Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Sławomir Mrugowski
‹Za cenę najwyższą...›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSławomir Mrugowski
TytułZa cenę najwyższą...
OpisAutor pisze o sobie:
Autor – nie mylić z Pisarz – to typowa zodiakalna Waga (niesystematyczna, leniwa, etc.). Zauroczenie wczesnym średniowieczem i magią polskich krajobrazów to efekt najpierw lektury Bunscha i Kraszewskiego, dzieł romantyków z „Balladyną” Słowackiego na czele, potem podróży po kraju (Gopło ma pod samym nosem). Pomysł na cykl opowiadań o wojowniku Strzygoni (drugie w cyklu – „Krew z krwi” – NF 10/2001) pojawił w głównej mierze na bazie tego zauroczenia, ale też w zwiazku z rozczarowaniem lekturą dzieł „mistrza polskiej fantasy” (choć przed sukcesem komercyjnym chylić trza głowę), a także z właściwej autorowi pychy i zarozumialstwa. „Za cenę najwyższą” jest czwartym epizodem. By zadość uczynić statystykom część pierwsza i trzecia jest wciąż „na warsztacie"…
Gatunekfantasy

Za cenę najwyższą... – część 1

« 1 2 3 4 5 6 »

Sławomir Mrugowski

Za cenę najwyższą... – część 1

– Ja… ja… musze dbać o reputację… – wójt wytrzeszczył oczy. – …Na moim stanowisku.
– Wszystko ma swoją cenę… czasem wysoką. Płać i rozejdźmy się.
– Zabiłeś Słowika… – Mamlicz opanował wreszcie emocje.- …zajmij jego miejsce. Zarobisz więcej… – Uśmiechnął się podle. – I nie zapominaj, ty też jesteś mi winien niemało. To ja przygarnąłem cię, zasmarkanego szczeniaka, wygłodzonego, bez domu i bliskich… – dodał rozpierając się na ławie.
– Cena była wysoka, ale ją zapłaciłem. Nigdy potem nie miałem tyle krwi na rękach…
– O, miałeś szczególny talent.
– Jesteś sentymentalny, grubasie. Minęło tyle lat, a ty znów rzucasz mi kość, jak kiedyś… – Strzygonia odgarnął włosy na plecy, na kurtę szytą rzemieniem i niedźwiedzie czarne futro. – …Ale dziś ten gnat brzydko mi pachnie.
– Jak śmiesz! – warknął tłuścioch. Wstał szybciej, niż można by ocenić po tuszy. Chwycił nóż upaćkany sadłem. Po chwili nurzał się twarzą w drewnianej misie z ochłapami golonki. – Pomocy! – zajęczał wgnieciony w resztę gotowanej, świńskiej skóry.
Nie posłuchał go nikt. Uwaga wszystkich skierowała się w stronę przestrzeni, gdzie jeszcze przed chwilą odbywały się tańce. Dobiegał stamtąd wrzask.
– Mógłbym wypatroszyć cię jak karasia… – syknął najemnik. Trzymał Mamlicza za kark. Przyłożył nóż do jego szyi. Od grubasa zaleciało uryną. – …Ale znam cię lepiej, niż ktokolwiek. Za sprzątanie takich kanalii płacą mi najwięcej. Muszę dbać o robotę. Poczekam – przejechał ostrzem po policzku leżącego. Ten jęknął. Zalał się krwią. – To, żebyś o mnie nie zapomniał… I o niczym, co było – rzucił Mamlicza na ławę. Wmieszał się w tłum.
• • •
Po podwyższeniu dla kapeli ganiali przerażeni grajkowie. Zbierali walające się instrumenty i niedopite garnce. Chłopcy uspakajali co ładniejsze panny. Na deskach leżał Grabiec. Twarz umazaną od krwi obmywały mu trzy białki. Jego nos przelatywał z policzka na policzek.
Strzygonia przepchał się w pobliże. Wzrokiem szukał Wirgo. Nie znalazł. Nigdzie nie zobaczył też rudej tancerki. Zanim zdążył zakląć, drzwi jednej z komór otworzyły się z trzaskiem. Wyleciał z nich chudy karczmarz żydowina.
– Ludziska ratujcie…! Czarownica! – Oberżysta szarpał się za pejsy. Na jego zbielałej twarzy malowało się przerażenie. Wokół niego frunęły garnce i kamienne słoje. Nagle z trzaskiem runęły na dębową podłogę. Gdy wpadł w tłum, wskazał paluchem czarną jamę składziku. Ludzie w pośpiechu odsunęli się od wejścia.
– A ma tam kurzajkę? – rzeczowo spytał szewc. Ledwo trzymał się na bosych nogach. Gładząc się po łysinie, chwiejnym krokiem ruszył do komory. – Mam takie jedno życzenie…
Nie zdążył wejść. Grzmotnęło, błysnęło i zaśmierdziało spalenizną. Śmiałek z ogniem na wysokości pasa przeleciał przez izbę jak kometa. Włosów nie miał już nigdzie. Zniknął za drzwiami. W ciszy, jaka zapadła, słychać było plusk wody i jęk ulgi. Sprawa była jasna. Chłopi rzucili się po ławy.
– Weźmiem ją z dwóch stron! – część ruszyła do wyjścia. W ruch poszły widły, cepy i sztachety z płotów. Zamtuz został otoczony. Za późno. Otwarte okiennice piszczały na wietrze.
– Do stodoły! Polecieli do stodoły! – krzyczał stajenny.
– Oni?! – Strzygonia chwycił go za łachy. Pacholik oprzytomniał.
– Jest z nią kompan waszeci… – wyjąkał.
• • •
– Podpalim stsechę. Sama wylezie – po bójce z drwalem kowalowi brakło paru zębów.
– Prawie gada! – poparł go drwal. Trzymał w ręku resztę połamanego dyszla.
Grabiec pocieszany przez trzy dziewki wykrzykiwał coś niezrozumiale. Kowal wyrwał z jego ręki pochodnię. Razem z drwalem rzucili się ku ciemnej ścianie budynku.
– Stać, stać! – zaprotestował karczmarz, chudy jak tyczka żyd, właściciel składu. – Toż klątwa na wieś padnie i wrzody, i mór, i… – groźby nie działały. – …niemoc do dziewek, słabość w piciu – dodał jednym tchem. Stanęli.
– No… – żydowina odetchnął z ulgą. – Przemyślmy inne rozwiązania.
Przed tłum wyszedł mężczyzna. Zawinięty był w czarny płaszcz spięty na ramieniu fibulą. Jedno oko przesłonięte miał opaską. Bez słowa ruszył w stronę wejścia do stodoły. Spod płaszcza wydobył miecz. Wokół ucichło.
Zanim dotarł do wrót, te uchyliły się. Przed składem stanął jasnowłosy młodzik w kubraku z wilczych skór.
– Odstąp – rzekł krótko jednooki.
– Nie mogę… – szepnął Wirgo. Natarł pierwszy. Zabrzęczała stal.
Mężczyzna w czarnym płaszczu wyraźnie przeważał. Uderzenie z góry przyjął na płaz. Przeniósł ciężar ciała i jelcem zblokował brzeszczot chłopaka. Szarpnął wytrącając broń z jego ręki. Pchnął Wirgo barkiem. Młodzik z jękiem padł w błoto. Zaczął czołgać się w stronę miecza. Jednooki rzucił się za nim.
– Stój! – smukły, barczysty mężczyzna o kasztanowych włosach z nanizanymi paciorkami zasłonił młokosa. Wojownik w ręku trzymał błyszczące żelazo. – To mój chłopak… – wychrypiał.
– Musi umrzeć. Dotknęła go.
– Kim jesteś?! – Strzygonia ściągnął brwi.
– Służę Radymirowi, nazywają mnie Geron…
– Nie mam do ciebie nic, Gero, ale chłopak jest mój – chwilę patrzyli sobie w oczy. Obaj wiedzieli, co musi być dalej. Zanim się zwarli, na plac przed karczmą wjechał oddział zbrojnych.
– Tu jest! Tu! – krzyczał wójt Mamlicz. Przy policzku trzymał okrwawiony strzęp sukna. – Strzyg przebrzydły, odmieniec podłota! – wrzeszczał grubas. Konni wpadli w tłum.
Najemnik przeklął. Spojrzał na jednookiego. Ten odwrócił się w stronę nadjeżdżających. Kasztanowłosy chwycił Wirgo. Rzucili się do stodoły.
Zamknęli wrota kiedy pierwszy z jeźdźców uderzył w nie z zewnątrz.
• • •
W środku było ciemno, że oczy wykol. Po chwili wzrok Strzygoni przywykł. Wojownik rozejrzał się. Grube słupy podpierały spadzisty dach. Między nimi zalegał zapas zeszłorocznej słomy. Przez środek składu prowadził wolny pas z ubitej gliny. Na polepie, u stóp rudowłosej leżał Wirgo.
– Co dalej?! – krzyknął w jego stronę najemnik. Był wściekły. – Może coś wymyślisz…! Albo ta ruda wywłoka! Podobno jest wiedźmą!
– Ona… – chłopak drżał. – Ty nie wiesz…
Ryża podniosła oczy. Czarne źrenice zalśniły w mroku, jakby przejrzały się w nich gwiazdy. Kasztanowłosy uległ głosom. Kiedy ich wzrok spotkał się, Strzygonia syknął z bólu. Dłońmi chwycił głowę. Wewnątrz wysoki jęk rozdarł świadomość, niczym żelazna dratwa ukłuł i okaleczył. Czarownica otworzyła usta w uśmiechu. Pod pełnymi, karminowymi wargami o kształcie pozornie harmonijnym, a jednak w swym wyrazie niepokojącym, zalśniły zęby drobne i białe jak u dziecka. Nie powiedziała nic, ale w głowie najemnika pojawiły się słowa, szeptane, wykrzykiwane, powtarzające się, jednako niezrozumiałe, zniewalające.
We wrota uderzyły siekiery. Blask pochodni wpadł przez szczeliny. Krwawa poświata zagrała na pociągłej kobiecej twarzy o delikatnych rysach, krótkim, zadartym nosie i lekko zarysowanej brodzie. Światło płomieni odbiło się od jej idealnie gładkiej skóry, ogień zatańczył w czarnych źrenicach wielkich oczu. Ich spojrzenie było zimne i przeszywające. Brwi o falistej linii rozstawione szeroko uniosły się, a ich wygięte łuki wzmocniły wyraz siły, władczej natury, determinacji, nawet okrucieństwa, bijące z całej postaci.
Charakternica nie przestawała uśmiechać się, kiedy wdarła się w myśli. Wypełniła je ciepłym światłem kaganka, wonią bursztynowego dymu, czarownym szeptem spełnienia. Strzygonia dostrzegł tam siebie, z przeszłości, z przyszłości. Oczarowany, szukał w głębi tych oczu odpowiedzi. Odpowiedzi na tak wiele pytań. Zapomniał o złości. W jednej chwili ból w skroniach minął, rozdrażnienie spłynęło jak rosa. Poczuł zniewalające ciepło rozchodzące się po ciele, żądło ociekające jadem wbijające się w myśli, coraz głębiej. Białka olśniła go niezwykłą, drapieżną urodą. Czuł jak kropelki potu spływają mu po rozpalonej twarzy, jak gorętwa falą spływa w dół, ku lędźwiom przeradzając się w dziką żądzę. Westchnął zamykając oczy. Wrażenie prysło.
« 1 2 3 4 5 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ballada o złych kobietach
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.