Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Zapart
‹Pisarz›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Zapart
TytułPisarz
OpisRocznik ’85. Z wykształcenia oraz pasji psycholożka i psychoterapeutka. Fantastykę czytuje jako przyjemną przeciwwagę dla literatury fachowej. Od 13. roku życia pisze dzienniki, w teorii mające porządkować myśli, z praktyką bywa różnie. W pisaniu prozy nie byłaby sobą, gdyby temat choć trochę nie zahaczał o sferę ludzkich dramatów. Członkini Sekcji Literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki.
Gatunekobyczajowa

Pisarz

« 1 6 7 8
– Pani doktor, ja nie mogę tego dłużej wytrzymać – powiedział do telefonu, leżąc już w łóżku. – Jak mam jutro iść do Silesii na ostatnie spotkanie autorskie i robić swoje, skoro nawet mój kot mnie unika?
– Słyszę, że coś ci dolega – w słuchawce chrypiał nieco zaspany głos starszej kobiety – ale co mam zrobić? Nawet nie powiedziałeś dokładnie, co się stało.
– Kiedy nie wiem… – Piotr czuł się jak dziecko oskarżone o symulowanie bólu brzucha przed klasówką. – Wszystko zaczęło się po tym, jak spotkałem się z tym chłopakiem. Tym, o którym pani opowiadałem. On jest chory, bardzo poważnie chory. Nienormalny wręcz.… Myśli, że żyje w świecie moich książek, i zachowuje się przerażająco. Pani doktor, nie wiem, czy to ma coś wspólnego z moim samopoczuciem, ale naprawdę nie mogę już tak dłużej funkcjonować.
– Rozpoznajesz tego chłopaka? Przypomina ci kogoś?
– Nie wiem… Nie mogę myśleć… Nic skojarzyć. Nie mogę pisać! – Głos mężczyzny zaczynał się łamać. – Jakbym układał wybrakowane puzzle, nie mając pojęcia, co ma z nich powstać…
W słuchawce zapadło milczenie.
– Proszę mi pomóc…
– Piotrze. – Doktor Arnika podjęła tym samym pełnym smutku i troski tonem, którym przemawiała ostatnio. – Rozumiem, że się kompletnie zagubiłeś, jednak na antydepresanty jest jeszcze za wcześnie, może…
– Antydepresanty?! Myśli pani, że mam depresję?! A niby czemu miałbym ją mieć?!
– Nie twierdzę, że masz depresję – ciągnęła cierpliwie. – Jednak dzieje się z tobą coś niedobrego, więc może rozważysz spotkanie ze specjalistą?
– Najpierw antydepresanty, a teraz wysyła mnie pani do lekarza od czubków?! – Piotr tracił nad sobą panowanie. – Z czym tym razem według pani mam problem?!
– Nie myślałam o psychiatrze, ale nieważne – westchnęła. – Weź podwójną dawkę tych leków, które ci ostatnio przepisałam, spróbuj się wyspać porządnie przed jutrem, a w poniedziałek się spotkamy i porozmawiamy.
– Dobrze, dobranoc – burknął niemal obrażony.
Specjalista. Nie psychiatra! Może psycholog? Taaak, już on widzi siebie leżącego na kozetce i streszczającego wspomnienia z dzieciństwa, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie i mogło w czymkolwiek pomóc. Pomaganie przez gadanie. Bzdury. Naprawdę musi zmienić lekarza…
Wziął jednak zalecaną ilość pigułek, po których zasnął twardym, pozbawionym marzeń snem.
Następnego dnia postanowił za wszelką cenę udowodnić sobie i światu, że wszystko z nim w porządku. Poranek zaczął od ćwiczeń i energicznego spaceru wokół Maroka, dość dużego stawu znajdującego się na obrzeżach osiedla Tysiąclecia. Miejsce to, zwykle pełne wędkarzy, spacerowiczów czy biegaczy, tym razem było nad wyraz spokojne. Ciszę mąciła tylko mnogość wodnego ptactwa, które co rusz podrywało się do lotu, burzyło iskrzącą w porannym słońcem wodę, szeleściło w szuwarach bądź nawoływało się wzajemnie. Ciepłe powietrze szumiało w nadbrzeżnych wierzbach, przynosząc pisarzowi spokój i rozluźnienie. Przysiadłszy na ławce, zapomniał na chwilę, że znajduje się w centrum dużego śląskiego miasta. Byle nie myśleć… Nie zastanawiać się… Nie wspominać… Spokój… Spokój, porządek, teraźniejszość… Kontrola… Wszystko jest pod kontrolą, a ostatnie dni to zły sen, z którego właśnie się budził. Nareszcie…
W takim wymuszonym, ale jednak stabilnym nastroju upłynęła mu reszta dnia aż do godziny osiemnastej, gdy udał się do największego mallu handlowego na Śląsku. Dwupoziomowy Empik nie był w stanie pomieścić wszystkich chcących spotkać pisarza. Spora część tego tłumu to byli dawni znajomi, jeszcze z czasów, gdy Piotr aktywnie udzielał się w Śląskim Klubie Fantastyki. Spotkanie prowadził jeden z nich.
– Dobra, wszyscy już wiedzą wszystko o Semper Verum. Powiedz nam lepiej, co teraz?
– Toś mi zabił ćwieka, Heniu – żachnął się Piotr. – Tak całkiem to nie wiem…
– Ej no, weź nam tu nie kokietuj publiki! Zobacz, ilu ludzi się tu tłoczy z twojego powodu, mógłbyś im to jakoś wynagrodzić.
– No dobrze, mam taki jeden pomysł… – Zaczął opowiadać, a niezliczone pary uszu chłonęły każde słowo.
Nagle uwagę Piotra zwróciło poruszenie, które nie miało nic wspólnego z jego przemową. Gwar narastał, jedni przekazywali coś innym na ucho, odwracali się za siebie, stojący najbliżej schodów próbowali to przesunąć się w głąb sklepu, to znów zejść na parter. Wtem na piętro księgarni zaczęło przepychać się dwóch policjantów.
– Pan Piotr Bicz? – zapytał jeden z nich, podchodząc bliżej.
– Tak, to ja… – Piotra przeszył znajomy lodowaty dreszcz.
– Pan niezwłocznie pójdzie z nami na dach.
• • •
Nie udało mi się uciec przed przeszłością. Kiedy odebrałam telefon z Polski z informacją o śmierci mojej mamy, w pierwszym momencie nie poczułam nic. Natomiast gdy dowiedziałam się, że mój brat dalej choruje, jest ubezwłasnowolniony i jako jedyna żyjąca rodzina jestem typowana przez sąd na jego opiekuna prawnego, wszystko wróciło. Poczucie przytłoczenia, ogromny smutek i jeszcze większa złość. Na moją mamę za te wszystkie lata, kiedy starałam się pomagać, jak tylko mogłam, wspierać ją, zderzając się bezustannie ze ścianą jej rozpaczy. Czegokolwiek bym nie zrobiła, i tak nie pomagało. W końcu, przełykając gorzki smak utraconej nadziei, już tylko patrzyłam, jak matka umiera za życia. Patrzyłam też, jak zabiera w szaleństwo mojego brata.
Gdy wyjeżdżałam, miałam poczucie winy, że ich zostawiam, owszem, ale przede wszystkim byłam wściekła i ta wściekłość pomogła mi się wyzwolić.
Było tak wtedy, a także teraz, kiedy dostałam informację o tym, co się stało w Polsce. Powiedziałam tej kobiecie z sądu, że nie mam zamiaru nigdzie wracać i nikim się opiekować, ale poinformowałam ją też, że mój brat ma jeszcze ojca, który żyje i ma się nadzwyczaj dobrze, więc niech on się w końcu zajmie swoim dzieckiem.
Można powiedzieć, że to była zemsta. Gdybym miała pojęcie, że sprawy mogą się potoczyć tak, jak się potoczyły, w życiu bym tego tak nie zostawiła.
• • •
Boże, co on zrobił? Zabił go. Zabił. Mógł coś z tym zrobić, mógł go rozpoznać. Przecież cały czas wiedział, że on kogoś mu przypomina. Z kimś się kojarzy. Chłopak był chory. Bardzo chory. Tak jak ojciec Piotra…
Dominika Bicza przewieziono do szpitala zaraz po tym, jak rzucił się z dachu Silesii, krzycząc, że potrafi latać. Schizofrenia. Tak orzekli lekarze po rozmowie z Piotrem, gdy w dzień po zdarzeniu próbowano ustalić motywy próby samobójczej. Schizofrenia… To słowo odblokowało wreszcie wulkan wspomnień, które zalały Piotra, otwierając na nowo bardzo stare i bolesne rany.
Powróciło zagubienie, jakie odczuwał, słuchając historii nieprawdopodobnych, a jednocześnie opowiadanych przez ojca z takim przekonaniem, że Piotr tracił poczucie rzeczywistości. Powróciły żal i tęsknota, gdy ojciec, zapadając się w sobie, przez całe tygodnie siedział lub leżał nieruchomo, wpatrzony w jeden punkt, podobny bardziej do manekina niż do człowieka. Powrócił wreszcie ogromny wstyd, jaki czuł mały Piotr, gdy ojciec biegał po mieście, wykrzykując coś o aniołach, uzdrowicielach, zaczepiając przechodniów, zatrzymując samochody. Wstyd był chyba najgorszy. Piotr wolałby, żeby jego ojciec pił. To przynajmniej było normalne. Większość ojców jego kolegów piła i biła swoje dzieci. Ale jego ojciec kochał. Bardzo mocno kochał swoją nieprzejednaną, chorą miłością, wlewając w duszę chłopca lęk, że kiedyś stanie się taki jak on. I jakby tego było mało, matka Piotra, nie mając pożytku z chorego męża, całą swoją miłość, uwielbienie oraz wszystkie oczekiwania przelała na jedynego syna. Miał być doskonały i robić wielkie rzeczy. Dla niej. Żeby go kochała i mogła być z niego dumna.
Wszystkie te uczucia, myśli i wspomnienia trawiły wnętrze Piotra niczym kwas. Siedział półprzytomny z bólu przy łóżku, na którym umierał jego syn. Dominik nie leżał już nawet na oddziale intensywnej terapii. Nie miał żadnych szans. Jego śmierć była tylko kwestią godzin, góra doby. Morfina w kroplówce sączyła się miarowo, a monitor pracy serca wydawał słabe pikanie, które w pewnym momencie przerodziło się w przejmujący pisk. Dźwięk wyrwał Piotra z letargu. Zerknął na wyświetlacz pewien, że już po wszystkim, gdy nagle płaska kreska znów zaczęła rytmicznie podskakiwać. Dominik poruszył się. Po dłuższej chwili otworzył oczy i spojrzał na mężczyznę.
– Nie udało mi się… – wyszeptał tak cicho, że Piotr musiał się nachylić. – Pomyliłem się.
– Chłopcze… – Płacz wiązł pisarzowi w gardle. – Coś ty zrobił?
– Chciałem… Chciałem udowodnić… – Głos chłopaka brzmiał jak cichy szum wydobywający się z głębi studni – …że należę do Trzynastki… Wszechwiedzący pokazał mi drogę do mojego ojca….
– Ja jestem twoim ojcem – wykrztusił Piotr, a po jego policzkach polały się łzy.
Dominik uśmiechnął się słabo.
– Dziękuję panu, wiem, że chciał pan dobrze i dalej chce… Ale ja już wszystko wiem.
Piotr patrzył na młodego mężczyznę nierozumiejącym wzrokiem. Nie przychodziły mu do głowy żadne słowa, więc Dominik podjął:
– Zostałem przyjęty do Trzynastki w miejsce Arlekina… Latać nie umiem, ale mam swój pierwszy dar… – Poruszył ręką, jakby chciał sięgnąć po dłoń starszego mężczyzny. Tamten odpowiedział na gest. – Niech pan się nie martwi… Gdyby nie pan, nigdy nie byłbym gotowy uwierzyć w prawdę.
– Ale… Dominiku, to ja. Naprawdę…
Chłopak już go nie słyszał. Przymknął oczy, jego dłoń zwiotczała, a aparatura znowu zaczęła wydawać z siebie przenikliwe, jednostajne piszczenie.
Pisarz siedział jeszcze chwilę, oszołomiony, po czym nagle poderwał się i ruszył ku wyjściu. Stała w nim dość tęga młoda kobieta z krótko ostrzyżonymi włosami, której twarz wydała mu się niepokojąco znajoma. Ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund i wtedy zrozumiał, na kogo patrzy. Zatrzymał się i już miał otworzyć usta, gdy kolejna fala rozpaczy targnęła jego ciałem. Rozszlochawszy się jak mały chłopiec, czym prędzej minął dziewczynę i pobiegł wzdłuż korytarza, nie oglądając się za siebie.
Nie… Za wiele… Tego już nie udźwignie! Po prostu nie…
• • •
Nie wiedziałam, co mam myśleć, kiedy zobaczyłam ojca pochylającego się nad moim umierającym bratem. To wszystko wydało mi się tak niesprawiedliwe, tak bardzo bezsensowne. Taka głupia śmierć, takie durne życie.
Wychodząc ze szpitalnej sali, ojciec mnie poznał. Już myślałam, że coś powie. Przeprosi, przytuli, cokolwiek. Nie mam pojęcia, na co liczyłam tak naprawdę. Osłupiałam, gdy się rozpłakał. Zobaczyłam nie starszego mężczyznę, ale przerażonego chłopca, który tak bardzo chciał być duży i zaradny.
Nie zatrzymałam go, gdy postanowił uciec. Nie wiedziałabym, po co. Co mogłabym zrobić albo mu powiedzieć? Co można powiedzieć człowiekowi, który miał możliwość zapobiec tej i wszystkim poprzednim tragediom?
Wyszłam z powrotem na korytarz i zaczęłam płakać. Oparłszy czoło o szybę, patrzyłam, jak łzy skapują na marmurowy parapet. Sama nie wiem już, co za emocje we mnie kipiały.
Kiedy w końcu się uspokoiłam na tyle, by móc sama pożegnać się z Dominikiem, wróciłam do białej, rozświetlonej ciepłym słonecznym blaskiem sali. Jedynym ciemnym punktem był długi cień topoli, rosnącej tuż za oknem, który padał wprost na łóżko mojego brata. Jego jednak na nim nie było.
koniec
« 1 6 7 8
25 marca 2017

Komentarze

28 III 2017   23:05:04

Świetny tekst, nie mogłam się oderwać!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.