Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF

Afrodyta

« 1 3 4 5 6 7 9 »
– No, właśnie! - ostrożnie wydukał, pojmując, że niechcący wpadł w pułapkę i z przerażenia załomotało mu serce. Zupełnie nie wiedział, jak jej to oznajmić. W firmie, w której ją nabył, obiecano mu, że pracownik serwisu może wgrać w jej cv znajomość dowolnego języka obcego. Z przyrodzonego lenistwa nie zajrzał do instrukcji i nie wiedział, jak się klonowi tłumaczy konieczność dokonania związanych z tym zabiegów na jego elektronicznej świadomości. Nigdy nikt dotąd nie robił Afrodycie przeglądu technicznego ani jej nie naprawiał, bowiem - na szczęście - ani razu się nie zepsuła.
Chyba wyczuła, o co mu chodzi.
– Przyjdzie ktoś, żeby dać mi odpowiedni program? - zasugerowała mu usłużnie.
– Właśnie! - przytaknął skwapliwie i odetchnął z ulgą, ocierając ledwo widoczny pot z czoła. - Dokładnie to chciałem ci powiedzieć.
Przeszła nad tym błahym dla niej tematem do porządku dziennego.
– Masz ochotę coś zjeść? - poddała mu myśl. - Mogę ci coś ekstra wygenerować z automatu!
Skrzywił się. Nie był głodny, ale poczuł, że mu zaschło w ustach. Poczłapał sam do kuchni i z kondensatora pobrał szklankę soku pomarańczowego. Wychylił ją niemalże jednym haustem i chyba mu ulżyło. Znalazła się tuż za nim.
– A może masz ochotę na mnie? - zapytała, z oddaniem zaglądając mu w oczy.
Jakoś nie był w nastroju. Wytrącił go z równowagi tamten młokos. Przeciągnął się, aż strzeliło mu w kościach. Potem delikatnie pogłaskał ją po policzku. Była taka czuła.
– Chyba trochę później - orzekł. - Teraz wołałbym raczej solidny masaż. Coś mi sztywnieją barki. A robisz to znakomicie! - pochwalił ją całkiem szczerze.
Przypomniał sobie, że lista podstawowych usług, które profesjonalnie wykonywał klon, obejmowała aż jedenaście pozycji. Sam doczytał ją bodajże do czwartej, a o następnych w ogóle nie pomyślał Ale jak mu potem zdradził w sekrecie starszy od niego emerytowany komandor, mieszkający kilka posesji dalej i posiadający aż dwie podobne dziewczyny, tak zachowywali się prawie wszyscy nabywcy pierwszego klona. Dla wygłodniałego samca, zwłaszcza takiego, który przez wiele lat przebywał w bazie wojskowej na peryferiach Układu, na co dzień prawie nie widując kobiet, potem tylko jedno się liczyło.
– Ach, znowu mi się coś przypomniało, kochanie! - wymamrotał, leżąc na ulubionym pneubedzie nad basenem i czując na swoich barkach delikatne choć zarazem mocne ręce Afrodyty. Pachniał eukaliptusem olejek, który nałożyła mu na plecy. - Odlatujemy na Ziemię już w najbliższy poniedziałek. Dzisiaj jest czwartek, więc pozostały nam tylko cztery dni!
• • •
Przepiękna biała willa robiła wrażenie opustoszałej, ale Paul wiedział, że tak nie jest. Gdzieś tam były porozmieszczane kamery, jednakże troszczący się o bezpieczeństwo mieszkańców komputer nie uznał go za nieproszonego gościa i natręta, skoro pozwolił mu wedrzeć się do wnętrza. Uspokojony tym krzepiącym odkryciem pomyślał, że się rozejrzy. Skrzydło zachodnie było przedzielone biegnącym wzdłuż długim korytarzem i dopiero gdy doszedł do jego połowy, zorientował się, że właściciel z urodziwą dziewczyną są na rozświetlonym słońcem dziedzińcu. Po obu stronach stały stylizowane na antyk marmurowe rzeźby, przedstawiające śmiałe sceny miłosne. Wrócił i dostał się do ogrodu szeroko otwartymi oszklonymi drzwiami.
– Panie Dupont? - krzyknął, gdy go dostrzeżono. - Jestem z "Body Perfect"!
Tamten uspokajająco kiwnął dłonią, przywołując go do siebie. Nie miał ochoty podnosić się z pneubeda. Dziewczyna zamierzała skoczyć do wody, ale zrezygnowała. Z niesłabnącym zainteresowaniem przyglądała się chłopakowi, który był prawie w jej wieku. Chyba zapomniała, że ma odsłonięte piersi. Delfin wynurzył się z wody i wydał kilka ostrych pisków.
– Paul Avray! - przedstawił się. - Chodzi o języki obce i program podróżny! - rzucił bez żenady, zupełnie nie przejmując się tym, że przeuroczy klon go słyszy.
Raoul łaskawie skinął głową.
– Ile to zajmie? - ciekawie się spytał.
– Och, najwyżej kwadrans - chłopak grał rolę starego wygi, dobrze zorientowanego w tej branży. Postawił niewielki zasobnik obok siebie. - A może nawet mniej.
Facet był zaintrygowany przebiegiem tej „operacji”, ale wyraźnie nie chciało mu się ruszyć z miejsca.
– Może zrobimy to tutaj? - przewidująco podpowiedział.
Afrodycie nie trzeba było niczego tłumaczyć. Cóż, android był tylko androidem. Położyła się posłusznie na drugim pneubedzie niby pacjentka w gabinecie lekarskim.
Paul odchrząknął, nieco zakłopotany i zmieszany. Przypomniał mu się nagle jakiś bardzo stary film fabularny, pewnie jeszcze z dwudziestego wieku. Czuł się przez moment sanitariuszem noszowym, podającym pierwszy raz w życiu zastrzyk domięśniowy.
– Musi się pani wyciągnąć na brzuchu! - życzliwie podszepnął.
Uczyniła to ochoczo i skwapliwie, pokazując mu przepiękne pośladki. Bez pośpiechu otworzył czarny zasobnik i włączył psychomodulator. Wpisał numer identyfikacyjny obsługiwanego produktu, a potem wcisnął czerwony przycisk alertu. Następnie chwilę odczekał i prawie na palcach pochylił się nad seksbombą, sprawdzając, czy dziewczyna zasnęła. Lekko szczypnął ją w pośladek, lecz mięśnie nie zareagowały.
– Jest wyłączona! - wychrypiał z przejęciem.
Podciągnął giętki przewód i odchylił jej dessous. Delfin znowu wyjrzał z wody i wydał serię ostrych pisków. Była naprawdę bardzo seksy i przyłapał się na tym, że drżą mu z wrażenia ręce. Wymacał palcem tuleję i wcisnął tam końcówkę. Dziewczyna została podłączona do urządzenia, więc mógł zasiąść z powrotem za klawiaturą. Tam czuł się pewniej i nie przeszkadzało mu to, że świadomy swej wyższości klient wlepia w niego gały.
– Zaczynamy! - orzekł z ulgą.
Wyświetlił cv i przyjrzał się wpisanym w androida programom, a potem nagle pobladł. Zimny pot oblał mu czoło. Tego się zupełnie nie spodziewał. Przed oczyma tańczyły mu chwilę w zwariowanym tempie zakazane nazwy.
– Wszystko w porządku?! - właściciel dojrzał dziwną zmianę w jego zachowaniu.
Paul zdołał się szybko opanować i niby to obojętnie wzruszył ramionami.
– Najzupełniej! - zełgał, nie chcąc mieć kłopotów w firmie. - Tylko menu główne ma niekonwencjonalne ustawienie. Ale to bez znaczenia - powiedział. - Wgrywam najpierw znajomość języka francuskiego - zawyrokował. - Ma być dobra czy bardzo dobra? - zapytał. - No i kwestia akcentu!
– Co to znaczy: dobra? - tamten go nie rozumiał.
Paul wyświetlił informację.
– To znaczy, że będzie mówić jak przyuczony cudzoziemiec. Sprawnie i szybko, ale bez wyczucia… Po prostu jak cudzoziemiec.
Raoulowi zaświeciły się oczy.
– Niech będzie bardzo dobra!
– A akcent? Mam francuski, belgijski, kanadyjski, kolonijny afrykański i azjatycki, wenusjański z osad południowych, marsjański i z kolonii na Ganimedzie.
Tamten z cicha się roześmiał, podniósł się z pneubeda i omal nie klasnął w dłonie. Zatrzymał Brutusa, który usiłował doskoczyć do Paula, by go po zwierzęcemu przywitać.
– Niech mówi jak rodowita Paryżanka! - zadecydował.
Chłopak przytaknął, a dalej poszło mu już gładko. Po francuskim wgrał w śpiącego nadal androida dwa popularne programy podróżne i znajomość wybranych regionów geograficznych Ziemi. Uwinął się w dziesięć minut ze swym zadaniem. Potem zaś posługując się znowu psychomodulatorem obudził dziewczynę, a widząc, że wszystko jest w porządku, zamknął zasobnik i z nieopisaną ulgą pożegnał gospodarza uroczej posesji. Miał jeszcze kilka podobnych wizyt na mieście. Na kieszonkowe nie liczył. A do tego, co ujrzał na swoim ekranie, wolał nawet myślami nie wracać. Życie zdążyło go już nauczyć, że pewne rzeczy nie powinny były go obchodzić.
3
Siwobrody krępy kapitan „Olafa” czuł się dość swobodnie w roli, która tego dnia przypadła mu w udziale. Zapewne nie pierwszy raz udzielał ślubu na pokładzie ogromnej kosmicznej korwety, którą z dumą dowodził. Dystyngowany pan młody miał na oko około sześćdziesiątki i czuło się, że jest wojskowym, choć usilnie pozował na cywila, zaś zakochana w nim bez pamięci i bez reszty mu oddana panna młoda mogła liczyć nie więcej niż dziewiętnaście lat. Pewnie szef korwety chętnie zamieniłby się miejscami z dysponentem boskiego androida, ale zupełnie nie wypadało mu tego okazywać. Nie licowało by to z powagą sytuacji.
« 1 3 4 5 6 7 9 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wędrowiec
Jakub Sobalski

10 VIII 2019

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

O księżniczce i smokach
Agnieszka „Raven” Szmatoła

20 VII 2019

Z zapartym tchem czekała na odpowiedź. Ta nadeszła, choć niewerbalna. Wejście jaskini zalśniło ciepłym światłem, a ściany zadrżały lekko od głośnego mruczenia. Księżniczka weszła do jaskini.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.