Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF

Afrodyta

« 1 4 5 6 7 8 9 »
Ceremonia przebiegała z należnym namaszczeniem i zgodnie z przewidzianym na tę okoliczność pokładowym rytuałem.
– Czy godzisz się na to, by być wiernym towarzyszem doli i niedoli tego oto… Raoula - imię mężczyzny na krótką chwilę uleciało kapitanowi z pamięci - i być z nim wszędzie, od Merkurego po Plutona, w całym Układzie Słonecznym i jego przestrzeniach, oraz nigdy go nie opuszczać?
Dziewczyna słodko przytaknęła.
– Tego pragnę! - powiedziała.
Potem Raoul usłyszał takie samo pytanie, skierowane do siebie. Potwierdził i uśmiechnął się do Afrodyty.
– Jesteście mężem i żoną! - orzekł kapitan, zamykając przepastną księgę.
Stojący z tyłu w charakterze świadków dwaj pokładowi oficerowie w galowych mundurach skwapliwie pośpieszyli z gratulacjami, pamiętając, że wolno im pocałować dziewczynę tylko w rękę. Od stewardessy w imieniu załogi Afrodyta otrzymała ogromny bukiet białych róż, pasujący do jej nieco może przykrótkiej ale przepięknej sukni ślubnej, która kosztowała Raoula krocie. Potem strzelił korek szampana. Podzielono pokryty białym lukrem tort weselny. Wreszcie nowożeńcy mogli udać się do ich kajuty.
Raoul postanowił zadośćuczynić prawiekowej tradycji. Zatrzymał się przed otwartym wejściem, wziął swą żonę na ręce i z dumą przeniósł przez próg.
– Zatem witaj w domu! - oznajmił uroczyście.
– W domu? - zaniepokoiła się, gdy uwolniła się z jego objęć. Chyba go nie rozumiała. Czarowne elektroniczne konkubiny programowano na bezgraniczne, podobne do psiego oddanie, a nie na uświęcone tradycją małżeństwo. Nie miała tworzyć stadła z mężczyzną, który ją nabył, ale mu wiernie służyć swoim ciałem.
Zmarszczył brwi, z niewypowiedzianym bólem to sobie uzmysławiając. Choćby bardzo chciał i choćby głęboko tego pragnął, w żaden sposób nie mógł sprawić, żeby Afrodyta przedzierzgnęła się w jego prawdziwą żonę. Wrócił myślami do kapitana kosmicznej fregaty i jego przemiłych oficerów. Gdyby brał ślub z androidem klasy trzeciej lub czwartej - z mechanicznymi odruchami i nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą - pewnie z równą kurtuazją i galanterią by się zachowywali.
– Och, to tylko taka przenośnia!.. - wychrypiał ze skrywanym żalem.
Z wdziękiem i gracją przysiadła na okrągłym łożu, które zajmowało środek salonki. On zaś pochylił się i z niemal ojcowską troską zdjął jej z nóg białe czółenka. Nadal po prostu była mu niewolnicą i aż nadto jednoznacznie odczytała jego tkliwy gest.
– Chcesz się teraz kochać? - zapytała, a jej aksamitny głos - jak zwykle w takich chwilach - zaczynał niepokojąco wibrować, zapowiadając uniesienie, trans i upojenie.
– O, tak! - skwapliwie potwierdził. - Ale nie zdejmuj tej czarownej sukni ślubnej - szybko sobie zastrzegł. - Sam cię z niej, najdroższa, uwolnię!
Gdy już potem zasnęła, równomiernie oddychając, długo wpatrywał się w jej niewinną słodką twarz. Chodziły mu po głowie szczenięce lata. Z rękami w kieszeniach wyżywał się na przypadkowych kamykach, przedzierając się przez wyimaginowaną linię obrony i celując w niewidoczną bramkę, albo rzucał kasztanami w niebo, usiłując strącić swojego anioła stróża i przywołać go do porządku. Bowiem jego anioł stróż nie był w porządku. Cóż, nie każdy chłopak mógł mieć tę dziewczynę, którą chciał. Jego szkolna miłość wybrała innego - i od tamtej pory nigdy więcej się nie zadurzył. Aż do chwili, w której pierwszy raz posiadł Afrodytę. Coś mu wszakże mówiło, że nie powinien był zakochiwać się w androidzie. Cicho załkał, uprzytamniając sobie, jak bardzo jest opuszczony i samotny, a po jego policzkach spłynęły gorzkie łzy. Ona też była bardzo samotna. Ironia losu sprawiła, że mieli tylko siebie.
• • •
Przy bufecie było nudnawo, barman z przyzwyczajenia czyścił kieliszki, rezygnując z pomocy maszyny, która uczyniłaby to dużo lepiej i szybciej od niego. Orkiestra leniwie przygrywała, światła przygaszono, a po parkiecie kręciło się niemrawo kilka par. Wysoko w ogromnym iluminatorze cieszył widok Marsa, którego akurat mijał kosmiczny goliat, pełniący rolę transportowca i zarazem statku pasażerskiego. Paul był senny, lecz wcale nie miał zamiaru iść spać. Miał nadzieję, że pojawi się znowu przepiękna stewardessa, która wcześniej obdarowała go kilka razy promiennym uśmiechem. Nie przypadkiem znalazł się na „Olafie”, lecącym z Jowisza na Wenus, ze stacjami przesiadkowymi na Dianie i na Ziemi. W serwisie firmy „Body Perfect” zdążył przepracować nieledwie dwa dni, a już wysłano go w służbową podróż Zaskoczono go tym, ale nie miał powodów, żeby kaprysić. Zresztą było to niewątpliwe wyróżnienie, bo sam nie byłby w stanie sfinansować sobie tak pasjonującej wycieczki. Miał asystować klonowi, którego zabrał w drogę jego zamożny właściciel, być tam gdzie i oni oboje, a w razie potrzeby służyć pomocą techniczną. Przygotowano mu podręczny sprzęt. Posiadacz naszpikowanej elektroniką piękności wiedział o jego cichym towarzystwie - wszelako zobligowano Paula by się mu nie narzucał i bez wyraźnej potrzeby nie wchodził w drogę. Miał pozostawać w cieniu.
Chłopak westchnął i odstawił kieliszek. Ta niespodziewana wyprawa miała swoje plusy, ale i minusy. Afrodyta była bowiem absolutnie nietypową konkubiną, co odkrył, wpisując jej programy podróżne. O swych wątpliwościach wspomniał kierownikowi serwisu, ale ten machnął na to ręką, nie każąc mu się tym przejmować. Dziwiło go też to, że rzucają tak nieopierzonego jak on młokosa na głęboką wodę. Nigdy wcześniej nie był na Ziemi i nie wiedział, jak się tam poruszać. Pocieszono go, że po wylądowaniu wesprą go dwaj inni pracownicy firmy, którzy przebywają od lat na tamtej planecie. Coś niezwykle tajemniczego za tym wszystkim się kryło, ale nie mógł w żaden sposób dociec, co.
Ożywił się, bowiem przysiadł się do baru mężczyzna, który już wcześniej przykuł jego uwagę. Był na pewno ze zdelegalizowanych ostatnio Ekip Ekstremalnych „Omega”, a świadczył o tym noszony przez dzień lub dwa niewielki błyszczący znaczek na piersi. Potem tamten go zdjął, nie chcąc widocznie, by go na pokładzie fregaty kojarzono z tą niesławną formacją. Minę miał raczej ponurą, był oschły i odpychający, za dużo pił, a i teraz zamówił kilka kolejek. Paul nie próbował sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby przypadkiem zadarł z takim bydlakiem. Prawdopodobnie tamten rozerwałby go na strzępy i zamieniłby chłopaka w mokrą czerwoną plamę. Na platformie pasażerskiej prawie wszyscy instynktownie ustępowali mu z drogi. Nic więc dziwnego, że serce mu mocniej zabiło, gdy nieoczekiwanie do baru zbliżyła się Afrodyta. Przeczuwał, że dziewczyna może się znaleźć w niebezpieczeństwie. Rozejrzał się dyskretnie po sali, ale nigdzie nie dostrzegł Raoula Duponta.
Urocza platynowa blondynka zamówiła coś do picia. Przysiadła, wskazała barmanowi folder, który chciała przejrzeć i nie zwracając uwagi na nikogo zaczęła ze skupieniem studiować jego ilustrowaną zawartość.
– Ej, mała, napijesz się? - zachrypiał rosły spec od mokrej roboty, nieobojętny na jej wdzięki.
Nie podniosła głowy i świadoma swej przewagi wzruszyła obojętnie ramionami.
Tamten ruszył w jej stronę, lekko chwiejąc się na nogach, a barman, przeczuwając, co się święci, szybko połączył się z boksem oficera dyżurnego, prosząc o pomoc. Było już jednak za późno.
– No, nie bądź taka chłodna. Na pewno mi nie odmówisz! - intruz beknął poufale, brutalnie łapiąc ją w pół i po chamsku przyciągając do siebie.
Na ułamek sekundy chabrowe oczy dziewczyny znieruchomiały i przyciemniały. Potem pojawiły się w nich jakieś niepokojące błyski. Podniecony Paul jak przez mgłę ujrzał elektroniczne cv seksbomby i przeraził się możliwymi następstwami jej nagłego przeobrażenia. Gdzieś tam w głębi klonowanego mózgu trwał już proces błyskawicznej analizy powstałej sytuacji i uruchamiały się złowrogie programy, które nie powinny były się uruchomić. Afrodyta należała wyłącznie do Raoula Duponta, emerytowanego wojskowego z Nowego Konstantynopola na Dianie i żadnemu innemu mężczyźnie nie wolno jej było obejmować i dotykać.
Starcie było krótkie i chyba mało kto z obecnych w dużej sali bankietowej pojął, co się naprawdę stało. Dziewczyna miała nie tylko przerażający refleks, ale i straszliwą siłę uderzenia, jakby przez całe lata ćwiczyła kung-fu. Zadała zwyrodnialcowi dwa bardzo szybkie ciosy, po których ten z niewymownym zdziwieniem na twarzy jak worek piasku osunął się na posadzkę, by już się z niej nie podnieść.
– Kretyn, idiota, palant! - wściekle rzuciła w jego stronę, ale ten pewnie już tego nie usłyszał.
« 1 4 5 6 7 8 9 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.