Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jakub Ćwiek
‹Heroldowie Joe Blacka›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJakub Ćwiek
TytułHeroldowie Joe Blacka
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 82. Na stałe mieszkający w Głuchołazach, studiuje Kulturoznawstwo w Katowicach. Tam też realizuje swe liczne pasje w Śląskim Klubie Fantastyki. Zapalony kinoman i miłośnik grozy w każdej (niemal) postaci. Nienawidzi parasoli (z wzajemnością) i średnio przepada za rowerami...
W tym roku, nakładem Fabryki Słów ukaże się jego książka pt. „Kłamca”, gdzie podobnie jak w „Heroldach…” proponuje postmodernistyczną zabawę z mitami świata.
Gatunekgroza / horror

Heroldowie Joe Blacka

« 1 2 3 4 5 »

Jakub Ćwiek

Heroldowie Joe Blacka

Poczuł jak jego język drętwieje, a oczy zasnuwają się mgłą. Zadrżały mu kolana, a włoski na karku stanęły na baczność. Potem zemdlał.
cz.2
Joe Black
6.
– Nic mu nie będzie – rzekł Konował, zbadawszy Stewarta. Mówił nieco skrzekliwym głosem, który brzmiał jedynie odrobinę bardziej miłosiernie od skrzypienie kół jego wozu. – Ale dobrze by mu zrobił kawałek materaca i świeża herbata. Znajomi, do których jadę, mieszkają nieopodal. Na pewno bliżej niż ktokolwiek inny.
– Naprawdę dziękujemy, że się pan zatrzymał – wyraziła swą wdzięczność Matka. – Właśnie rozmawialiśmy z mężem o tym, jak bardzo opustoszała jest ta droga. Baliśmy się, że już nikt nie przyjdzie nam z pomocą.
Stojący nieopodal Ojciec, bezskutecznie siłujący się z komórkowym brakiem zasięgu, potwierdził słowa żony skinieniem głowy. Konował wzruszył ramionami.
– Lekarz ma obowiązek pomóc ludziom w potrzebie – powiedział. – To z mojej strony nic nadzwyczajnego. A teraz, jeśli nie mają państwo nic przeciwko, proponowałbym zabezpieczyć samochód i zabrać stąd chłopca. Nie powinien tak leżeć na ziemi. – Uśmiechnął się krzywo. – Jak mawiał mój Ojciec, staruszka Gaja strasznie szybko się przyzwyczaja.
Położyli Stewarta na wózku, po czym Matka z Suzie usadowiły się koło chłopca, a Ojciec obok Konowała na koźle. Wozem zatrzęsło, zaskrzypiały koła, a szkapa ponownie zaczęła wystukiwać swe staccato. Ruszyli.
• • •
– A czym pan się zajmuje panie Crane? – zapytał Konował, gdy wszelkie konwenanse i rozmowy o pogodzie mieli już za sobą. Chwilę temu zjechali właśnie z głównej drogi w ukrytą między drzewami porośniętą soczystozieloną trawą dróżkę.
– Jestem właścicielem wydawnictwa dla dzieci – odparł Ojciec, rozglądając się z zachwytem. – Rany! Nie wiedziałem, że okoliczne lasy są tak piękne.
– Nie są. – Konował uśmiechnął się smutno.
Ojciec uniósł brwi.
– Nie rozumiem.
Woźnica wzruszył ramionami.
– To proste panie Crane – wyjaśnił. – Ma pan szczęście jechać jedną z tych niewielu dróg nie odkrytych jeszcze przez turystów. Pozostałe nie wyglądają tak pięknie.
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
Niemal równocześnie westchnęli i przez chwilę jechali w milczeniu.
Mroczny, zielony baldachim drzew z każdą chwilą przepuszczał coraz więcej światła, aż w końcu wóz stanął nad rzeką. Oba jej brzegi spinał w tym miejscu dość szeroki mostek z jedną poręczą, po której wolno, majestatycznie przechadzał się czarny kruk.
Ptak przez chwilę zdawał się nie dostrzegać wozu, a gdy już zwrócił na niego uwagę, swe przenikliwe spojrzenie skierował na siedzących na koźle mężczyzn. Jego dziób otworzył się powoli.
– Nigdy już – dobiegło do uszu Ojca, który wzdrygnął się mimowolnie. Dopiero śmiech Konowała uzmysłowił mu, kto tak naprawdę powiedział te słowa.
– Niech mi pan wybaczy ten drobny psikus – poprosił woźnica – ale tak dawno nie miałem okazji poćwiczyć swych brzuchomówczych zdolności. A teraz nadarzyła się po prostu wspaniała okazja.
– Żadna sprawa. A swoją drogą, ciekaw jestem czy Poe też padł ofiarą takiego dowcipu.
Konował zaniósł się jeszcze większym śmiechem.
– Padł ofiarą – wydusił. – A to dobre.
Przeprawa przez mostek przebiegła spokojnie, choć widok szalejącej pod nim rzeki, tej samej, w której niemal nie wylądowali, przyprawił Ojca o szybsze bicie serca. Całe szczęście, pomyślał, że wszystkich na tyle wozu zmorzył sen. Dość mieli wrażeń.
Po drugiej stronie ścieżka sprawiała wrażenie nieco węższej, ale wóz nadal mieścił się na niej bez problemów. Właściwie to nawet jechało się przyjemniej, bo trawa była zdecydowanie bardziej puszysta, nigdzie nie czaiły się złośliwe kamienie czy korzenie, a ptasie trele wyraźnie przybrały tak na sile jak i jakości.
W końcu po którymś z kolei zakręcie, zza drzew zamajaczył im kształt, kojarzący się nieodparcie z bajkami braci Grimm – stara drewniana chata.
– Oto i cel naszej podróży – oznajmił Konował, uśmiechając się. – Niech się pan nie przeraża. W środku jest nieco nowocześniej.
Ojciec odpowiedział uśmiechem.
– Od nowoczesności to właśnie próbuję uciec.
Odwrócił się i dotknięciem w ramię obudził żonę. Ta przeciągnęła się, a otworzywszy oczy westchnęła z wrażenia.
– Boże, jak tu pięknie – wyszeptała.
Siedzący na koźle wymienili znaczące spojrzenia, niczym starzy wyjadacze, którzy właśnie dopuścili żółtodzioba do tajemnicy.
– Ciesz się, że nie widziałaś rzeki – powiedział Ojciec, a Konował potwierdził skinieniem głowy. – Możesz obudzić dzieci?
– Jasne – zgodziła się.
Wóz minął niewielką, ozdobioną polnymi kwiatami tabliczkę i wjechał na podwórze.
• • •
Obudzony Stewart potrzebował chwili leżenia w bezruchu, by zorientować się gdzie są. Ostatnią rzeczą jaką pamiętał był stukot kopyt po asfalcie, skrzypienie kół starego wozu i przerażająca postać w kapeluszu, jak ten czarownicy z krainy Oz. Potem pojawił się sen, w którym tajemniczy przybysz wcale nie okazał się potworem, a tylko dobrodusznym staruszkiem, oferującym im swą pomoc.
Zapamiętane ze snu oblicze woźnicy, choć wyglądające jak twarz Pinokia wyrzeźbionego z pustynnego drzewa, było tak pełne ciepła, że po przebudzeniu jedynym życzeniem chłopca było móc zobaczyć je raz jeszcze. Tym razem na jawie.
Nie bał się już ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, nawet jeżeli przybysz rzeczywiście był straszliwym Ankou, to on, Stewart Crane właśnie obudził się na jego wozie cały i zdrowy. A Ojciec nawet śmiał się z dowcipów zjawy. To wszystko całkiem nieźle wróżyło na przyszłość.
Chłopiec usiadł, przeciągnął się. Posłał szeroki uśmiech wpatrującej się w niego z niepokojem Matce (ona na ten widok wyraźnie odetchnęła z ulgą) i z zachwytem rozejrzał się wkoło.
Wóz, skrzypiąc niemiłosiernie, usiłował właśnie sprostać wymaganiom swego właściciela i wykonać zgrabny zwrot tuż przed chatką. Udało się średnio, przede wszystkim ze względu na kobietę, która pojawiła się w progu i tak zaaferowała woźnicę, że ten nie dostrzegł wystającego z ziemi kamienia. Pojazd z niemal ludzkim jękiem podskoczył na wyboju, charknął, strzyknął i wygiął się gwałtownie w parodii ukłonu, a siedzący na nim pasażerowie cudem uniknęli bliskiego spotkania z ziemią.
Kobieta pokręciła głową z wyrazem pogardy na twarzy.
– Brawo, Konowale – zadrwiła. – Ostatnia rzecz jakiej mi dzisiaj trzeba, to twoje rozklekotane szkaradzieństwo na moim podwórzu.
Woźnica wzruszył ramionami, uśmiechnął się przepraszająco do Ojca i zsunął się z kozła. Dystyngowanym krokiem podszedł do stojącej w progu kobiety, pochylił się i usiłował pocałować ją w rękę. Omal nie oberwał ścierką.
– Nie czas na umizgi, stary capie – ofuknęła go, po czym dużo ciszej dodała: – Poza tym, co pomyślą sobie twoi goście.
– Właśnie miałem zamiar ci ich przedstawić – odparł Konował pogodnie. – Oto są państwo Crane i ich urocze pociechy. Spotkałem ich…
Gospodyni machnęła ręką.
– Jakoś sobie poradzimy z tą prezentacją bez ciebie. Idź, zobacz co z moim chłopcem.
Konował posłusznie wszedł do chaty. Kobieta poczekała, aż cała rodzina zgramoli się z wozu, po czym podeszła do nich z każdym witając się tak serdecznie, jakby znali się od lat. Kazała mówić na siebie Drwalowa (te współczesne nazwiska, stwierdziła, zupełnie nic nie znaczą) i zaprosiła ich na potrawkę z królika, jak tylko ten gamoń Konował upora się z raną jej syna.
Stewart zostawił słuchanie kobiety rodzicom, a sam, pod pozorem spaceru z siostrą, ruszył po skrzętnie zamiecionym podwórku. Rozglądał się uważnie, ale nie wypatrzył zupełnie nic ciekawego. Wbita w pieniek, wypolerowana i lśniąca w słońcu siekiera za nic nie chciała przypominać walecznego topora baśniowych krasnoludów, a w równo ułożonych szczapach drewna coś interesującego mógłby znaleźć jedynie jakiś maniak, z rodzaju tych, co gapią się w chmury i widzą w nich króliki i żaby.
– Stewart – usłyszał za plecami głos Ojca.
Odwrócił się i zauważył, że rodzice stoją tuż przed progiem. Kobieta musiała już wejść do środka. Podniósł siostrę na ręce.
– Już idziemy tato – zawołał, ruszając w ich stronę.
• • •
Wnętrze chaty rzeczywiście wyglądało nieco nowocześniej. Całą ścianę po lewej zajmował zalążek kuchni i nieco podstarzałe CB-radio, stojące na udziwnionym metalowo-szklanym biurku, a po przeciwnej stronie izby znajdował się mały salonik składający się z dwóch topornych foteli (zielonych), starej ławy (wiśniowej) i wiklinowej kanapy.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Witaj w ciemnym mieście Grimm
— Magdalena Kubasiewicz

W ponurym mieście Grimm
— Magdalena Kubasiewicz

Dorośnij, Piotrusiu
— Magdalena Kubasiewicz

Uwierz we wróżki
— Magdalena Kubasiewicz

Zapoznać się, zaśmiać, zapomnieć
— Mieszko B. Wandowicz

Esensja czyta: Styczeń 2010
— Anna Kańtoch, Paweł Laudański, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Lato 2009
— Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Maj-czerwiec 2009
— Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek, Agnieszka Szady, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Zobaczyć człowieka
— Agnieszka Szady

Bóg od brudnej roboty
— Agnieszka Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.