Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

Konstanty Stankiewicz
‹Bayerische Engelen Werke›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKonstanty Stankiewicz
TytułBayerische Engelen Werke
OpisKonstanty Stankiewicz – rocznik ’79. Mieszka i pracuje we Wrocławiu. Publikował w antologiach i lokalnych czasopismach.
Gatunekrealizm magiczny

Bayerische Engelen Werke

1 2 3 »
Jeszcze próbował się ratować, jeszcze tańczył w panice na lodzie, jeszcze kurczowo trzymał się balustrady, ale był bez szans. Walizka przeciążyła, pociągnęła go w dół. Żulik na laskę, laska na mnie, ja wyciąłem – jak myśliwski samolot – beczkę.

Konstanty Stankiewicz

Bayerische Engelen Werke

Jeszcze próbował się ratować, jeszcze tańczył w panice na lodzie, jeszcze kurczowo trzymał się balustrady, ale był bez szans. Walizka przeciążyła, pociągnęła go w dół. Żulik na laskę, laska na mnie, ja wyciąłem – jak myśliwski samolot – beczkę.

Konstanty Stankiewicz
‹Bayerische Engelen Werke›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKonstanty Stankiewicz
TytułBayerische Engelen Werke
OpisKonstanty Stankiewicz – rocznik ’79. Mieszka i pracuje we Wrocławiu. Publikował w antologiach i lokalnych czasopismach.
Gatunekrealizm magiczny
Szarpnąłem za uchwyt, drzwi przesunęły się z piskiem. Uderzył smród: brud, pot, spalone papierosy, tani detergent, przetrawiony alkohol.
– Dzbry – wymruczałem.
W przedziale na burorudych kanapach siedziało trzech pasażerów. Ten, który był najbliżej, poderwał się i zakołysał z rozmachem. Krótką chwilę bujał się w rytm szarpnięć pociągu, ale szybko zgubił takt. Stopy odziane w białe adidasy wykonały dziki taniec, rozpostarte ręce przecięły powietrze. Chude ciało niebezpiecznie przechyliło się w stronę podłogi.
W ostatniej chwili złapał się lewą dłonią framugi. Prawą – niezrażony potknięciem – wyciągnął w moją stronę. Uścisnął mocno i uśmiechnął się szeroko. Popatrzył na mnie mętnym, ale inteligentnym spojrzeniem nieco wypukłych oczu i poprawił misternie ułożoną na żel grzywkę. Miał gęste, prawie czarne włosy.
– Cześć, Marek jestem, a to Karol i Karol – powiedział.
Pierwszy z Karolów – niewysoki, na oko dwudziestoparoletni chłopak, półleżał, rozparty na środkowym siedzeniu. Od czerni jego bluzy odcinał się wielki, biały napis: Oberschlesien. Litery były gotyckie, a właściciel ubrania łysy. W dłoni trzymał butelkę piwa wciśniętą po szyjkę w skarpetkę.
– To dla ochrony przed konduktorem – wyjaśnił, widząc mój wzrok. – Groził, że mandat za picie będzie.
Karol Drugi był gruby i wysoki. Małe uszy, małe oczy, ospały wyraz twarzy. Z postury i twarzy kojarzył się z hipopotamem. Zajmował prawie dwa miejsca i łapczywie wgryzał się w przełożoną szynką wielką bułę.
– Teges, no… pijesz, znaczy możesz, znaczy abstynentem nie jesteś? Problemu nie masz? Napijesz się z nami? – spytał Marek.
– Jasne – odparłem, więc nalał wiśnióweczkę do kubka i puścił w obieg.
Przepiliśmy jeden do drugiego i wymieniliśmy się informacjami, skąd jedziemy. Oni ze Śląska, z Żor – ja z Wrocławia. Przepiliśmy drugi raz. Dowiedzieliśmy się, dokąd jedziemy. Świnoujście – oni; ja – Szczecin. Przy trzecim dowiedziałem się, że są górnikami, ale nie takimi z kilofem, tylko przy maszynie. Czwarta kolejka i zeszło na mnie. Ja byłem specem od PR i reklamy.
Już trochę porobieni – moi towarzysze bardziej, bo zaczęli wcześniej – zaczęliśmy snuć historie drogi, czyli wyjaśniliśmy sobie, po co jedziemy. Jechałem do lidera blackmetalowego zespołu. Tego, co się ze znaną aktorką ożenił i rozwiódł. Ktoś w agencji wpadł na kuriozalny pomysł. Miałem go namówić do reklamowania nowej linii podpasek – dla niegrzecznych dziewczyn. Chłopaki jechali auto w Świnoujściu kupić.
– Nie jakieś tam pierdzikółko – z dumą powiedział Marek – tylko BMW. Piątka. Anielsko-białe. Nawi, czterostrefowa klima, sportowa skrzynia z łopatkami, skóra i kamera – wymieniał. – Prawdziwie niebiańskie auto. Sprowadzone z Danii, zajebista okazja, jak nowe, chociaż czteroletnie, i – to ważne, bo diesle to awaryjne – w benzynie. Mam nad morzem wujka. Auto sprawdzone, nie jedziemy w ciemno i…
Przerwał mu głośny, nieprzyjemny dźwięk – coś jak zgrzyt paznokci o tablicę. Karol Pierwszy wyciągnął odrapaną komórkę z kieszeni.
– Fajny dźwięk? – zaśmiał się Karol Pierwszy. – Tak naprawdę, to kombajn na kopalni. Nagrałem, przyciąłem i dla kobiety dźwięk ustawiłem. Ona mnie tymi esami dziurę w brzuchu fedruje, jak ta maszyna co węgiel skrobie. Teraz pisze, że ma złe przeczucia. Czuje, że stanie mi się co złego. Ona tak lubi krakać. Gdybym ja jej się słuchał, to bym z doma nie wychodził.
Karol pierwszy skrzywił się i potarł dłonią czoło.
– Choć czasem się sprawdza – mruknął. – Jak wtedy, co po pijaku spadłem z dachu – w jego głosie zadrżała nutka strachu.
Poprawił się na siedzeniu. Łyknął z butelki piwa.
– Musiałem jechać – powiedział głośno i stanowczo, znać było, że chce odegnać lęki. – Czasem trza zrobić małe hop. Ona oczywiście nic o tym nie wie. Żadna kobieta tego nie zrozumie. Czasem trza se zrobić wolny weekend. Posmakować jak dają w innej kuchni – zarechotał. – Dobrze mówię?
– Fajnie jest czasem dzikich świnek zakosztować, ile można tę jedną domową obracać – przytaknął Marek. – Mówię wam, miasto portowe, to miasto portowe. Znaczy się chętny towar w każdej knajpie.
– Ale dobrze jest mieć do kogo wrócić. Zjeść smacznie w dóma – zaoponował Karol Drugi. – Godom wom, moja dzioucha może i mówi w domu po swojemu, czasem to ludziom przeszkodzo, ale za to jak zrobi ślunskie kluski…
– Dla mnie jak dziewczyna goda, jest spalona – skomentował Karol Pierwszy.
– Ale ty sam zaciągasz jak Ślązak – wtrąciłem.
– Sam zaciągasz – odgryzł się Karol Pierwszy.
– U nas coraz mniej takich, co ze ślunska godają – z nostalgią w głosie powiedział Karol Drugi. – Wymierają. Moja matka jest Ślunzaczka, ale ojciec Polak, więc ja już mówię normalnie, rozumiem jak godają, ale sam już nie potrafię, oni – machnął w stronę swoich kumpli – też nie godają, bo w szkole ciulali za godka. U mnie w pierwszej klasie było tak. Kosiara od polaja do mnie: Karol? Żech jej odpowiedzioł: Ja? A ta w krzyk: Nie mówi się ja, tylko tak! I pyta się: zrozumiałeś?
– A ty wtedy do niej: Ja – zarechotał Marek. – Pamiętam. Rodziców wzywała, afera robiła, że dziecko krzywdzą. Coby się opamiętali, że tak nie wolno…
– A jak się dowiedziała, że jego dziadek służył w Wehrmachcie – wtrącił się Karol Pierwszy – to oblać chciała. Nic jej nie obchodziło, jak to wyglądało w czasie wojny.
– Mój dziadek też był w Wehrmachcie – mruknął Marek. – Powiedzieli: albo idzie na wojnę, albo cała rodzina do obozu. Trzech ich było. Dwóch wróciło. Brat dziadka zginął.
– U mnie dziadek zginął na wojnie – powiedział Karol Drugi.
– A mój był w AK – wypaliłem.
Nastała niezręczna cisza. Dwie kolejki, dwa toasty – za dziadków po stronie niemieckiej i przodków po stronie polskiej. Wypiliśmy.
– Musisz jednak przyznać – odezwał się Karol Pierwszy – że gdyby to Niemcy były, lepiej byśmy zarabiali.
– No! – przytaknął Marek. – Ja, górnik, cztery tysie na rękę zarabiam. I jeszcze starzy, tacy już emerytura, na kopalnia przychodzą dorobić. Ciulamy ich strasznie, bo jak tamci… – wskazał dłonią gdzieś w dal za oknem – jak oni zobaczą, że można, że da się w kopalni dłużej pracować, wiek do emerytury jak nic podniosą.
– Ty, patrz – roześmiał się Karol Pierwszy. – Karol już na emerytura poszedł.
Karol Drugi zwiesił bezwładnie ręce, głowę odchylił do tyłu i otworzył usta. Sapał miarowo, czasem zacharczał lub mruknął. Spał.
Pociąg kołysał, stukały koła, za oknem przesuwała się idealna czerń z rzadka tylko przerywana odległymi, nikłymi światłami. Skończyła się wiśniówka w butelce. Wszystkim zrobiło się jakoś tak sennie. Skuliłem się w rogu pod oknem, głowę oparłem o ścianę, nakryłem się kurtką – w przedziale, mimo zimowej pory, nie grzali. Ktoś zgasił światło. Zasnąłem twardym snem.
• • •
W Szczecinie rozeszły się nasze drogi. Na tym samym peronie mieli regionalny, a ja, zmęczony i zaspany, zacząłem się wspinać na dworcowe schody. Była to kilkumetrowa, stalowa konstrukcja. Niedawno wybudowane przejście prowadzące ruchomymi schodami do przeszklonej hali było w remoncie. Przez kładkę rozpiętą nad peronami wiodła jedyna droga prowadząca na miasto.
Przede mną szedł, targając ogromną walizkę, bezdomny w spranych bojówkach moro i czarno-czerwonej ortalionowej kurtce – jeden z wielu samozwańczych tragarzy, jacy kręcili się po peronie.
Za kloszardem szło nastoletnie dziewczę. Była to wierząca i praktykująca – może nawet jedna z kapłanek – dyskotekowej mody i nieskalanego kultu białych kozaczków. Kręciła tyłkiem w obcisłych dżinsach, machała wyglądającą jak owca na pasku futrzaną torebką. Co chwila powtarzała zniecierpliwionym głosem:
– Śpieszę się, no!
Bezdomny ciężko sapał, dziewczyna stukała obcasikami, ja człapałem na końcu. Pijaczek przystawał co chwila – waliza musiała swoje ważyć – i ocierał pot z napuchniętej, czerwonej twarzy. Dziewczyna zatrzymywała się za nim, nerwowo nawijając na palec blond kosmyk włosów. Ja – chcąc nie chcąc – czekałem aż ruszą dalej. Stawialiśmy ostrożnie kroki. Noc pokryła stopnie lodem, a rano nikt nie posypał ich piaskiem. Szliśmy gęsiego – wyminąć kogokolwiek, bez wypuszczania z ręki barierki, było niemożliwością. Puścić poręcz, oznaczało ześliznąć się w dół.
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Dzikie stworzenia
Krystyna Chodorowska

10 II 2018

Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie z otwartymi ustami. Przygotowałam się na urywane, wykrztuszone pytania, co tutaj robię, na rozkojarzone wskazywanie palcem. Miałam nawet jakieś zaimprowizowane odpowiedzi: wieczór panieński, nocne pływanie, dowcip koleżanek.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zapasy
Bazyli Nowak

23 XII 2017

Przygnieciony nadprogramową dawką kobiecości traciłem siły w tempie błyskawicznym, i co gorsza, dusiłem się zdecydowanie szybciej niż poprzednio. Słowa grzęzły w odgradzającej mnie od świata zewnętrznego mięsistości. Piersią matki wykarmiony i ludzkości na pożytek dany, teraz piersiami, tyle że nie matki, miałem być zamordowany.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Klątwy
Karolina Kot

2 XII 2017

Na miejscu zastał policję, saperów, rozhisteryzowaną kobietę i tłum niespokojnych pasażerów. Kobieta zarzekała się, że naprawdę widziała bombę z zapalnikiem, tłum potakiwał.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.