Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Sławomir Mrugowski
‹Za cenę najwyższą...›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSławomir Mrugowski
TytułZa cenę najwyższą...
OpisAutor pisze o sobie:
Autor – nie mylić z Pisarz – to typowa zodiakalna Waga (niesystematyczna, leniwa, etc.). Zauroczenie wczesnym średniowieczem i magią polskich krajobrazów to efekt najpierw lektury Bunscha i Kraszewskiego, dzieł romantyków z „Balladyną” Słowackiego na czele, potem podróży po kraju (Gopło ma pod samym nosem). Pomysł na cykl opowiadań o wojowniku Strzygoni (drugie w cyklu – „Krew z krwi” – NF 10/2001) pojawił w głównej mierze na bazie tego zauroczenia, ale też w zwiazku z rozczarowaniem lekturą dzieł „mistrza polskiej fantasy” (choć przed sukcesem komercyjnym chylić trza głowę), a także z właściwej autorowi pychy i zarozumialstwa. „Za cenę najwyższą” jest czwartym epizodem. By zadość uczynić statystykom część pierwsza i trzecia jest wciąż „na warsztacie"…
Gatunekfantasy

Za cenę najwyższą... – część 2

« 1 2 3 4 5 »

Sławomir Mrugowski

Za cenę najwyższą... – część 2

– Ich winą jest strach, paniczny, przed nieznanym. Ktoś zadbał, żeby się bali ciebie i mnie, i jeszcze wielu innych rzeczy, ktoś dołożył starań, żeby odwrócić uwagę od prawdziwego zła, od pęt nałożonych na ich wolę i wolność. Ci ludzie uwierzyli, są głupi, ale za to, na bogów, się nie zabija… Czy to jest właśnie twoja droga?!
– Nic nie rozumiesz. Ten świat musi spłonąć, świat nijaki, obojętny, pełen brudu, głupoty i beznadziei. Na tych prochach wskrzesimy pieśni…
– Chcesz piękno budować na zbrodni, ciekawe. Ale zabijać jest łatwo, zwłaszcza bezbronnych i słabych. Trzeba tylko umieć potem płacić za to, co dzień, aż do końca.
– To ty zaszczepiłeś we mnie nienawiść, nauczyłeś tak żyć w pogoni, w ciągłej włóczędze bez celu, tylko po to, żeby wreszcie zginąć przy jakiejś zabłoconej drodze, w pogoni za ułudą. Gdzieś, gdzie naszych kości nikt nawet nie pozna…
– Możliwe. Ty natomiast dołączysz do innych, którzy spłonęli w ogniu Goplany, zagubili się i zostali pożarci, aby dać jej moc za ułudę miłości, aby dać wiedźmie siłę dla jej nawięzów, by mogła stale być piękna…
– Kłamiesz.
– Ależ nie, ja je widziałem, mgliste widma, wspomnienia po miłości tak często, zadziwiająco często nieszczęśliwej - Strzygonia złowił wzrok młodzika.
– Wiem Wirgo, nie nauczyłem cię wiele. Bogowie wciąż z nas drwią. Myliłem się w wielu sprawach. Bardzo się myliłem, bo nie ma jednej drogi, jest poszukiwanie, oczekiwanie i ciągła niepewność. Trzeba mieć odwagę, by to przyjąć - chwilę patrzyli sobie w oczy. Wirgo uspokoił się.
– Zostaw to i chodź ze mną. Jeszcze czas…
Chłopak zawahał się. Stał tak długo, w ciszy. Potem pchnął konia biodrami. Ruszył w stronę kasztanowłosego.
– Nigdzie nie pójdzie - jeździec o urodzie dziecka zagrodził drogę młodzikowi. Jego głos brzmiał niczym śpiew. Czarnymi oczyma wpatrzył się w Strzygonię. - On już ciebie nie potrzebuje. Tacy jak ty nie związują się z nikim. Nosisz w sercu otchłań, a twoje myśli są bramą do koszmaru. Nie jesteś w stanie dać mu nic więcej… Pragnie tylko jej, pragnie być przy Goplanie, może nawet poświęcić jej życie.
– Ona chce tylko brać. To czary… - kasztanowłosy był rozdrażniony.
– Nie bądź dzieckiem, Strzygonia. Czary nie istnieją - czarnooki roześmiał się.
– Znam cię… - przerwał najemnik. Spod zmrużonych powiek patrzył na wojownika. - Wtedy miałeś w rękach lutnię, ale poznaję cię, goplani służalcu. Kim, do cholery, jesteś ?!
Przez twarz czarnookiego przemknął grymas.
– Nie, Strzygonia, nie znasz mnie i nie poznasz… Nie będzie na to czasu - wyjął z jaszczura sablję. - Mówią na mnie Skierka. Ciesz się, umrzesz z ręki elfa…
– Każdy ma swoje problemy - kasztanowłosy sięgnął po miecz.
– Nie! - krzyknął Wirgo. Na twarzy Skierki pojawił się uśmiech.
– Ja to zrobię - Ran zeskoczył z konia. - Zejdź, Strzygonia. Miejmy to już za sobą.
Najemnik zsunął się wolno. Wiedział, czego chce Wirgo. Nie umiał mu pomóc, nie tak. Widział w oczach młodzika cierpienie, złamaną wolę i pragnienie wyzwolenia.
– Musi być inny sposób… - szepnął. Chłopak pokiwał głową.
– Nie ma, przyjacielu… Zrób to szybko - skoczył tnąc na pachwinę. Zgrzytnęły brzeszczoty. Zwarli się. Dyszeli sobie w twarze. Młodzik dygotał. Strzygonia pchnął go barkiem. Uderzył z góry. Wyhamował i cofnął rękę. Ostrze przeleciało przed twarzą chłopaka, rozdarło kubrak. W oczach Wirgo znów błysnęło szaleństwo. Zajęczał niczym raniony wilk i rzucił się dziko. Strzygonia parował. Jasnowłosy nacierał opętany. Spychał starszego. Był szybki. Znał wszystkie tajemnice. Zmuszał do ciosu, ostatecznego, po którym przychodzi tylko ciemność, wieczne zapomnienie. Wtedy rozległ się śpiew.
Głosy wibrowały, wznosiły się i opadały niczym uwolnione z setki bojowych rogów, zaplecione w melodię pełną siły. Brzmiały coraz wyraźniej. Nadlatywały z głębi boru.
Pierwszy zareagował Skierka. Wyprężył się i wstał w strzemionach. Jego oczy stały się jeszcze większe. Spojrzał na Strzygonię. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu elf spiął konia. Z miejsca ruszył galopem. Reszta zastanawiała się chwilę. Patrzyli na Wirgo. Ten opuścił miecz.
Strzygonia chwycił młodzika, kiedy ugięły się pod nim nogi. Trzymał chłopaka w ramionach. Nie patrzył mu w twarz. Wiedział, że Wirgo nie będzie chciał wspominać łez.
– Chodźmy… Chodźmy stąd - szeptał kasztanowłosy. Nagle usłyszał tętent. Odwrócił się w kierunku bramy. Przez wyrwę wpadali już pierwsi konni. Najemnik poznał wojów Radymira.
– Prędko! - szarpnął Wirgo.
Popielowi uderzyli. Zapanował zamęt. Przez chwilę słychać było krzyki i szczęk stali.
Walka nie trwała długo.
VI
Mamlicz leżał przy wozie spętany niczym wieprz. Jęczał cicho. Z trudem łapał oddech. Gruby sznur oplatał jego szyję, ściskał tłusty brzuch i krępował dłonie. Przy każdym ruchu zaciskał się ciaśniej. Piekący ból promieniował od poranionych pleców. Z oczu wójta leciały łzy. Wiedział, że nie umrze po prostu.
Nieopodal, plecy w plecy siedzieli Momot i Gołot. Okręceni powrozem, z łachmanami wepchniętymi w usta, mruczeli coś niezrozumiale. Ich twarze oświetlał blask ogniska płonącego pośrodku majdanu.
Wysoka sterta konarów paliła się jasnym płomieniem. Przy ogniu kupą siedzieli mężczyźni. Dzicy, ubrani w skóry Dunowie, zarośnięci, pijani Pomorcy, niebieskoocy Łużyce znad Sprewy, Serbowie, zwaliści Czesi. Ich krzyki odbijały się echem od ścian lasu. Osiodłane konie uwiązane do płotu grzebały niespokojnie kopytami, luzaki wierzgały po okólniku. Od jamy za domem, w kierunku trzech krytych wozów, biegali inni. Odprowadzani żałosnym wzrokiem Mamlicza, ładowali bryki pakami. Głucho porykiwały włochate woły zaprzężone do wozów.
Na kamiennym progu, pod drzwiami niskiej chałupy o omszałych, kamiennych ścianach i dachu krytym trzciną, stała rudowłosa kobieta. Ubrana była w dopasowany kubrak podszyty futrem, ściągnięty w pasie. Kubrak uwydatniał gołębią pierś i wąską talię przechodzącą w bujne biodra. Pod nim prosta, wełniana suknia opadająca na stopy zaznaczała proporcje.
Ryża jedną rękę wsparła na biodrze. W długich, smukłych palcach drugiej obracała zwieszający się na łańcuchu srebrny medalion ze znakiem ognia.
Wielkimi, czarnymi oczyma Goplana wpatrywała się w strzelający wysoko płomień paleniska. Skrzyły się jej źrenice, płonęły własnym ogniem, nagłym, zachłannym i nieposkromionym. Jej twarz promieniała euforią. Karminowe usta zaciśnięte były w napięciu oczekiwania. W myślach czarownicy nie było stojącego w mroku, za jej plecami, mężczyzny okrytego płaszczem z wyszytymi srebrem orłem i gryfem.
Brodacz wyprostowany dumnie spoglądał w mrok, sapał cicho. Opanowywał emocje. Krył w sobie złość, zawód, upokorzenie i wstyd z własnej naiwności. Goplana i Radymir milczeli. Powiedzieli sobie już wszystko.
Dwójkę ludzi idących od ciemnej ściany lasu pierwszy zauważył Skierka. Uśmiechnął się zimno, z satysfakcją. Tę przyszłość już poznał.
• • •
Strzygonia i Wirgo wyszli zza drzew. W dali za nimi, nad lasem pulsowała łuna z gorejącej osady. W noc niosło się żałosne wycie psów. Blask miesiąca stojącego wysoko na pogodnym niebie odbijał się od tafli bajor stojących w dołach polany, pląsał na młodych liściach krzewów porastających łąkę kępami.
Mężczyźni weszli w wysokie trawy. Dojrzeli ruch na majdanie przed niewysoką sadybą, pośrodku przestrzeni.
Zanim pokonali połowę drogi, ruszyli w ich stronę jeźdźcy.
– Boisz się? - wychrypiał starszy. Sięgnął do miecza. Czuł jak pot perli mu czoło.
– Już nie, Strzygonia, już nie… - młodzik wyjął broń.
– Trzymaj się moich pleców - szepnął najemnik stając na ugiętych nogach. Oddychał głęboko. Wiedział dobrze, że w otwartym polu z konnymi w galopie nie mają żadnych szans, ale nie chciał się kryć. Ten raz nie chciał skradać się, nie chciał, by rudowłosa miała uciechę z jego strachu. Był przekonany, że czeka na niego, słyszał w myślach jej szept, niczym pieśń spełnienia, widział czarne oczy, w których przeglądały się gwiazdy; patrzące zewsząd, gdzie tylko mógł się skryć. Słyszał coraz bliższy tętent i dostrzegał czarne sylwetki coraz bliżej.
W blasku księżyca skrzyły się szłomy i groty włóczni. Łużyce jechali ławą, krzyczeli. Spieszyli się aby posmakować krwi. Najemnik słyszał szum, czuł pulsowanie w skroniach. Zasłonił się przed kopytami.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ballada o złych kobietach
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.