Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Adrianna Filimonowicz
‹Opar absurdu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułOpar absurdu
OpisRocznik 1990, absolwentka ekonomii. Miłośniczka fantastyki, wieloetatowa „mistrzyni gry”, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Kocha taniec (od towarzyskiego, przez rock’n’roll po flamenco), sport i wędrówki po Tatrach. Debiutowała w 2012 roku w „Science Fiction, Fantasy i Horror” opowiadaniem „Drzewo”.
GatunekSF

Opar absurdu

1 2 3 11 »
Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

Adrianna Filimonowicz

Opar absurdu

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

Adrianna Filimonowicz
‹Opar absurdu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułOpar absurdu
OpisRocznik 1990, absolwentka ekonomii. Miłośniczka fantastyki, wieloetatowa „mistrzyni gry”, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Kocha taniec (od towarzyskiego, przez rock’n’roll po flamenco), sport i wędrówki po Tatrach. Debiutowała w 2012 roku w „Science Fiction, Fantasy i Horror” opowiadaniem „Drzewo”.
GatunekSF
Przez setki lat patrzyliśmy w niebo z obawami, ale i tęsknotą. Budowaliśmy maszyny zdolne wejrzeć w gwiazdy, tworzyliśmy teorie i opisywaliśmy warunki panujące w najróżniejszych rejonach kosmosu. Przygotowywaliśmy urządzenia zdolne uchronić nas od niebezpieczeństw podróży międzyplanetarnych. A potem jeden podmuch wiatru słonecznego zmienił teoretyczne rozważania w bieżące problemy. Właściwie zniknęły pytania „czy?” i „jak?” – zostało tylko nieustannie powtarzane: „kiedy?”. Kiedy?
Pięć. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden!
A potem: jeden, dwa, trzy… Po trzecim roku przyszły informacje o katastrofie na długiej osi planety. Potem milczenie. Cztery. Pięć. Pięć lat. Od początku podróży starałem się przyzwyczajać do ziemskiego postrzegania upływu czasu.
Zbliżając się do planety wciąż napędzałem kapsułę elektromagnetyczną. Aparatura analizująca skrzyła się impulsami, próbując podać mi wszystkie niezbędne do lądowania informacje. Od śledzenia wyników oderwało mnie zderzenie z gazami otaczającymi Ziemię. Omal nie straciłem kontroli – atmosfera okazała się naładowana, co więcej wszystkie układy ładunków wykazywały charakter duopoli. Aktywowałem zewnętrzny pancerz elektrostatyczny – musiał wytrzymać do czasu aż zdołam dogłębnie przeanalizować tutejszą fizykę i przystosować się do funkcjonowania w niej. W tamtej chwili wiedziałem tylko, że chemicznie jest tu strasznie azotowo, węglowodorowo i tlenowo, a nierównomierne nagrzewanie się atmosfery powoduje silne wiatry. Zapowiadało się niebezpiecznie, a szalejące odczyty tylko to potwierdzały. W trakcie lotów testowych byłem wprowadzany w sztucznie generowane atmosfery, jednak zderzenie z prawdziwym wiatrem i polem elektromagnetycznym Ziemi było dezorientujące. Niedobrze. Wręcz paskudnie. A nawet nie wiedziałem, czy mam gdzie wracać, ani dokąd lecieć dalej.
• • •
Majka zrzuciła z siebie czarny, wełniany płaszcz z obszernym kapturem i ściągnęła czapkę. Na dworze było lodowato, ale wbrew jej obawom domek na działce, w którym się spotykali, trzymał ciepło i był całkiem przytulny. Kobieta przywitała się krótko ze znajomymi, dłuższą chwilę postanowiła poświęcić nowej dziewczynie, która w tym spotkaniu szukała ucieczki od stymulantów. Któryś kumpel ją namówił – sam wyrwał się w ten sposób z łap heroiny.
– To nie jest grupa AN. Nie będzie dwunastu kroków i chrzanienia o godności. Wejdziesz głębiej w swój umysł. Jest rozjebany fetą, więc spodziewaj się wszystkiego – najgorszego bagna, poniżenia. Będę cię na dzisiejszej sesji szczególnie pilnować, nie bój się – mówiła spokojnie, pewnym głosem Majka – ale w trakcie celebracji musisz przede wszystkim zaufać truciźnie.
Dziewczyna, dotąd wpatrzona w rozmówczynię jak zahipnotyzowana, skrzywiła się lekko.
– Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. To dawka czyni truciznę – powtórzyła slogan z miną przymilnej uczennicy.
Majka w myślach wulgarnie skomentowała głupotę amfetaminowych dzieci, ale odpowiedziała bez cienia drwiny – wręcz z pewnym namaszczeniem:
– Chcemy wytruć coś, co cię niszczy od środka.
Wychudzona blondynka z wyraźnie zmienionym narkotykami wyglądem pokiwała głową:
– Anę…
– Nie sugeruj. – Majka machnęła ręką przed twarzą, jakby odganiała marę, ale zanotowała w pamięci to krótkie wyznanie. Narkomanka anorektyczka to zawsze większe wyzwanie niż pierwszy lepszy niewtajemniczony. – Pozwól się prowadzić.
„Tobie to i tak nie pomoże” – pomyślała z rezygnacją, podchodząc miękkim krokiem do skórzanej torby porzuconej na krześle. – „W ogóle wam nie pomoże”. Włączyła muzykę, zdjęła długie, eleganckie kolczyki i zamieniła żakiet na wygodny sweter. Ci, którzy ją znali, zareagowali na te czynności jak na sygnał. Rozmowy ucichły, ludzie zaczęli zajmować miejsca na wytartych pufach ułożonych pod ścianami. Majka usiadła na twardej podłodze, rozluźniła się.
– Przygotujcie LSD, żeby było pod ręką. A teraz oddychajcie w rytm mojego liczenia.
Wymawiała słowa to wolniej, to szybciej, obserwując reakcje uczestników sesji. Nowa się gubiła, Konrad – właściciel działki – jak zwykle robił wdech wtedy, kiedy należało wytrzymać wstrzymując powietrze w płucach, jego dziewczyna – wokalistka w jakiejś podrzędnej kapeli – była skupiona jak na lekcji emisji głosu – dłoń oparła na wysokości przepony, napięte spojrzenie wbiła gdzieś w podłogę. Jeden z uczestników zerkał nerwowo na leżący obok niego kartonik LSD.
– Zamknijcie oczy – nakazała.
„Pajac. Zero szacunku dla substancji. Ćpun jeden”.
– Zwolnijcie oddech. Spokojnie, głęboko, w rytm muzyki. Połóżcie się.
Wychudzona amfetaministka nerwowo drapała lakier na paznokciach. Majka podniosła się, obeszła malutkie pomieszczenie, choć na dobrą sprawę nie musiała. „Jeszcze za wcześnie”.
– Przyspieszcie oddech. – Zaczęła uderzać dłonią o blat stolika. Muzyka szybko została gdzieś z tyłu, zastąpiona rytmicznymi, gwałtownymi oddechami i sapaniem ośmiu osób. – Teraz wstrzymajcie powietrze. Póki nie powiem dość. Nie otwierajcie oczu.
Juliana – wyjątkowo wrażliwego z tego grona – chwytały co chwila lekkie drgawki.
– Dość.
Nowa wzięła odruchowo kolejny głęboki oddech i wstrzymała powietrze. Dziewczyna Konrada zdawała się być zupełnie nieobecna. Nieźle jak na laików. Maja podeszła do każdego, przyjrzała mu się jeszcze przez chwilę, po czym wsunęła ostrożnie do ust przygotowaną przez niego dawkę.
– Usiądźcie. I powtarzajcie za mną. Można otworzyć oczy.
Ktoś zakołysał się i znów opadł na plecy. Konrad wyglądał jakby miał zwymiotować. Opiekunka sesji podjęła jednak bez najmniejszej pauzy mantrę medytacyjną. I wszyscy na miarę swoich możliwości podążyli za nią.
LSD ładowało się powoli. Ktoś już zaczynał wgapiać się w tylko dla niego widoczne znaczki na suficie, ktoś inny zdrętwiał z otwartymi oczami. Dziewczyna Konrada jak zwykle szeptem opisywała każdą chwilę psychodelii. Kiedyś robiła to na cały głos, ale Majka nie pozwalała, by ktoś tak silnie ingerował w doświadczenie innych.
Julian zerwał się z miejsca, po czym usiadł.
– Nie, to nie dla mnie… – wyszeptała nowa, kuląc się.
Dla opiekunki zaczynał się etap „ogarniania” tripujących. Pilnowania, by nie wyleźli na mróz, zbijania bad tripów środkami uspokajającymi, opanowywania nazbyt wybujałych wizji albo naprowadzania ich na właściwe tory. Te dwa ostatnie elementy kochała w tej robocie. Niestety, praca przewodniczki składała się głównie z tych pierwszych.
Dziewczyna Konrada wrzasnęła, że ktoś jest w oknie i rzuciła się w ramiona obojętnie tripującego chłopaka. Majka podeszła do niej, odciągnęła na bok. Zapowiadał się długi wieczór…
Była kompletnie wyczerpana, gdy wreszcie część towarzystwa posnęła, a ci, którzy zdolni byli do działania, zbierali się do wyjścia. Julian podszedł do niej, z tym swoim roziskrzonym wzrokiem i oparł jej mocno ręce na ramionach.
– Aya, to było niesamowite. Dawno nie miałem tak świetnej sesji.
Uśmiechnęła się blado. Konrad obok niego kiwał głową.
– Masz jakiś dar, Aya. Jul ma rację.
• • •
Przebrnęła przez błotnistą, ściętą cienką warstewką lodu ścieżkę wiodącą z działek ku trasie prowadzącej na most. Okolica – jak na tereny miejskie – była dość dzika. Poza trzypasmową jezdnią oraz plątaniną ścieżek rowerowych wszystko tonęło wśród krzaków i burych łąk. Wieżowce i krzykliwe światła miejskich budynków niknęły gdzieś w oddali. Majka minęła smutny budynek schroniska dla mężczyzn i skręciła szybko w asfaltową uliczkę. Nieustępliwe myśli dopędziły ją jednak. Czy Paweł sobie poradził? Wrócił do matki? Znalazł dach nad głową w noclegowni? Czuła, że nie – nigdzie nie dopasowałby się do reguł. Skoro nawet ona nie mogła go znieść… Czy może on jej? – zapytywała złośliwie podświadomość. – Kto ostatecznie trzasnął drzwiami? I jak myślisz, kto teraz lepiej żyje? „On” – odpowiedziała sobie bez wahania. – „Nawet jeśli jest na dworcu”.
Zapaliła skręta i zaciągnęła się powoli, głęboko. Potem jeszcze dwa płytsze pociągnięcia – tylko dla smaku. Umysł miała wystarczająco rozbudzony sesją, by nie potrzebować więcej. Zresztą zauważyła już u siebie pewną niefrasobliwość w stosunku do marihuany. Otwarcie na coraz to nowsze doznania sprawiało, że przestawała traktować poważnie te lżejsze doświadczenia. Wręcz ich nie dostrzegała. A to nie było właściwe. Przestawała rozumieć substancję. Zgasiła skręta i wsunęła ręce w kieszenie. Przechodząc koło monopolowego upewniła się, że ćwiartka grzecznie spoczywa na dnie workowatej, skórzanej torby.
1 2 3 11 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Strach przed deszczem
— Adrianna Filimonowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.