głos łamał się. Z głębi boru odezwały się krzyki.
– Chłopy za Noteć nie pójdą. Boją się wodników i topielic na bagnach… – Starszy otarł rosę z wąsów pod orlim nosem. – …A choćby i poszli… – w jego oczach błysnęły ogniki szaleństwa. Odruchowo sprawdził, jak miecz suwa się w jaszczurze. Podszedł do karej. Klacz zniżyła łeb i wyciągnęła szyję. Mężczyzna pogładził ją po chrapach.
– Każdy się boi, Wirgo. Każdy, kto tylko ma krztę wyobraźni.
Chłopak opuścił głowę.
– Widziałem konających na palu. Sterczeli tak całymi dniami… I zdychali opluci, bez stóp obżartych przez psy…
– Ja też czuję strach, ale ponad wszystko, do cholery, chcę przeżyć – starszy prychnął gniewnie. Odrzucił na plecy kasztanowe włosy z wplecionymi paciorkami. Z wymachu nogi wskoczył w siodło.
– Nienawidzą nas… Nienawidzą wszystkiego, co nie pasuje do ich świata, ale taka jest cena… – wychrypiał. Chwycił cugle i spiął konia. – …Cena za wolność. Najwyższa cena, arkończyku.
– Cena za gonitwę bez celu, Strzygonia… – wyszeptał pod nosem chłopak.
Ruszyli w dół piaszczystego zbocza. Zza pleców dochodziły już wyraźne wrzaski nagonki.
• • •
Po majowych ulewach rzeka rozlała się szeroko. Zatopiła część lasu. Pośród olszyn błyskały słoneczne refleksy odbite od tafli. Tam gdzie światło przedarło się przez korony, spływało kaskadami i grzało przyjemnie. Nad traktem drzewa tworzyły zielone sklepienie. W ich koronach śpiewały ptaki.
Mężczyźni ubłoceni byli po brzuchy. Za nimi zostało nadrzeczne bagnisko. Zmęczeni, jechali wolno. Zasadzkę dostrzegli z daleka.
Czekali na nich na rozstajach. Trzech zwalistych drągali grało w kości. Kłócili się głośno. Ich niewysokie, krępe konie pasły się opodal. Przy osiłkach wyglądały niczym wyrośnięte psy.
Czwarty, niewysoki chudzielec o zapadłej klatce, kimał siedząc na siwej chabecie. Obudzony odrzucił połę długiego płaszcza. Podniósł małą głowę wygoloną nad uszami. Jego twarz przecięta była źle zrośniętą blizną. Kiedy dostrzegł wojownika na karej klaczy, uśmiechnął się sztucznie.
Strzygonia wstrzymał horza niedaleko chudzielca i jego ludzi.
– Więc jednak… – szramiasty wsparł się na łęku zdobionym srebrnymi guzami. Wąskie barki zwęziły się jeszcze bardziej. Bufiaste ramiona kaftana opadły w okolice łokci. W fałdach znikł medalion ze znakiem ognia. – Wczoraj miałem sen, a dziś nieuchwytny Strzygonia w moich rękach. Radość widzieć, ale jak mówią – nosił strzyg razy kilka… – jego cienki głos lekko drżał. Uniósł brwi.
– Dobrze sprawili się kmiecie. Pognali cię jak prosię na rzeź. Jesteś ścigany, za krwawe rozboje i gwałty skazany na pal… Tyle szumu, aż bierze zazdrość. Obrosłeś legendą, najemniku. Żal, że tak się to skończy. Ciekawość, czy bardzo ci będzie do twarzy z drągiem w rzyci – chudzielec zarechotał nerwowo. Szybko spoważniał. – Za twoją głowę vlad Radymir daje majątek. Od zeszłej jesieni odbierasz mi sławę, ale szczęście dziś sprzyja mnie!
– Szczęście nie ma tu nic do rzeczy, Słowik – mruknął Strzygonia. Czuł jak krew żywiej zaczyna krążyć w żyłach. Słyszał jej szum. Przez ramię przebiegł dreszcz. Rozkoszował się tym. – A o swoją sławę możesz być spokojny. Sprzedałeś się tak tanio. Zawsze byłeś kanalią, a teraz nie warto na ciebie splunąć.
– No, no… – szramiasty zasapał się. Spurpurowiał. Krew nabiegła mu do twarzy i prawie trysnęła dziobami po ospie. – Działam w majestacie… – zachłysnął się – …Ja, kurwa, jestem prawem! – zapiszczał.
– Jesteś słaby – wycedził kasztanowłosy.
– Dość tego! Czas ci umierać, Strzygu… – Słowik zeskoczył z konia. Błoto chlapnęło spod chodaków zakończonych szykownymi czubami. Splamiło bufiaste zielonkawe hajdawery. Zadzwoniły stalowe guzy rapciów. Na nich przy kolanach zawisła sablja zakrzywiona niczym kosa.
– Momot, Gołot – krzyknął na swoich. – Wania!
Trzech drabów bez pośpiechu wyszło spomiędzy drzew. Strzygonia potrząsnął głową. Dwaj rudowłosi podobni byli do siebie jak krople wody. Ich chabrowe oczy nie pasowały do wrednych pysków. Trzeci, ze złamanym nosem przyklejonym do policzka, splunął w ręce i zdjął z pleców miecz sięgający mu do piersi.
– Złaź – pisnął wściekle Słowik.
– Poniechaj – mruknął kasztanowłosy. – Wiele zyskasz… Całe życie.
– Złaź mówię! – Chudzielec wrzał.
Strzygonia spojrzał z ukosa. – To twoje życie – zeskoczył z kulbaki. Pogładził klacz po chrapach. – Co dalej?
– No… – Jeden z bliźniaków siorbnął i podrapał się po łbie. – Jak zwyczajnie… – jego twarzą szarpał nerwowy tik.
– Brać go, kurwa! – krzyknął Słowik. Złość mieszała mu zmysły.
Pierwszy natarł ten ze złamanym nosem. Strzygonia klepnął horza. Stanął napastnikowi na drodze. Uchylił się w ostatniej chwili. Miecz Wani zaświstał koło ucha, rozrąbał spróchniały pień za plecami najemnika. Strzygonia uderzył pod żuchwę. W błoto spadła głowa osiłka odłączona od reszty krótkim cięciem. Bliźniacy spojrzeli na siebie.
– Zabił Waniuchę! – z niedowierzaniem jęknął rudzielec z tikiem. Słowik pobladł.
– Podwajam stawkę! Podwajam… – wrzasnął.
Momot westchnął. Skinął na brata.
Zaszli Strzygonię z dwóch stron. Uderzyli jednocześnie, prostacko i wolno. Kasztanowłosy sparował bez trudu, odkręcił się. Mógł ciąć w potylicę, ale nie chciał ich zabijać. Po chwili Gołot wypluwał zęby oparty o drzewo. Momot wił się ze złamaną piszczelą.
– No, Słowik, masz pecha… – Strzygonia ruszył w stronę szramiastego. – Czuć tu Kostuchą, ale to ci się chyba nie wyśniło. Żal, że tak się to skończy, bo chętnie bym zobaczył, czy do twarzy ci z palem w dupie… – stanął przed chudzielcem na długość miecza. – …I pieprzone szczęście nie ma do tego nic!
– Nuże… – watażka zrzucił płaszcz w błoto i sięgnął po sablję. Na czoło wystąpił mu pot. Zakręcił młyńca i przyjął postawę na ugiętych nogach. Oparł płaz o ramię wolnej ręki. Zatańczył w przyklęku i ciął jadowicie na podbrzusze.
Strzygonia z trudem odbił zastawą. Uderzył pod pachę. Miecz musnął odzienie Słowika. Ześlizgnął się po medalionie. Kasztanowłosy cofnął się i ugiął kolana. Prawie upadł potykając się o trupa Wani. Zachwianie uratowało mu życie. Sablja szramiastego przecięła powietrze o cal od gardła. Chudzielec spojrzał na miecz tkwiący w jego piersi. Z wyrazem zdziwienia spłynął w błoto.
– Niespecjalnie się narobiłeś – westchnął najemnik. Z wyrzutem spojrzał na Wirgo. Arkończyk pociągnął nosem.
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ballada o złych kobietach
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.