Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 stycznia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF

Afrodyta

« 1 3 4 5 6 7 9 »
– No, właśnie! - ostrożnie wydukał, pojmując, że niechcący wpadł w pułapkę i z przerażenia załomotało mu serce. Zupełnie nie wiedział, jak jej to oznajmić. W firmie, w której ją nabył, obiecano mu, że pracownik serwisu może wgrać w jej cv znajomość dowolnego języka obcego. Z przyrodzonego lenistwa nie zajrzał do instrukcji i nie wiedział, jak się klonowi tłumaczy konieczność dokonania związanych z tym zabiegów na jego elektronicznej świadomości. Nigdy nikt dotąd nie robił Afrodycie przeglądu technicznego ani jej nie naprawiał, bowiem - na szczęście - ani razu się nie zepsuła.
Chyba wyczuła, o co mu chodzi.
– Przyjdzie ktoś, żeby dać mi odpowiedni program? - zasugerowała mu usłużnie.
– Właśnie! - przytaknął skwapliwie i odetchnął z ulgą, ocierając ledwo widoczny pot z czoła. - Dokładnie to chciałem ci powiedzieć.
Przeszła nad tym błahym dla niej tematem do porządku dziennego.
– Masz ochotę coś zjeść? - poddała mu myśl. - Mogę ci coś ekstra wygenerować z automatu!
Skrzywił się. Nie był głodny, ale poczuł, że mu zaschło w ustach. Poczłapał sam do kuchni i z kondensatora pobrał szklankę soku pomarańczowego. Wychylił ją niemalże jednym haustem i chyba mu ulżyło. Znalazła się tuż za nim.
– A może masz ochotę na mnie? - zapytała, z oddaniem zaglądając mu w oczy.
Jakoś nie był w nastroju. Wytrącił go z równowagi tamten młokos. Przeciągnął się, aż strzeliło mu w kościach. Potem delikatnie pogłaskał ją po policzku. Była taka czuła.
– Chyba trochę później - orzekł. - Teraz wołałbym raczej solidny masaż. Coś mi sztywnieją barki. A robisz to znakomicie! - pochwalił ją całkiem szczerze.
Przypomniał sobie, że lista podstawowych usług, które profesjonalnie wykonywał klon, obejmowała aż jedenaście pozycji. Sam doczytał ją bodajże do czwartej, a o następnych w ogóle nie pomyślał Ale jak mu potem zdradził w sekrecie starszy od niego emerytowany komandor, mieszkający kilka posesji dalej i posiadający aż dwie podobne dziewczyny, tak zachowywali się prawie wszyscy nabywcy pierwszego klona. Dla wygłodniałego samca, zwłaszcza takiego, który przez wiele lat przebywał w bazie wojskowej na peryferiach Układu, na co dzień prawie nie widując kobiet, potem tylko jedno się liczyło.
– Ach, znowu mi się coś przypomniało, kochanie! - wymamrotał, leżąc na ulubionym pneubedzie nad basenem i czując na swoich barkach delikatne choć zarazem mocne ręce Afrodyty. Pachniał eukaliptusem olejek, który nałożyła mu na plecy. - Odlatujemy na Ziemię już w najbliższy poniedziałek. Dzisiaj jest czwartek, więc pozostały nam tylko cztery dni!
• • •
Przepiękna biała willa robiła wrażenie opustoszałej, ale Paul wiedział, że tak nie jest. Gdzieś tam były porozmieszczane kamery, jednakże troszczący się o bezpieczeństwo mieszkańców komputer nie uznał go za nieproszonego gościa i natręta, skoro pozwolił mu wedrzeć się do wnętrza. Uspokojony tym krzepiącym odkryciem pomyślał, że się rozejrzy. Skrzydło zachodnie było przedzielone biegnącym wzdłuż długim korytarzem i dopiero gdy doszedł do jego połowy, zorientował się, że właściciel z urodziwą dziewczyną są na rozświetlonym słońcem dziedzińcu. Po obu stronach stały stylizowane na antyk marmurowe rzeźby, przedstawiające śmiałe sceny miłosne. Wrócił i dostał się do ogrodu szeroko otwartymi oszklonymi drzwiami.
– Panie Dupont? - krzyknął, gdy go dostrzeżono. - Jestem z "Body Perfect"!
Tamten uspokajająco kiwnął dłonią, przywołując go do siebie. Nie miał ochoty podnosić się z pneubeda. Dziewczyna zamierzała skoczyć do wody, ale zrezygnowała. Z niesłabnącym zainteresowaniem przyglądała się chłopakowi, który był prawie w jej wieku. Chyba zapomniała, że ma odsłonięte piersi. Delfin wynurzył się z wody i wydał kilka ostrych pisków.
– Paul Avray! - przedstawił się. - Chodzi o języki obce i program podróżny! - rzucił bez żenady, zupełnie nie przejmując się tym, że przeuroczy klon go słyszy.
Raoul łaskawie skinął głową.
– Ile to zajmie? - ciekawie się spytał.
– Och, najwyżej kwadrans - chłopak grał rolę starego wygi, dobrze zorientowanego w tej branży. Postawił niewielki zasobnik obok siebie. - A może nawet mniej.
Facet był zaintrygowany przebiegiem tej „operacji”, ale wyraźnie nie chciało mu się ruszyć z miejsca.
– Może zrobimy to tutaj? - przewidująco podpowiedział.
Afrodycie nie trzeba było niczego tłumaczyć. Cóż, android był tylko androidem. Położyła się posłusznie na drugim pneubedzie niby pacjentka w gabinecie lekarskim.
Paul odchrząknął, nieco zakłopotany i zmieszany. Przypomniał mu się nagle jakiś bardzo stary film fabularny, pewnie jeszcze z dwudziestego wieku. Czuł się przez moment sanitariuszem noszowym, podającym pierwszy raz w życiu zastrzyk domięśniowy.
– Musi się pani wyciągnąć na brzuchu! - życzliwie podszepnął.
Uczyniła to ochoczo i skwapliwie, pokazując mu przepiękne pośladki. Bez pośpiechu otworzył czarny zasobnik i włączył psychomodulator. Wpisał numer identyfikacyjny obsługiwanego produktu, a potem wcisnął czerwony przycisk alertu. Następnie chwilę odczekał i prawie na palcach pochylił się nad seksbombą, sprawdzając, czy dziewczyna zasnęła. Lekko szczypnął ją w pośladek, lecz mięśnie nie zareagowały.
– Jest wyłączona! - wychrypiał z przejęciem.
Podciągnął giętki przewód i odchylił jej dessous. Delfin znowu wyjrzał z wody i wydał serię ostrych pisków. Była naprawdę bardzo seksy i przyłapał się na tym, że drżą mu z wrażenia ręce. Wymacał palcem tuleję i wcisnął tam końcówkę. Dziewczyna została podłączona do urządzenia, więc mógł zasiąść z powrotem za klawiaturą. Tam czuł się pewniej i nie przeszkadzało mu to, że świadomy swej wyższości klient wlepia w niego gały.
– Zaczynamy! - orzekł z ulgą.
Wyświetlił cv i przyjrzał się wpisanym w androida programom, a potem nagle pobladł. Zimny pot oblał mu czoło. Tego się zupełnie nie spodziewał. Przed oczyma tańczyły mu chwilę w zwariowanym tempie zakazane nazwy.
– Wszystko w porządku?! - właściciel dojrzał dziwną zmianę w jego zachowaniu.
Paul zdołał się szybko opanować i niby to obojętnie wzruszył ramionami.
– Najzupełniej! - zełgał, nie chcąc mieć kłopotów w firmie. - Tylko menu główne ma niekonwencjonalne ustawienie. Ale to bez znaczenia - powiedział. - Wgrywam najpierw znajomość języka francuskiego - zawyrokował. - Ma być dobra czy bardzo dobra? - zapytał. - No i kwestia akcentu!
– Co to znaczy: dobra? - tamten go nie rozumiał.
Paul wyświetlił informację.
– To znaczy, że będzie mówić jak przyuczony cudzoziemiec. Sprawnie i szybko, ale bez wyczucia… Po prostu jak cudzoziemiec.
Raoulowi zaświeciły się oczy.
– Niech będzie bardzo dobra!
– A akcent? Mam francuski, belgijski, kanadyjski, kolonijny afrykański i azjatycki, wenusjański z osad południowych, marsjański i z kolonii na Ganimedzie.
Tamten z cicha się roześmiał, podniósł się z pneubeda i omal nie klasnął w dłonie. Zatrzymał Brutusa, który usiłował doskoczyć do Paula, by go po zwierzęcemu przywitać.
– Niech mówi jak rodowita Paryżanka! - zadecydował.
Chłopak przytaknął, a dalej poszło mu już gładko. Po francuskim wgrał w śpiącego nadal androida dwa popularne programy podróżne i znajomość wybranych regionów geograficznych Ziemi. Uwinął się w dziesięć minut ze swym zadaniem. Potem zaś posługując się znowu psychomodulatorem obudził dziewczynę, a widząc, że wszystko jest w porządku, zamknął zasobnik i z nieopisaną ulgą pożegnał gospodarza uroczej posesji. Miał jeszcze kilka podobnych wizyt na mieście. Na kieszonkowe nie liczył. A do tego, co ujrzał na swoim ekranie, wolał nawet myślami nie wracać. Życie zdążyło go już nauczyć, że pewne rzeczy nie powinny były go obchodzić.
3
Siwobrody krępy kapitan „Olafa” czuł się dość swobodnie w roli, która tego dnia przypadła mu w udziale. Zapewne nie pierwszy raz udzielał ślubu na pokładzie ogromnej kosmicznej korwety, którą z dumą dowodził. Dystyngowany pan młody miał na oko około sześćdziesiątki i czuło się, że jest wojskowym, choć usilnie pozował na cywila, zaś zakochana w nim bez pamięci i bez reszty mu oddana panna młoda mogła liczyć nie więcej niż dziewiętnaście lat. Pewnie szef korwety chętnie zamieniłby się miejscami z dysponentem boskiego androida, ale zupełnie nie wypadało mu tego okazywać. Nie licowało by to z powagą sytuacji.
« 1 3 4 5 6 7 9 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.