Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jakub Ćwiek
‹Heroldowie Joe Blacka›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJakub Ćwiek
TytułHeroldowie Joe Blacka
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 82. Na stałe mieszkający w Głuchołazach, studiuje Kulturoznawstwo w Katowicach. Tam też realizuje swe liczne pasje w Śląskim Klubie Fantastyki. Zapalony kinoman i miłośnik grozy w każdej (niemal) postaci. Nienawidzi parasoli (z wzajemnością) i średnio przepada za rowerami...
W tym roku, nakładem Fabryki Słów ukaże się jego książka pt. „Kłamca”, gdzie podobnie jak w „Heroldach…” proponuje postmodernistyczną zabawę z mitami świata.
Gatunekgroza / horror

Heroldowie Joe Blacka

« 1 2 3 4 5 »

Jakub Ćwiek

Heroldowie Joe Blacka

– Ładnie tak straszyć matkę, ancymonie? – spytała. Nie czekając na odpowiedź, zajęła się skaleczoną nogą.
– Tyle lat rąbiesz drewno – komentowała przy tym – i dalej nie wiesz jak się obchodzić z siekierą? Co by na to powiedział twój Ojciec?
Mężczyzna uniósł się na łokciach.
– Pewnie wybełkotałby coś po pi… auu!
Kobieta odstawiła na bok buteleczkę ze spirytusem.
– Nie waż mi się jęczeć, ancymonie – ostrzegła – ani obrażać swojego Ojca. Tyle dla ciebie zrobił. Zdejmuj te gacie. Całe są w krwi.
Odsunęła się kawałek, robiąc synowi miejsce. Mężczyzna sycząc i kwękając rozpiął pas i powoli zsunął dżinsy.
Gdy opatrunek był już gotowy, pomogła synowi wstać i usłużyła mu jako wsparcie w drodze do chaty. W środku pomogła mu usiąść na krześle obok radia.
– Połącz się z Konowałem – poleciła, przerzucając przez ramię skrwawione spodnie. – I powiedz mu, żeby ruszył tu swój chudy, stary zad, jeśli chce mnie jeszcze kiedykolwiek oglądać. Idę nad rzekę. Może nie jest jeszcze za późno, by uratować coś z tej szmaty.
Wzięła z półki szare mydło, pod pachę stojącą przy ścianie tarkę i wyszła.
Mężczyzna odczekał, aż zamkną się za nią drzwi, po czym chwycił za mikrofon.
3.
Żadne z rodziny Crane’ów nie obejrzało krótkiego filmu o swoim życiu, choć każde z nich (no może z wyjątkiem Suzie) załapało się już na początkowe napisy. Okazało się jednak, że barierka, mimo iż poległa w starciu z samochodem, zadanie swe wypełniła. Pojazd przednimi kołami zawisł nad przepaścią, zachwiał się… i znieruchomiał.
Ojciec zmusił się, by puścić kierownicę i ostrożnie odwrócił głowę.
– Nikomu nic się nie stało? – zapytał drżącym głosem.
Matka i Stewart zaprzeczyli. Po krótkiej chwili chłopak dorzucił, że i z jego siostrą jest wszystko w porządku. Ojciec odetchnął z ulgą.
– Dobrze więc – powiedział już nieco spokojniej i bardziej stanowczo. – Musimy opuścić samochód, ale zrobimy to tak, jak powiem.
Uśmiechnął się do żony.
– Ty wysiądziesz pierwsza. Musimy odciążyć przód. Poza tym wyjmiesz Suzie. Stewart…
– Już odpięta, tato – zakomunikował chłopak. – Gotowa do zabrania.
– Dobrze – Ojciec westchnął. – Damy przodem.
Matka uchyliła drzwi najszerzej jak się tylko dało i ostrożnie przecisnęła się na zewnątrz. Zapanowała nad odruchem oparcia się o samochód i na drżących nogach podeszła do tylnych drzwi. Otworzyła je, pochyliła się i wyjęła córkę z fotelika. Kilka drobnych kamyczków pognało w przepaść, ale nawet tego nie usłyszała. Jej tłukące się w piersi serce skutecznie wszystko zagłuszało.
Ojciec odczekał, aż żona odsunie się od samochodu, po czym złapał za klamkę.
– Otwieramy na trzy, Stewarcie – polecił. – Otwieramy i wyskakujemy.
Chłopiec również położył dłoń na klamce. Na sygnał szarpnął za nią, pchnął drzwi i wyskoczył.
Znalazł się na przydrożnym żwirze. Obok, dysząc ciężko, leżał Ojciec. Obaj popatrzyli po sobie, po czym niemal równocześnie przenieśli wzrok na samochód. Ten ani drgnął.
Ojciec podniósł się z ziemi i podszedł do syna.
– Wszystko przez te twoje głupoty – powiedział surowo, podając mu rękę. – Zachciało ci się kretyńskich wierszyków o jakimś Banshee czy innych zmorach. Widzisz, do czego doprowadziłeś?
Chłopiec nie odpowiedział. Jakoś wcale, a wcale nie czuł się winny, że jego Ojciec nie lubi nerwowych sytuacji i do tego panikuje prowadząc auto. A co do krzyku, wiedział doskonale, że zadziałałby na nich tak samo, nawet gdyby wcześniej nie słyszeli rymowanek. Był przerażający.
Snując te i im podobne myśli, ostrożnie zbliżył się do maski samochodu, aby zerknąć w przepaść. Za jego plecami Suzie dostała nagłego ataku histerii i najpierw Matka, a potem oboje z Ojcem, próbowali ją uspokoić. Stewart przykucnął i zacisnąwszy rękę na wygiętym słupku począł przyglądać się rozhulanej w swym korycie górskiej rzece. Powoli przeniósł wzrok na przeciwległy brzeg i… miał szczęście, że się trzymał. Po drugiej stronie, przy rozłożystym konarze dębu, klęczała stara kobieta i posługując się tarką prała jakieś łachy. Woda w maleńkiej zatoczce, przy której znajdowała się niewiasta, mieniła się czerwienią…
4.
Stary Konował westchnął i odłożył mikrofon. Wyjazd w tej właśnie chwili był mu zupełnie nie na rękę, ale i tak wiedział, że pojedzie. Pojechałby, choćby w miasteczku trwała właśnie epidemia dżumy.
Wszystko dlatego, że stary Konował się zakochał, a, jak sam twierdził, w jego wieku istniała tylko jedna rzecz gorsza niż ten rodzaj odurzenia. Nieraz powtarzał to kumplom, z którymi co piątek siadał do brydża w knajpie „U Robina” (jakby któryś z owych zapomnianych przez śmierć dziadków potrzebował takich przestróg). Siadał wtedy wyprostowany, podnosił w górę kufel Guinnessa i mówił:
– Jest tylko jedna rzecz gorsza od zakochania się na starość, panowie. Jeśli traficie na złą babę i to na tyle sprytną, by wyczuła, o co wam chodzi. Wtedy wpadliście w łajno po uszy.
Choć powtarzał to niezliczoną ilość razy, co tydzień otrzymywał owacje jakby odkrył lekarstwo na raka. Potem oczywiście wszyscy, łącznie z nim samym, zapominali o owej mądrości, aż do następnego spotkania. Tyle, że pewnego dnia, bodajże w jakiś pochmurny czwartek, stary Konował spotkał „tę jedyną” i przy następnej partyjce mówił już niestety z własnego doświadczenia. Od tej pory zrodziła mu się też w głowie kolejna mądrość. Gorszym od głupca, mówiła, jest mędrzec, który głupio wpadł…
Przechodząc koło lustra w przedpokoju zatrzymał się i poprawił surdut. Przez chwilę przyglądał się sobie krytycznie, po czym zrezygnowany machnął ręką. Nałożył płaszcz i sięgnął po kapelusz. Podniósł z ziemi swą lekarską torbę i wyszedł przed dom.
– Dzień dobry panu – ryknął barczysty chłopak, stojący obok zdezelowanego powozu Konowała. Zza jego szerokich pleców wyglądała zaprzężona do pojazdu wychudła szkapa. – Ładny mamy dziś dzionek, nieprawdaż?
Konował burknął coś w odpowiedzi, wsiadł na kozioł i ruszył w stronę lasu.
5.
Stewart nie krzyczał. Przez jakiś czas wydawało mu się, że to robi, po chwili jednak do jego przerażonego umysłu dotarło, że wrzeszczy jego siedząca nieopodal siostra, a on wydaje z siebie tylko ciche rzężenie.
Matka pogładziła go po włosach.
– Już dobrze synku – uspokajała go, zerkając w stronę Ojca.
Ten stał przy przepaści i przeczesywał wzrokiem drugi brzeg. Z ręką przy czole wyglądał jak okrętowy majtek wypatrujący lądu. Nic nie zauważywszy, odwrócił się do żony i wzruszył ramionami. Ta delikatnie skinęła głową.
– Musisz się wziąć w garść, Stewarcie – mówiła, nadal głaszcząc go po włosach. – Tam nie ma żadnej praczki. Musiało ci się wydawać.
Ojciec podszedł do Suzie i wziął ją na ręce. Z niewiadomych przyczyn dziewczynka, niedająca się dotąd przekupić nawet koszem słodkości, nagle umilkła. Rodzice przyjęli ten mały cud z nieukrywaną ulgą.
We względnej ciszy, po niespełna kwadransie chłopiec wrócił do siebie na tyle, by pomóc Ojcu wypchnąć samochód z powrotem na drogę i nawet oburzyć się, gdy Matka nazwała go dzielnym małym czarodziejem. Suzie znowu zaczęła płakać, ale tym razem dość szybko uległa wdziękom wyjętego z bagażnika milky way’a.
Wszystko zmierzało ku dobremu i tylko samochód (głupi zagraniczny grat, jak nazwał go Ojciec) nie dawał się przekonać, aby przejść nad sprawą do porządku dziennego. Nie wiedzieć czemu, za żadne skarby nie chciał odpalić.
– Przydałby się jakiś mechanik – stwierdził w końcu Ojciec, zamykając klapę. Wytarł ręce w otrzymany od żony papierowy ręcznik. – Ja się na tym kompletnie nie wyznaję. Mechanik albo chociaż transport, bo do Shella mamy już ładny kawałek. A tędy jeszcze nikt nie przejechał, zauważyłaś?
– Ktoś w końcu musi – pocieszyła go Matka. – Droga jest bardzo zadbana. Niemożliwe, żeby nikt tędy nie jeździł.
Jak na zawołanie, gdzieś z oddali dobiegło ich rytmiczne KLAP KLAP i ciche skrzypienie. Po dłuższej chwili zza zakrętu wyłonił się ciągnięty przez koszmarnie chudą szkapę wózek. Na koźle siedział podobny do stracha na wróble mężczyzna w czarnym płaszczu i ze spiczastym kapeluszem na głowie.
– Co tam jest? – zaciekawił się Stewart. Ku uciesze Suzie odłożył na bok torbę chipsów i wstał z ziemi. – Co to za dziwne dźwięki?
Przez chwilę wydawało mu się, że umysł po raz kolejny płata mu figla, ale pełne rozbawienia zdumienie na twarzach rodziców odebrało mu tę nadzieję. Co ich tak cieszy? Przecież on przyjechał tu, żeby zwiastować… nagle dotarło do niego, że przecież tego wierszyka rodzice nie słyszeli. Nie przeczytał go im. Są zupełnie nieświadomi tego, co się zbliża.
– Mamo – zaczął. – Nie patrzcie na niego. To…
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wędrowiec
Jakub Sobalski

10 VIII 2019

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Witaj w ciemnym mieście Grimm
— Magdalena Kubasiewicz

W ponurym mieście Grimm
— Magdalena Kubasiewicz

Dorośnij, Piotrusiu
— Magdalena Kubasiewicz

Uwierz we wróżki
— Magdalena Kubasiewicz

Zapoznać się, zaśmiać, zapomnieć
— Mieszko B. Wandowicz

Esensja czyta: Styczeń 2010
— Anna Kańtoch, Paweł Laudański, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Lato 2009
— Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Maj-czerwiec 2009
— Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek, Agnieszka Szady, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Zobaczyć człowieka
— Agnieszka Szady

Bóg od brudnej roboty
— Agnieszka Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.