Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna Grzanek
‹Selekcja naturalna›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Grzanek
TytułSelekcja naturalna
OpisRodowita, dumna ze swojego brzydkiego miasta łodzianka. Z wykształcenia geograf i zarządca nieruchomości. Szczęśliwa (choć zmęczona) matka. Literaturę, a zwłaszcza fantastykę, kocha od dziecka – czytać nauczyła się wcześniej niż chodzić. Jest aktywnym członkiem społeczności portalu www.fantastyka.pl.
Gatunekrealizm magiczny

Selekcja naturalna

« 1 2 3

Anna Grzanek

Selekcja naturalna

Codziennie rano wstawał do pracy, bo co też innego miałby zrobić? Jego biuro liczyło teraz mniej osób, ale jakoś wszystko szło do przodu. W komunikacji miejskiej było luźniej, na ulicach zrobiło się wyraźnie mniej samochodów – bo te też zaczęły znikać, począwszy od najstarszych modeli, najpewniej tych zużywających najwięcej paliwa. W sklepach niektóre półki stały puste, ale tylko do czasu, bo obsługa zwykle reagowała dość szybko na dematerializację produktów i rozkładała dostępny towar na wolnych regałach.
Co ciekawe alkoholu było w bród, za to ze świecą by szukać produktów takich jak mrożone pizze, topione serki czy kolorowe napoje niegazowane. Zapowiadało się też na przyszłe poważne problemy z kocim żarciem – pewnego dnia, gdy Sławek wszedł do supermarketu okazało się, że półki do tej pory zajmowane przez produkty dla zwierząt zieją pustkami. Akurat było to podczas jednej z „dziennych zmian”, więc po kilku minutach mógł już spokojnie napełnić koszyk saszetkami, dało mu to jednak do myślenia.
– Trzeba będzie przestawić sierściucha na surowe mięso – mruknął do siebie, ignorując zdziwione spojrzenie przechodzącej obok emerytki.
Przekształcenia rzeczywistości miały sporo dobrych stron, zdaniem Sławka. Z ulic, zaraz po gołębiach, zniknęli bezdomni. Urzędy zatrudnienia nagle okazały się rzeczywiście potrzebne, bo ubytki na posadach wszelkiej maści na gwałt starano się uzupełnić dowolnymi dostępnymi pracownikami. Z telewizji zniknęły telenowele i programy typu „celebryci robią różne rzeczy”.
Po kolejnym miesiącu zmiany zachodzące w ciągu dnia stawały się coraz dłuższe. Elektrownia w Turku przedzierzgnęła się pewnego ranka w atomową. Wywołało to mnóstwo zamieszania, bo dotychczasowa obsługa nie miała zielonego pojęcia, co robić, jednak systemy jakoś dawały sobie radę same do czasu, gdy w ekspresowym tempie sprowadzono na miejsce odpowiednich fachowców.
Na ulicach nagle skończyły się wszystkie remonty, bo już nie było czego remontować. Sygnalizacja świetlna zaczęła chodzić jak złoto, tramwaje przestały się spóźniać, podróże Pestką stały się niemal przyjemnością, zniknęły karty PEKA, a rowerzyści zaczęli grzecznie jeździć po ścieżkach rowerowych – pewnie ze strachu. Niepostrzeżenie, niemal z dnia na dzień, zniknął problem wszechobecnych krzykliwych billboardów w okolicach reprezentacyjnych budynków i dzikich parkingów z wiecznie znudzonymi emerytami siedzącymi w blaszanych budkach.
Mina co noc zasypiała płacząc. Sławek tulił ją mocno, próbując uspokajać, nie potrafił jej jednak w żaden sposób pomóc. Większość kobiet, które znał, reagowała podobnie – były roztrzęsione, spanikowane i niepewne. Nie dziwił się temu. Kobiety zawsze się wszystkim przejmowały na wyrost. Sam, co ciekawe, nadal był nieludzko wręcz spokojny.
– Wyjedźmy – poprosiła Mina któregoś wieczoru, na wpół przez sen. Na jej twarzy zasychały świeżo wylane łzy. – Wyjedźmy jak najdalej od tego wszystkiego…
– Dobrze – zgodził się Sławek. – Powiedz tylko kiedy.
Mówił szczerze. Zrobiłby dla niej wszystko. Był gotów spakować plecak i wyjść z domu nawet w tej chwili. Bez plecaka zresztą też. Byle ramię w ramię z Miną.
Minęły prawie dwa lata, odkąd po raz pierwszy uświadomił sobie istnienie Innego Poznania. Jedenaście miesięcy, odkąd poznał Wilhelminę i zakochał się w niej bez pamięci. Cztery, odkąd zaczęli znikać ludzie. Jeden miesiąc, odkąd na miejsce starych budynków nowe pojawiały się na stałe.
Sławek nie miał serca powiedzieć Minie, że tak naprawdę nie ma przecież dokąd uciekać i cokolwiek dzieje się w Poznaniu, dzieje się też wszędzie indziej. Mogą wyjechać do sąsiedniego miasta albo na drugą stronę kuli ziemskiej, a nic się nie zmieni. A może jednak, zważywszy, że inaczej patrzy się na zmiany zachodzące w miejscu, które zna się od dziecka, a zupełnie inaczej jest znaleźć się w okolicy kompletnie obcej, gdzie wszystko i tak jest nowe?
Nie zdążył się podzielić z nią tymi przemyśleniami. Kiedy obudził się następnego ranka, Miny obok niego nie było.
• • •
Minęły kolejne cztery miesiące.
Sławek w sumie ucieszył się, gdy w pewnym momencie uciążliwe uczucie swędzenia po prostu przestało mu towarzyszyć. Zapach ozonu czuł teraz tylko podczas burzy.
Na ulicach nie było już odrapanych, zaniedbanych kamienic. Kilkudziesięcioletnie bloki również albo zyskały nowy sznyt, albo wręcz nową postać. Asfalt ścielił się gładko jak nigdy, jednolicie czarny i czarownie błyszczący w deszczu. Wzdłuż ulic leżały równiutkie chodniki z kostki brukowej. Wszędzie było bardzo zielono, nawet teraz, kiedy wielkimi krokami nadchodziła jesień.
Sławek wspominał czasami słowa Miny, te o Apokalipsie. Siedząc w herbaciarni przy ul. Woźnej rozmyślał. Napisał kilka razy do JB147, jednak użytkownik ani razu nie odpisał. Pewnie też zniknął. Jak tylu innych, w tym ojciec Sławka i kilku dalszych krewnych.
Burego kocura niepostrzeżenie zastąpił mały kundelek, który ani razu nie nalał na dywan.
Przechodnie uśmiechali się do siebie. Zawady wypiękniały, pełne odnowionych budynków i malowniczych skwerków.
Sławek niegdyś marzył o podróżach, ale teraz jakoś nie miał na nie ochoty. Dobrze było mu w domu, a dziewczyna, która pracowała w dziale logistyki, od jakiegoś czasu dawała mu wyraźne sygnały, że chętnie spotkałaby się na kawie.
Oczywiście pamiętał Minę. Kochał ją przecież na zabój, przez wiele tygodni nie mógł sobie dać rady z bólu i rozpaczy. Ale Mina zniknęła, podobnie jak wielu innych ludzi. Sławek zastanawiał się, dlaczego tak się stało, jednak z biegiem czasu coraz rzadziej. Mógł albo przejść nad tym do porządku dziennego, odciąć się, albo zwariować.
Poza tym dokąd niby miałby pojechać? Wszędzie przecież było tak samo.
koniec
« 1 2 3
20 maja 2017

Komentarze

20 V 2017   15:16:28

Spodobałó mi się. Pomysł fajny i opis ludzi, którzy żyją jak gdyby nigdy nic wydaje mi się trafny. Pozdrawiam!

20 V 2017   21:43:47

Wielkie dzięki za przeczytanie i zostawienie opinii ;)

21 V 2017   09:50:55

Nowy wspaniały Poznań, nic dodać, nic ująć. Aż dziwne, że alkohol został- znieczula, ale potęguje agresję. Powinien zostać podmieniony na ekstrakt z roślinek typu szałwia ...wieszcza itp.

21 V 2017   09:56:39

Ha, nie pomyślałam o tym. Zapewne osoby, które miały skłonność do niewłaściwych zachowań po alkoholu, po prostu zniknęły ;) Dzięki za wizytę!

21 V 2017   21:05:57

Wciągające, bardzo mi się podobało :)

21 V 2017   21:15:21

Cieszę się, Anet, dziękuję :)

02 VIII 2017   20:31:59

Dobre! :)
Pozdrawiam

02 VIII 2017   20:36:07

Serdeczne dzięki za wizytę! Cieszę się, że się spodobało ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Droga przez las
— Anna Grzanek

Interes
— Anna Grzanek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.