Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Sławomir Mrugowski
‹Za cenę najwyższą...›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSławomir Mrugowski
TytułZa cenę najwyższą...
OpisAutor pisze o sobie:
Autor – nie mylić z Pisarz – to typowa zodiakalna Waga (niesystematyczna, leniwa, etc.). Zauroczenie wczesnym średniowieczem i magią polskich krajobrazów to efekt najpierw lektury Bunscha i Kraszewskiego, dzieł romantyków z „Balladyną” Słowackiego na czele, potem podróży po kraju (Gopło ma pod samym nosem). Pomysł na cykl opowiadań o wojowniku Strzygoni (drugie w cyklu – „Krew z krwi” – NF 10/2001) pojawił w głównej mierze na bazie tego zauroczenia, ale też w zwiazku z rozczarowaniem lekturą dzieł „mistrza polskiej fantasy” (choć przed sukcesem komercyjnym chylić trza głowę), a także z właściwej autorowi pychy i zarozumialstwa. „Za cenę najwyższą” jest czwartym epizodem. By zadość uczynić statystykom część pierwsza i trzecia jest wciąż „na warsztacie"…
Gatunekfantasy

Za cenę najwyższą... – część 1

« 1 2 3 4 6 »

Sławomir Mrugowski

Za cenę najwyższą... – część 1

Kasztanowłosy przygniótł nogą ścierwo Słowika i wyszarpnął miecz. Chwycił trupa za włosy i dociągnął do pniaka leżącego przy drodze. Chłopak spojrzał z odrazą.
– Zarabiam na pieprzone życie – mruknął wojownik wyprzedzając pytanie i odrąbał Słowikowi głowę. Poniósł ją do konia. Ten parsknął i odwrócił łeb. Strzygonia wyjął z juków parciany wór i wrzucił krwawy czerep. Pakunek przywiązał do innych.
II
Zabłocone koziegłowskie uliczki pustoszały po targu. Ostatni kupcy ładowali wozy. Dzieciaki biegały z piskiem. Kradły, co się jeszcze dało. We wsi trzaskały zamykane okiennice. Od karczmy dobiegał huk.
Dźwięki bębnów, piszczałek i gęśli splatały się z przekleństwami. Pod zamtuzem klął pijany drwal. Dyszlem walił kowala po łbie. Stajenni biegali jak poparzeni. Unikali fruwającego drąga i hałastry bez grosza.
Przed furtę stodoły zajechali dwaj konni. Jeden na plecy narzucone miał niedźwiedzie futro. Jego kasztanowe włosy z nanizanymi paciorkami zasłaniały twarz o ostrych rysach i orlim nosie. Wiechcie pozlepianych wąsów opadały na brodę zarośniętą szczeciną.
Drugi nosił szubę z wilczych skór sięgającą ud. Kubrak ściągnięty był grubym pasem ze srebrnymi guzami.
– Ile za oporządzenie? – starszy zeskoczył z kulbaki. Chwycił sługę za giezło.
– Oj… puśćcie pane… Ociec skórę złoją!
– Zajmiesz się końmi, wyczyścisz i obroku dasz.
– Aleć…
– Zamilcz! – podciągnął chłopaka w górę. Spojrzeli sobie w oczy. Dzieciak zamarł na widok szpetnej gęby nieznajomego.
– Zrobię co chcecie, tylko puśćcie… – wybąkał.
Mężczyzna postawił pachołka. Rzucił mieszek. – Starczy?
Stajenny chwycił w locie. Wyjął spory bursztyn.
– Starczy pane, oj starczy. Nie spuszczę koni z oka i do najlepszej zagrody dam.
– Wiem – nieznajomy i jego towarzysz szli już w stronę karczmy. Przystanęli przed samymi wrotami.
Na dębowych drzwiach przybita była deska z niedbale nagryzmoloną zębatą bestią i upiorem upaćkanym wapnem. Pod postaciami wyskrobano coś na kształt góry złota. Żółcie z kłączy kosaćca mocno już wypłowiały.
– To niby o nas?! – młodzik w wilczej szubie napluł na deskę.
– Myślisz, że poznają? – parsknął starszy i pchnął wierzeje. Weszli do oberży.
Huk i smród uderzyły równocześnie. W środku muzyka zagłuszała rozmowy. Mówiący przekrzykiwali muzykę. Piersiaste karczmarki nosiły trunki trzymając kufle nad głowami. Przepychały się z wrzaskiem. Podpici goście pchali łapy do wdzięków. W zaduchu łatwo było zemdleć, jeszcze łatwiej znaleźć zaczepkę.
Mężczyźni przedarli się do najbliższego stołu. Jeden z siedzących spłynął pod ławę. Zrobiło się miejsce.
Przed ich oczami pojawiły się piersi z trudem przytrzymywane przez gorset, nalana twarz dziewki i na końcu garnce obciekające pianą. Kasztanowłosy wsadził sztukę srebra między cycki. Pucołowata twarz schyliła się do jego ucha.
– Przyjdę tu jeszcze… – usłyszał.
– Przyjdź – szepnął nie odrywając wzroku od dekoltu. Kiedy dziewka zamiatając spódnicą zniknęła w tłumie, spojrzał na tańczących.
Pośrodku sali fruwały kolorowe wstążki. Ponad głowami wirowały chustki i warkocze. Pisk podrzucanych panien wplatał się w jazgot kapeli. Dziewki podnosiły w pląsach giezła. Odsłaniały nogi i inne cuda. Strzygonia poczuł ciepło rozlewające się po ciele. Spojrzał na młodzika. W oczach Wirgo błyskały iskry. Ciężko było mu usiedzieć. Nogą wybijał rytm skocznego oberka.
Pary wirowały w opętaniu. Sikorki wieszały się na szyjach chłopców. Szczególnie dokazywał jeden. Wszystkie były mu chętne. Wołały: Grabczyku to, Grabczyku tamto. Młodzik za każdym razem wracał do dziewki o długich, prostych, ryżych włosach. Ta zwinnością przyćmiewała inne. Śmiała się szczerze pokazując białe zęby. Miała piękną twarz o miękkich rysach i niewiarygodnie dużych, czarnych oczach. Niesforne rude kosmyki spadały jej na twarz. Odgarniała je ruchem szczupłej dłoni o smukłych palcach. Robiła to z naturalnym, zbyt naturalnym wdziękiem, czarująco obojętnie, od niechcenia.
– W czepku urodzony, co…?! – chrząknął łysy pijaczyna siedzący naprzeciw. Po bosych nogach Strzygonia rozpoznał w nim szewca. Najemnik westchnął. Popił chłodnego piwa i starł pianę z wąsów. Wirgo poczerwieniał. Wzrokiem wodził za ryżą.
– Idę – nie wytrzymał. Spojrzał na Strzygonię.
– Ja zadbam o interesy – odpowiedział kasztanowłosy. Dopił z garnca. Wzrokiem poszukał w tłumie. Wreszcie uśmiechnął się. Ruszył w stronę ławy stojącej w kącie oberży.
• • •
Dębowy stół zastawiony był żarciem. Grubas o czerwonej nalanej twarzy chrząkał i rechotał. Spocone, rzadkie włosy zgarnięte znad uszu oblepiały łysinę. Na jego kolanach siedziała korpulentna dziewka. Obejmowała go gołym ramieniem i śmiała się wniebogłosy. Broniła się przed ręką zmierzającą pod spódnicę. Po kolejnej nieudanej próbie, tłuścioch chwycił za dzban. Uniósł go do ust. Gdy otworzył małe, świńskie oczka, zachłysnął się. Kaszląc, prawie wypluł płuca. Jego gęba nagle zbladła. Z rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w mężczyznę stojącego po drugiej stronie blatu.
– Strzygonia… na wszystkie diabły… – wyjąkał podnosząc krzaczaste brwi. – Ty tutaj?! – zaskoczenie mieszało się na jego twarzy z przerażeniem. Odepchnął białkę. – Precz!
Dziewka fukając zawinęła spódnicą. Grubas wskazał miejsce. Nachylił się nad drewnianą misą wypełnioną włochatą golonką. – Jesteś ścigany… – szepnął zasłaniając usta pulchną dłonią ozdobioną sporymi pierścieniami.
– To nie ja, Mamlicz… – kasztanowłosy uśmiechnął się. – Przecież nie mam gęby napakowanej zębami jak dratwy – dodał. – Komu kazałeś malować takie głupoty?!
– Ja nie… – zająknął się tłuścioch.
– Przyjeżdżam w odwiedziny – Strzygonia spoważniał. – Jesteś mi coś winien.
– No… – Mamlicz zmarszczył idealnie wygolone fałdy.
– Poza kilkoma starymi długami, zalegasz mi za sprzątnięcie Słowika.
Grubas nadął się i zbladł jeszcze bardziej. Na jego czole zalśniły kropelki potu. Palcami zaczął uderzać o blat.
– On… nie żyje?! – wybąkał osłupiały.
– Mogłeś nasłać kogoś lepszego. Poczułbym się doceniony… – nie spuszczając wzroku z Mamlicza odwiązał od pasa worek. Rzucił w jego ręce.
– Tylko nie trać głowy – najemnik parsknął i przystawił sobie misę z golonką przyprawioną ziołami i czosnkiem. Chwilę jadł.
Grubas krzyknął, gdy spojrzał w puste oczy Słowika. Wstrząsnął się i z odrazą odrzucił wór w ciemny kąt. Zaczął drżeć.
Strzygonia otarł tłuszcz z wąsów. – Do rzeczy – rzekł zimno. – Płać.
– Ledwo przyjechałeś… – Mamlicz ciężko łapał oddech. – Teraz nie śmierdzę groszem…
Strzygonia parsknął. – Gdyby od łgania rósł kutas, mógłbyś podpierać dach w tym chlewie – czknął. – Był jeden… Też nie chciał płacić. Spotkałem go w szopie dyndającego na postronku. Wolał to, niż spotkanie ze mną. Potem sprzedałem jego żonę. Krasawicą nie była, ale do zamtuza jak ulał. Przy okazji spełniłem dobry uczynek, bo jak by się utrzymała bez chłopa. A tam wikt, opierunek, towarzystwo… Przy okazji, jak zdrowie małżonki i córek? Słyszałem, że ładne… córki oczywiście.
Mamlicz pospiesznie otarł pot z grubego karku. Zakaszlał. Nerwowo zezował na boki. – Nie… nie rozumiem… – Zatrząsł się.
– Czego, do cholery, nie rozumiesz? – kasztanowłosy zmrużył oczy. Napięte mięśnie wyostrzyły rysy. Pochylił się nad stołem. Kosmyki z nanizanymi paciorkami nasunęły się na czoło. W ich cieniu twarz wyglądała upiornie. Strzygonia wiedział, że to działa. – To proste. Pozbawiłem cię problemu. Pospolitowałeś się z takim łachudrą Słowikiem, a doszło do mnie, że zaszedłeś wysoko.
– Owszem – Mamlicz wyprostował się. Drżącą dłonią ozdobioną pierścieniami pogładził atłasowy dublet i płaszcz podbity futrem.
– Zostałem wybrany w wolnych wyborach… – chrząknął. – Chcieli w Koziegłowach wójta, mają, na jakiego zasłużyli. Ludziom potrzebna jest nadzieja, a ja wiem jak ten towar sprzedawać. Zamiast szlajać się po traktach, pracuję umysłem.
– I w pocie czoła pierdzisz w stołek, rozumiem. Mimo wszystko lepiej było ci zostać handlarzem – Strzygonia podłubał paznokciem w zębach. – Byłeś małą kanalią. Władza deprawuje. Teraz stałeś się wielką. Wielu posłuchałoby o twojej przeszłości…
« 1 2 3 4 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ballada o złych kobietach
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.