Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Sławomir Mrugowski
‹Za cenę najwyższą...›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSławomir Mrugowski
TytułZa cenę najwyższą...
OpisAutor pisze o sobie:
Autor – nie mylić z Pisarz – to typowa zodiakalna Waga (niesystematyczna, leniwa, etc.). Zauroczenie wczesnym średniowieczem i magią polskich krajobrazów to efekt najpierw lektury Bunscha i Kraszewskiego, dzieł romantyków z „Balladyną” Słowackiego na czele, potem podróży po kraju (Gopło ma pod samym nosem). Pomysł na cykl opowiadań o wojowniku Strzygoni (drugie w cyklu – „Krew z krwi” – NF 10/2001) pojawił w głównej mierze na bazie tego zauroczenia, ale też w zwiazku z rozczarowaniem lekturą dzieł „mistrza polskiej fantasy” (choć przed sukcesem komercyjnym chylić trza głowę), a także z właściwej autorowi pychy i zarozumialstwa. „Za cenę najwyższą” jest czwartym epizodem. By zadość uczynić statystykom część pierwsza i trzecia jest wciąż „na warsztacie"…
Gatunekfantasy

Za cenę najwyższą... – część 2

« 1 2 3 4 5 »

Sławomir Mrugowski

Za cenę najwyższą... – część 2

Podszedł wolno, bezgłośnie. Minął dębowy stół zawalony okurzonymi naczyniami. Poczuł mdły zapach grubasa. Ten dreptał nerwowo w miejscu. Grzał ręce przy ogniu. Niespokojnie oglądał się w stronę wrót prowadzących na majdan.
– Cena za życie, za śmierć… - mamrotał - …tyle śmierci… - po jego karku spływały krople potu. - Już po wszystkim, po wszystkim… Już się stało, jestem tylko czło…
– …a ja twoim przeznaczeniem - szepnął ponuro Strzygonia.
Mamlicz wstrząsnął się. Wrzasnął. Dźwięk urwał się ucięty. Najemnik zakrył grubasowi twarz. W drugiej ręce zaświecił nóż.
– Krzyknij jeszcze raz, a ogolę cię na cacy. Pamiętasz to żelazo? Moje cięcie poprawiło ci urodę - najemnik zaśmiał się nieprzyjemnie.
– Ja… musiałem… - grubas sapał przerażony - …z obowiązku…, względem urzędu…
– Za to nagrodzą cię bogowie. Ja cię do nich zaprowadzę… - Strzygonia przeciągnął ostrzem po policzku. Ciął po ledwo zabliźnionej ranie. Wójt jęknął cienko i rozpłakał się. W powietrzu zapachniało ciepłą krwią i szczynami.
– Ja myślałem, że się mnie boisz Mamlicz, a ty zwyczajnie masz problem z pęcherzem. Poleciłbym ci uzdrowiciela, ale sam rozumiesz, późno na leczenie - westchnął najemnik. - Podpisałeś swój wyrok. Pamiętasz jak to mnie nazwałeś, wtedy przed stodołą…?!
– Ja… - ciałem Mamlicza wstrząsały drgawki. Próbował mówić. Kasztanowłosy docisnął nóż. - Miałeś rację! Miałeś cholerną rację! - podciągnął wójtowi brodę. Odsłonił otłuszczoną grdykę.
– Nie zabijaj mnie… - wyjęczał Mamlicz w ostatniej chwili. - Zapłacę za wszystko, z nawiązką, w trójnasób… - jąkał się w obłąkaniu. - Jestem bogaty, bardzo bogaty… podzielę się z tobą. Albo… albo weź wszystko. Ten majątek wart jest kniazia… na wozie… Tam jest cały koziegłowski skarbiec. Jutro miał iść do Kruszy… To podatki, dziesięciny, myto, targowe… Wszystko nasze… - szeptał z przejęciem - …wszystko twoje - oczy wójta błyszczały. Strzygonia poluźnił uchwyt.
– Ukradłeś to?! Więc robię ci przysługę, głupcze. Radymir rozerwałby cię końmi…
– Nic nie zrobi, nikt się nie dowie. Już tam Koziegłowy palą się na dobre. Twój pacholik rżnie wszystkich, jak leci. Nikt nie przeżyje. Nikt nie powie, nigdy. Tylko jego, głupiego młodzika wsadzą na pal… My będziemy… Będziemy bogaci!
– I ty zapłacisz tę cenę? - kasztanowłosy opuścił ręce. Patrzył tępym wzrokiem na grubasa, spoconego, umazanego krwią, kipiącego w euforii.
– O czym ty…? - Mamlicz spojrzał zdziwiony.
– Weźmiesz to na siebie. Będziesz umiał z tym żyć?!
– Nic nie rozumiesz?! - grubas masował szyję. Skraj płaszcza docisnął do rany. - Ja nie znaczę tu nic…
Kasztanowłosy spojrzał spod ściągniętych brwi.
– To ona, ryża wiedźma …Goplana. Wszystko przewidziała, wszystko zaplanowała. To ona… Ja nie znaczę…
– Kłamiesz… - Strzygonia splunął. - Jesteś kanalią, jak każdy polityk…
– To stałoby się i tak, mogłem być między nimi - wójt wskazał paluchem w kierunku osady. - Tej nocy zmieni się wszystko. Stary Pompilius zginie, utopi się we własnej krwi, jak i jego smarkaci synkowie. Już od rana jedynym władyką będzie tu Radymir, Radymir, a z nim Goplana. Czy wiesz, ile można zyskać przy nich? Ja będę rządcą… A ty, ty dowódcą drużyny, poprę cię, polecę. Pal licho resztę, głupców i nieudaczników, nich giną… Cena nie gra roli, Strzygonia, nie w obliczu takiego celu. Ocaliłem życie i spełnia się mój sen bo jestem mądry, mądrzejszy niż inni.
– Jesteś przebiegły. Nie mieszaj tego z rozumem.
– Za to ty jesteś głupi! - Mamlicz skrzywił twarz. - I umrzesz jak głupiec, jak żebrak… - stanął pod drzwiami. Pchnął je. - Momot, Gołot! - wrzasnął ochrypłym głosem.
Do izby wpadli dwaj rudowłosi. Jeden z nich kulał, jego twarzą szarpał tik. Drugi otworzył usta. Z przodu nie miał żadnego zęba. W rękach obu błyszczały miecze.
– Ubijcie go! - Mamlicz wskazał Strzygonię. - Ubijcie go szybko!
Kasztanowłosy wyjął broń. W jego oczach błysnęły ogniki szaleństwa. Bliźniacy spojrzeli na siebie. Westchnęli równo.
– Nie panie… - Momot schował żeleziec. - Nie za tę cenę… - głową pokiwał też drugi.
– Czuć tu Kostuchą, Mamlicz… - Strzygonia spojrzał spod rzęs. Kosmyki włosów zakryły mu twarz. Wiedział, że wygląda jak sama śmierć.
Wójt zbladł, zajęczał w obłąkaniu. Wypadł na podwórzec. Kasztanowłosy wyszedł za nim. Bliźniacy nie przeszkodzili mu.
Grubas potykał się, wstawał, padał znowu i brnął na czterech. Dopadł wozu. Strach odebrał mu siły. Trząsł się i szlochał. Kasztanowłosy stanął nad nim.
– Zasłużyłeś na śmierć, na długie konanie… w mękach - wychrypiał. - I nie oszczędzę ci tego - splunął na tłuściocha.
– Wrócę tu - zawołał dosiadając jednego z niskich wierzchów. - Wrócę po ciebie… - spiął konia do galopu.
– Wrócę! - krzyczał zostawiając łąkę za plecami.
Wjechał w las. Nie czuł jak gałązki krzewów sieką go po twarzy, a palce konarów rwą ubranie. Uderzał horza. Przylgnął do jego karku. Koń ślizgał się na mchach, przeskakiwał ponad zwalonymi pniami schowanymi pod kobiercem z paproci. Zręcznie omijał rowy i rozpadliny. Wreszcie Strzygonia wyjechał na trakt. Pędził cwałem na złamanie karku.
Kiedy dotarł na skraj boru, Koziegłowy tonęły w łunie pożaru. Z osady dobiegały wrzaski.
– Wirgo… - szepnął Strzygonia.
– Wirgo! - wrzasnął ruszając w stronę grodu.
• • •
Wrota otwarte były na oścież. Kilku strażników siedziało opartych o ich drewniane bale. W rękach trzymali broń. Gdyby nie ciemne od krwi kaftany można by sądzić, że się pospali.
Wewnątrz ziemnego kręgu żar palił w twarz. Płonęły chaty. Zrozpaczeni mieszkańcy o osmalonych twarzach biegali od przystani z kubłami. Inni ratowali dobytek. Wynosili z sadyb sprzęty i toboły. Mężczyźni w lnianych giezłach próbowali ściągać z chat strzechy. Półnagie kobiety, wyrwane z łóżek, latały goniąc płaczące dzieciaki. Ziemia usłana była trupami. Wrzask ogłuszał. Pomiędzy płonącymi domami ganiali z krzykiem konni. Umazani krwią, niczym demony rozdzielali śmierć i rozrzucali płonące żagwie.
Kasztanowłosy stanął w wyrwie przykopy. Krwista łuna pożogi odbiła się na jego spoconej twarzy. Najemnik dyszał i patrzył na gorejące strzechy. W jego głowie brzmiały słowa Mamlicza. Wzrokiem szukał Wirgo, nie mógł uwierzyć w jego winę. Nagle jeden z wieśniaków dostrzegł go. Stanął.
– Strzyg! Odmieniec! Potwora! - zaczął wrzeszczeć na całe gardło.
– Tu jest, tu! - chłop podniósł cep. Za nim biegli już inni. Nieśli w rękach widły, sierpy i siekiery.
Mężczyzn było kilkunastu. Przebiegli już połowę drogi. Wtedy zza załomu najbliższych sadyb wyjechali konni. W kilku skokach dopadli chłopów. Zaskoczeni wieśniacy nie zdążyli nawet nastawić broni. Padli z głuchym jękiem i wyrazem skargi na twarzach, zabici jeden po drugim.
Jeźdźcy wstrzymali horze. Przed chęsę wyjechał młodzik ubrany w rozchełstaną, skrwawioną koszulę i kubrak z wilczego futra. Twarz watażki umazana była krwią. Jasne włosy opadały na ramiona. Na nagiej piersi błyszczał medalion ze znakiem ognia.
– Co robisz Wirgo?! Co ty do cholery robisz? - Strzygonia patrzył na chłopaka i nie poznawał go. W oczach arkończyka widział dzikość, szaleństwo tak dobrze znane jemu, a jednak takie obce w wyrazie twarzy młodzika.
– Bawię się… - mruknął Wirgo. Uśmiechnął się zimno. - Smakuję wolności i szukam sensu, czegoś więcej, niż ciągła włóczęga, ucieczka przed własnym cieniem, droga bez celu.
– Jak za to zapłacisz?
– Właśnie płacę, nienawiścią za nienawiść… To dobra cena, uczciwa wymiana - chłopak sapał.
Za jego plecami niespokojnie kręcili się inni, wśród nich szczupły, czarnooki wojownik. Jego twarz o dziecięcej urodzie miała przerażająco zimny wyraz. Wielkie, czarne oczy błyskały odbijając łunę. Strzygonia zmrużył powieki. Nie mógł przypomnieć sobie, gdzie widział już jego twarz. Czarnooki uśmiechał się, denerwował najemnika.
– To twoja kompania… - kasztanowłosy splunął. Spojrzał w twarz Wirgo. - Z nimi rżniesz baby, dzieciaki i wieśniaków.
– Chętnie widzieliby nas na palach, żeby napluć i ulżyć nienawiści.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ballada o złych kobietach
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.