Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 czerwca 2018
w Esensji w Esensjopedii

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF

Afrodyta

1 2 3 9 »
Uczyniła to ochoczo i skwapliwie, pokazując mu przepiękne pośladki. Bez pośpiechu otworzył czarny zasobnik i włączył psychomodulator. Wpisał numer identyfikacyjny obsługiwanego produktu, a potem wcisnął czerwony przycisk alertu. Następnie chwilę odczekał i prawie na palcach pochylił się nad seksbombą, sprawdzając, czy dziewczyna zasnęła. Lekko szczypnął ją w pośladek, lecz mięśnie nie zareagowały.

Edward Guziakiewicz

Afrodyta

Uczyniła to ochoczo i skwapliwie, pokazując mu przepiękne pośladki. Bez pośpiechu otworzył czarny zasobnik i włączył psychomodulator. Wpisał numer identyfikacyjny obsługiwanego produktu, a potem wcisnął czerwony przycisk alertu. Następnie chwilę odczekał i prawie na palcach pochylił się nad seksbombą, sprawdzając, czy dziewczyna zasnęła. Lekko szczypnął ją w pośladek, lecz mięśnie nie zareagowały.

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF
1
Znieruchomiała przy wejściu do wysokiego, wyłożonego marmurem salonu, wpatrując się z oddaniem w nieobecnego duchem Raoula. W chwilach takich jak ta czas się nie liczył. Raoul wreszcie drgnął, słysząc ciche kasłanie. Zlustrował jej postać, uzmysławiając sobie, że dziewczyna tkwi przy kolumnie już pewnie kilka minut, a potem na jego twarzy zagościł zagadkowy półuśmiech. Z ulgą się przeciągnął i odłożył na przeźroczysty blat błyszczący prospekt, nad którym w skupieniu medytował. Dobrze zrobił, że się na nią zdecydował. Pamiętał, że początkowo krępowały go niewinne spojrzenia chabrowych oczu boskiej dziewiętnastolatki i że w pierwszych tygodniach jej posiadania zachowywał się wobec niej tak, jak nuworysz wobec lodowatego i dystyngowanego lokaja. Było w tym coś na kształt subtelnego kompleksu niższości, ale i spychanego do podświadomości poczucia winy. Z moralnego punktu widzenia nie powinien był mieć kogoś takiego jak ona w domu i absolutnie na to nie zasługiwał. Na znanej z zamożności planecie, jaką była Diana, utworzona kiedyś z asteroidów i obiegająca Słońce między Marsem a Jowiszem, zwyczaj nabywania na własność klonowanych dziewcząt był wszakże usankcjonowany istniejącym prawem - i właściwie każdy, kogo było na to stać, mógł sobie pozwolić na ten zbytek i luksus. Na innych globach Układu Słonecznego krzywiono się z cicha na tę praktykę, co raz kanałami dyplomatycznymi dając Diananom do zrozumienia, że handlowanie klonowanymi hurysami pachnie niewolnictwem. Nic się nie zmieniło pod tym względem od stuleci - a szczególnie na Ziemi, która miała opinię najbardziej konserwatywnej z planet. No, może nieco inaczej było na księżycach Jowisza. Raoul po kilkudziesięciu latach służby ostatecznie pożegnał przejmującą grozą lodowatą bazę, mieszczącą się na odległej planetoidzie w pasie Kuipera i przeszedł na zasłużoną emeryturę. Nigdy nie był żonaty i bez wątpienia dlatego wysyłano go tam, gdzie diabeł chichocząc mówił „dobranoc”. Czyli na obrzeża Układu Słonecznego. Na jego koncie w Marsjańskim Banku Komercyjnym uzbierała się spora suma, która dodatkowo jeszcze urosła dzięki temu, że natrafił przypadkiem na znaczne złoża retelitu, więc na spokojnych przedmieściach Nowego Konstantynopola mógł nabyć urządzoną ze smakiem kredowobiałą willę z palmami i podświetloną pływalnią z delfinem w przestronnym atrium. Miał tu też dwa młode oswojone owiraptory. W rezultacie tego zajmował się teraz tym, o czym skrycie marzył od wczesnej młodości. A więc niczym. Z natury pasywny, uwielbiał błogą bezczynność i już jako podrostek potrafił godzinami wylegiwać się i wpatrywać się w biały sufit, albo z rękami w kieszeniach włóczyć się bez sensu po miasteczku i okolicach, zbijając bąki. W głębi duszy nie gardził - jak prawie każdy mężczyzna - subtelnymi rozkoszami cielesnymi i nie zmieniły jego zmysłowych skłonności nawet wymagające wstrzemięźliwości lata służby w Siłach Kosmicznych Układu. Co więcej, wydawało się, że je jeszcze wzmocniły.
– Możesz podejść! - życzliwie zachęcił dziewczynę.
Afrodyta była pierwszą i jedyną niewolnicą, na jaką mógł sobie w życiu pozwolić. Przychodziło mu do głowy, iż chyba nie był wewnętrznie przygotowany do jej posiadania. Jakaś część jego „ja” nie godziła się bowiem z  tym, że modelka o fenomenalnej urodzie jest tylko na niby człowiekiem i że nie posiada przyrodzonych praw, należnych żywej istocie ludzkiej. Przez pierwszy tydzień tłumił w sobie żądze, nie chcąc się posuwać wobec niej za daleko i traktując ją nieomal jak daleką kuzynkę, która na krótko zatrzymała się pod jego gościnnym dachem. Zachowywał się jak zadurzony sztubak i skwapliwie zabiegał o jej względy. Instynktownie grał rolę, która mu odpowiadała i jakoś go usprawiedliwiała we własnych oczach. Obiektywnie biorąc, jego zawstydzające miłosne zaloty i żenujące umizgi nie miały jednakże najmniejszego sensu i stanowiły bezsporną stratę czasu. Afrodyta bowiem była do niego bezwarunkowo przystosowana, a wszczepione jej standardowe programy z wyrafinowanym kluczem erotycznym rzadko kiedy zawodziły. Psychotronika stała wysoko na Dianie i w mózg wyklonowanego ciała, w którym aż roiło się od implantów i mikroprocesorów, wpisano złożony zespół zachowań, który zadowalał nawet najbardziej wybrednego kochanka. Blondynka o figurze Marilyn Monroe była więc na wpół elektroniczną maszyną do uprawiania seksu i zaspakajania męskiej chuci. I właściwie niczym więcej. Z prawnego punktu widzenia pozostawała androidem klasy zerowej. Żeby być człowiekiem trzeba było posiadać naturalnych rodziców, no i mieć trochę inaczej poukładane w głowie.
– Niczym więcej?! - zapytał swego niewyraźnego odbicia w forniturze czarnego fortepianu, gdy podniósł się z wyściełanego miękką skórą fotela. - Niczym?!
Dopiero teraz podeszła do niego, nie rozumiejąc jednakże rzuconych półgłosem słów. Nie była Alicją z Krainy Czarów i nie mogła przejść na drugą stronę lustra. Jak zwykle nie miała na sobie prawie niczego, gdyż zwykła była w jego towarzystwie zrzucać z siebie i tak skąpe odzienie. Owiał go oszałamiający zapach jej drogich perfum.
– Tak, Raoulu?! - zapytała, a jej niewinnie spoglądające niebieskie oczy wydawały się wyrażać potrzebę odgadywania jego najskrytszych męskich pragnień. - Co cię niepokoi?!
Ogarnął ją ramieniem i przytulił do siebie. Lubił ciepło jej ciała i jedwabistą gładkość jej skóry.
– Nic, absolutnie nic - westchnął. - Jesteś słodka jak cukiereczek - pocałował ją w ucho, odgarniając furę jasnych włosów. - Jak zwykle!
Zamruczała jak kotka i lekko się od niego odsunęła.
– Czy wieczorem gdzieś razem wychodzimy? - ciekawie zapytała.
Zerknął na wmontowany w ścianę cyferblat zegara, który jeśli się go odpowiednio ustawiło pokazywał czas na wszystkich planetach i księżycach Układu Słonecznego.
– Może tak, a może nie - ziewnął, dyskretnie przysłaniając dłonią usta. - Pogoda jak wymaluj i nie zapowiadano na dzisiaj deszczu - skonstatował, ale bez przekonania. Z tej strony aglomeracji ciągnęły się pola uprawne, więc padało częściej niż gdzie indziej. Nagle się ożywił. - Wiesz, o czym dumam? Nigdy byś nie zgadła!
Na tak postawione pytanie Afrodyta miała zawsze gotową tylko jedną odpowiedź.
– Chcesz się teraz kochać? -  gdy się z tym do niego zwracała, jej aksamitny lekko wibrujący głos wydawał się zniewalać.
– Nie - pokręcił przecząco głową. - To znaczy: tak! - poprawił się z ożywieniem. - Ale nie o tym myślałem, wspominając o mych najskrytszych marzeniach. - Zawahał się. - Chciałbym odbyć podróż na Ziemię! - zdradził wreszcie z pewnymi oporami, zaglądając z niepokojem jej w oczy i jakby licząc na to, że przesłodka przyjaciółka oceni ten zamysł z własnego punktu widzenia. - Tam się przecież wychowałem. Tam spędziłem dzieciństwo i młodość.
Dziewczyna nigdy jednak nie oceniała jego projektów i zamierzeń. Tego jej nie było wolno i pod tym względem - niestety - nie różniła się nawet od prymitywnego androida klasy czwartej, który co piątek przylatywał mobilem i czyścił jego basen. Tkwiła w cienkiej półprzeźroczystej powłoce snu i obce jej były zawiłości życia wewnętrznego.
– Skoro tak uważasz!.. - uniosła brwi, lekko marszcząc czoło. Chwilę się zastanawiała. - Czy to oznacza, że zabierzesz mnie tam ze sobą?!
– Pewnie tak! - roześmiał się, zacierając ręce. - Przecież stać mnie na bilety w obie strony.
Potem sięgnął dłonią do jej pełnych piersi, jednak pełniejszych od tych, które miała Marilyn Monroe, z rozmysłem pieszcząc i głaszcząc najpierw jedną, a potem drugą. Wyczuł twardniejące sutki. Poddała mu się z rozkoszą, a jej źrenice lekko się zwęziły. Pomyślał o planowanej wyprawie na Planetę Matkę. Nie był pewny tego, czy mógłby faktycznie polecieć tam z prześliczną kurtyzaną o platynowo-złotych włosach. Znakomicie sprawdzała się jako osoba do towarzystwa i był dumny jak paw, mogąc pokazywać się z nią w publicznych miejscach. Ostatnio chwalił się nią na zlocie swojego rocznika Sił Kosmicznych Układu i widział wściekłą zazdrość w oczach niektórych kolegów. Żaden z nich nie domyślał się, że towarzysząca mu skromnie piękność jest klonowaną „podróbką” Jedynym znakiem rozpoznawczym cyborga była mikroskopijnej wielkości metalowa tulejka, mieszcząca się tuż poniżej kości ogonowej - wszakże przypadkowy obserwator urodziwej seksbombie przecież do dessous nie zaglądał. Na Ziemi jednak posiadanie stymulowanych elektronicznie niewolnic było zakazane. Obiło mu się gdzieś o uszy, że podobno czyniono jakieś wyjątki dla osób, cieszących się obywatelstwem Diany, lecz nie był pewny tego, czy obejmują one takich jak on właścicieli. Przeszło mu przez głowę, że powinien połączyć się z radcą prawnym firmy, w której ją nabył i go o to zapytać.
– Gdzie to zrobimy, kochany? - omdlewająco szepnęła. Na myśl o rozkoszy oczy zachodziły jej mgłą.
1 2 3 9 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Dzikie stworzenia
Krystyna Chodorowska

10 II 2018

Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie z otwartymi ustami. Przygotowałam się na urywane, wykrztuszone pytania, co tutaj robię, na rozkojarzone wskazywanie palcem. Miałam nawet jakieś zaimprowizowane odpowiedzi: wieczór panieński, nocne pływanie, dowcip koleżanek.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Bayerische Engelen Werke
Konstanty Stankiewicz

20 I 2018

Jeszcze próbował się ratować, jeszcze tańczył w panice na lodzie, jeszcze kurczowo trzymał się balustrady, ale był bez szans. Walizka przeciążyła, pociągnęła go w dół. Żulik na laskę, laska na mnie, ja wyciąłem – jak myśliwski samolot – beczkę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.