Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF

Afrodyta

« 1 2 3 4 5 9 »
Połączenie z biurem informacyjnym się urwało i wypełniający całą ścianę salonu przestrzenny obraz skurczył się i zgasł, zamieniając się w świecący coraz słabiej punkt w przestrzeni. Raoul przeciągnął się z ulgą, aż strzeliły mu kości. Na swój sposób to było kuszące. Wyciągnął się wygodnie w fotelu, przymykając powieki, a myślami się przeniósł na pokład turystycznego wahadłowca, jak przez mgłę widząc Afrodytę w króciutkiej białej sukni ślubnej i z bukiecikiem orchidei w ręku. To było słodkie.
Usłyszał za sobą cichy szelest i obejrzał się zaskoczony. Romantyczny obraz rozprysł się jak rzucone o ziemię starodawne lusterko. Przyłapała go na gorącym uczynku i zarumienił się jak sztubak.
– Już maleńka nie pływasz? - nie mógł ukryć zdumienia. Nie przypuszczał, że dotrze do jej uszu ta rozmowa, no i że ujrzy ją przy okazji sterczącą za nim oschły facet z firmy.
Bóstwo było owinięte tylko ręcznikiem kąpielowym. Dziewczyna zwykle nie wychodziła z mającego kilka metrów głębokości i podświetlanego od dołu basenu przez dwa lub trzy kwadranse, z wdziękiem nurkując i ścigając się z delfinem. Potrafiła obyć się bez oddychania znacznie dłużej niż Raoul.
– Wróciłam przed minutą, ale przez wschodni pawilon - wytłumaczyła się skwapliwie.
Włosy miała jeszcze wilgotne. Spoglądała na niego z oddaniem, a jej zmysłowe usta aż błagały, żeby je całować.
– Ach tak?
Po raz któryś z rzędu uzmysłowił sobie, że prawie zawsze, gdy z kimś gawędził, jak duch pojawiała się tuż obok niego. Nie, nie, żeby podsłuchiwać. Po prostu była chyba elektronicznie uwarunkowana na pewien rodzaj dyskretnej wdzięcznej asysty. Miała obowiązek być obok, robić dobre wrażenie i grzecznie przytakiwać. I zwykle jej się to udawało. No, ale facetów skręcało w środku, gdy widzieli jej twarz, piersi, biodra i nogi.
– Słyszałaś moją rozmowę z biurem „Body Perfect"?! - zapytał, udając surowość.
Króciutko się wahała, ale jej wyraz twarzy w niczym się nie zmienił.
– A nie powinnam?! - zapytała szczerze. - Jeśli nie, to mogę o niej zapomnieć.
Odwrócił się wraz z fotelem nieco skonsternowany. Nerwowo zatarł ręce. Wiedział, że Afrodyta potrafi w jednej chwili wymazać każdą wskazaną przez niego scenę ze swoich wspomnień, ale wcale nie pragnął, by w kółko to czyniła. Zresztą, na dłuższą metę były irytujące takie nagłe luki w pamięci. Tego, co raz zapomniała, nie dawało się już przywrócić.
– Och, nie w tym rzecz! - szybko skwitował - A więc słyszałaś?
– Tak - kiwnęła głową. - Mówili, że mogę wyjść za ciebie.
Czuł, że musi się wytłumaczyć.
– To warunek, byś mogła polecieć ze mną na tę pieprzoną Ziemię. Powinnaś tam występować oficjalnie jako moja żona. To wszystko przez te idiotyczne przepisy, które na każdej planecie są inne. Tam musisz być moją połowicą, zaś tu - z kolei - absolutnie nie możesz nią być - objaśniał. - Więc w drodze powrotnej musimy się rozwieść! - dorzucił z odrobiną złości, bo wiedział, że brzmiało to wykrętnie. Chciał to naprawić, więc ociężale podniósł się z fotela i zbliżył się do dziewczyny, przyciągając ją do siebie. Z czułością pogładził jej wilgotne włosy. - Zgadzasz się na takie rozwiązanie?!
Myślał, że potwierdzi bez wahania, dodając - jak zwykle - że jego wola jest dla niej święta, i że uczyni wszystko, czego zechce, ale Afrodyta tym razem tak się nie zachowała. Zmarszczyła brwi, z cicha nad czym medytując.
– A czy po rozwodzie nic się między nami nie zmieni? Nadal będę mogła być z tobą, i tylko z tobą?! - wiernie zajrzała mu w oczy.
Przez chwilę przyglądał się jej podejrzliwie, a potem odetchnął z ulgą. Jakoś nie do końca wierzył, że można tak doskonale sformatować klonowany mózg. Czy raczej - aż tak go wypaczyć.
– Ufff! Ależ oczywiście. A jakże by mogło być inaczej! - potwierdził z przekonaniem, z przyjemnością gładząc jej rozkoszne ramię. - Wiesz, że nie zamierzam się z tobą nigdy rozstawać Ani teraz, ani w przyszłości!
Wygłaszając tę kwestię, ciężko westchnął. Bezczelnie kłamał, a to ostatnie wcale nie było prawdą. Klonowane piękności miały gwarancję na siedem lat. A potem po prostu szły na złom, bo firma nie dawała pewności, że nadal wszystko z nimi będzie w porządku. Zwracano je z powrotem do magazynów, gdzie po rozmontowaniu podzespołów - jak Raoul gdzieś zasłyszał - młode martwe ciała wrzucano do pieca krematoryjnego. Zwrot uprawniał do sporej bonifikaty przy zakupie następnej seksbomby. Jeżeli klient był wyjątkowo kapryśny i wybrzydzał na inne piękności, chcąc mieć znowu taką samą dziewczynę, mógł z odpowiednim wyprzedzeniem zamówić klonowanego sobowtóra. Rzadko jednak kiedy nowy egzemplarz był dokładnie taki sam jak poprzedni. Zwykle czuło się i widziało różnicę. Zwłaszcza na początku. Przecież nabywany towar miał znowu dziewiętnaście a nie dwadzieścia sześć lat. Przyszło mu do głowy, że mógłby po ślubie zostać z nią na Ziemi na dłużej, ale „Body Perfect” nie miała tam rozbudowanego serwisu. Raz do roku należało oddać androida do przeglądu, który trwał zwykle kilka dni. Musiałby więc przez sześć kolejnych lat z rzędu latać z dziewczyną na Dianę, sześć razy się z nią rozwodzić i tyleż samo razy brać ślub. Ale takiego numeru już by mu nie wybaczono. Dla przykładu pod byłe pretekstem powieszono by go za jaja.
– Jeżeli tak, to zgadzam się! - potwierdziła. - I na małżeństwo, i na rozwód. Zresztą, po co pytam? - dodała, marszcząc zabawnie nosek. - Przecież twoja wola jest dla mnie święta. I zawsze będę czynić to, co uznasz za słuszne!
Pomyślał, że Afrodyta się uczy. Jakaś bardziej optymistyczna część jego męskiego „ja” obudziła się i zachichotała radośnie. Gdzieś tam, w zakamarkach jej mózgu rodziła się potrzeba samodzielnej oceny sytuacji. Ta pesymistyczna miała jednakże pewne wątpliwości. W grę bowiem mogło wchodzić działanie najzwyklejszego pod słońcem programu adaptacyjnego. W miarę możliwości sprzedany przez firmę nabytek powinien był stopniowo dostrajać się do zmieniających się z czasem oczekiwań właściciela, choć nie powinno było to rzucać się w oczy.
Postanowił uciąć tę dyskusję.
– Ile razy już dziś kochałaś się ze mną?! - delikatnie pocałował ją w czoło.
Tym razem odrzekła natychmiast, wzdychając z odrobiną żalu:
– Tylko raz, kochany. Tuż przed świtem.
Nie mógł pozwolić na to, by jego ósmy cud świata cierpiał. Sięgnął po leżący na ławie poradnik, otwierając kolorowe stronice.
– A może byśmy zrobili to w taki sposób?
Podeszła i skwapliwie przyjrzała się ilustracji.
– Dobrze - odrzekła, pozwalając, by ręcznik, którym się owinęła, niby to mimochodem zsunął się na posadzkę. Znowu była Wenus, wynurzającą się z morskiej piany i skłonną do kolejnego elektryzującego spektaklu. Świadoma swej boskiej urody z wdziękiem uklękła przed nim, sięgając dłońmi jego szortów i obiecując spojrzeniem chabrowych oczu ekstazę i upojenie.
2
– Masz niebywałe szczęście, szczeniaku! - zawyrokował profesor. - Uratował cię twój młody wiek. A poza tym cieszysz się widocznymi rezultatami w pracy - a nawet ci zapatrzeni w siebie i zadufani ignoranci umieją to niekiedy docenić. Nie obijasz się, nie zawalasz terminów, i jak dotąd nie było z tobą żadnych poważniejszych kłopotów. Wzięto to pod uwagę w dziale personalnym, gdzie króluje ta stara, zasuszona wiedźma, Konstancja. Sytuacja była podbramkowa, ale strzał okazał się niecelny. Skończyło się więc tylko na upomnieniu.
– Dziękuję! - wydukał skruszony Paul. Cieszył się, że wyszedł cało z niespodziewanej opresji. Dwa dni warował w boksie z duszą na ramieniu, co rusz zezując w stronę oszklonego korytarza, ilekroć ktoś tamtędy przechodził. Było mu strasznie głupio, bo rozeszło się pocztą pantoflową, że próbował przelecieć pięknego klona. A chuć w pracy nie była dobrze widziana. Jak dotąd jednak nikt jakoś sobie z niego nie kpił, ani nie żartował. Pewnie wzięła górę wredna samcza solidarność. Nie miał wcale ochoty szukać nowej pracy, gdyż ta mu w zupełności wystarczała. - Naprawdę, jestem bardzo wdzięczny za obronę! - wiercił się nadal na krześle, czując, że szef działu nie zdradził mu jeszcze wszystkiego. Tamten chował coś w zanadrzu, ale zapewne jeszcze się nie zdecydował, by mu to oznajmić. - Czy zatem mogę wrócić do mego boksu?! - podniósł się, gotowy opuścić gabinet.
Profesor chaotycznie przerzucał leżące na biurku dokumenty, jakby naprawdę czegoś szukał.
– Jeszcze nie! - zatrzymał chłopaka. Spojrzał na niego z uwagą. - Nadal chodzisz na siłownię? - zapytał.
« 1 2 3 4 5 9 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.