Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 lutego 2019
w Esensji w Esensjopedii

Edward Guziakiewicz
‹Afrodyta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEdward Guziakiewicz
TytułAfrodyta
OpisEdward Guziakiewicz jest publicystą i dziennikarzem od przeszło dwudziestu lat. Studiował na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uzyskując tytuły magistra teologii i licencjata teologii pastoralnej ogólnej. Macierzysta uczelnia wysłała go na stypendium naukowe do Belgii (Leuven). W latach 1981 – 1982 był sekretarzem redakcji tygodnika „Gość Niedzielny” w Katowicach, następnie współpracownikiem i redaktorem miesięcznika „Wzrastanie”, współpracował stale z działem religijnym tygodnika „Katolik”, regionalnym korespondentem Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie…
Działalność wydawniczą rozpoczął dopiero przed kilkoma laty, sięgając w 1998 roku do swej „szuflady literackiej”, w której zgromadził w ciągu piętnastu lat – pisząc dla własnej przyjemności, z potrzeby ducha – sporo pozycji książkowych. Dotąd wydał drukiem pięć swoich książek w krótkich seriach sondażowych, a część z nich jest nadal dostępna w księgarni internetowej.
Strona domowa Autora: www.eduardus.republika.pl.
GatunekSF

Afrodyta

« 1 7 8 9
Ugryzł się w język, lecz było już za późno. Dziewczyna nie miała przeszłości i nie powinien był tego odgrzebywać. Ta chwilę się z sobą mocowała, usiłując mu odpowiedzieć. Wreszcie opadły jej ręce i bezradnie wyznała:
– Nie pamiętam. Ale jestem pewna, że ktoś mnie tego nauczył!
Zapakowali z powrotem sprzęt do skrzyni. Potem jednak za radą stryjenki Raoul pozwolił Afrodycie wybrać kilka sztuk z tego rynsztunku i przenieść do stojącego przed willą autolotu. Licho nie spało, więc gdyby rzeczywiście coś im groziło to podręczne wyposażenie mogłoby się im przydać do odparcia ataku i obrony.
• • •
Jakiś nieuchwytny impuls sprawił, że Raoul nagle otworzył oczy. Mogła być druga lub trzecia w nocy, w sypialni panowała zupełna cisza, jednak Afrodyty nie było przy nim na posłaniu. Przebiegł szybko myślami cały poprzedni dzień. Zajrzał z dziewczyną do szkoły, do której chodził w dzieciństwie, odwiedził miasteczko i złożył wizytę w domu, gdzie kiedyś mieszkał, niestety należącym już od lat do nowych właścicieli, a po południu wybrał się z nią na ryby. Pływali po jeziorze. Potem w pojedynkę udał się na cmentarz, zatrzymując się przy grobie rodziców. Na wystających z trawy i pokrytych mchem płytach widniały ich imiona i nazwiska. Jego szkolna miłość też już odeszła z tego świata i chwilę medytował przy jej kamiennym obelisku. Księżyc w pełni przedarł się właśnie przez chmury i dojrzał Afrodytę, która tuż przy oknie przywarła do ściany. Była już ubrana.
Wsparł się na łokciu.
– Co się stało? - szepnął w jej stronę.
Cicho odsunęła się od futryny i wróciła do łóżka.
– Mamy niespodziewanych gości! - dmuchnęła mu w ucho. - Jest ich co najmniej sześciu. I chyba jeszcze jeden pozostał w wahadłowcu.
– Widzisz ich? - zdziwił się niezmiernie.
– Tak, na podczerwieni.
Nie pytał, jak to się dzieje, że nie ma żadnych kłopotów z  niuchaniem w zupełnych ciemnościach.
– Co mam zrobić?
– Ty?! Nic. Zostaw to mnie!
– Może trzeba zawiadomić policję?!
Skrzywiła się.
– Nic z tego, to są cwaniacy. Ekranują wszystkie połączenia. Żaden sygnał się nie przebije!
Nim się spostrzegł, znowu jej nie było. Poruszała się cicho jak Indianin. Domyślił się, że zeszła na dół, więc narzucił coś na siebie i ostrożnie ruszył tam za nią. Na szczęście schody nie skrzypiały. Nie omylił się. Szukała czegoś w skrzyni ze sprzętem wojskowym. Coś tam z niej wydobyła, przytraczając sobie do pasa.
– Chcesz się z nimi zmierzyć?
Odgarnęła włosy.
– Muszę. Inaczej cię zabiją!
Założyła czarną kurtkę, wiszącą obok drzwi wejściowych.
– Idź do stryjenki. Niech ze swego pokoju otworzy główne wejście. Ale najwyżej na pięć sekund. A potem niech je zamknie - cicho poleciła. - Wrócę i zastukam, jak będzie po wszystkim!
Posłuchał i wspiął się szybko po schodach. Adrenalina robiła swoje i dopadło go nagłe wrażenie, że ubyło mu lat. Anna Dupont czuwała, a przy tym - jak się zorientował - była uzbrojona po zęby. Miała wyczulony słuch i dobrze wiedziała, co się dzieje wokół jej domu.
– Żywcem nas nie wezmą! - syknęła do kuzyna, stając z dumą w bojowej postawie z automatem w ręce.
Bezczynność była jednak dla Raoula nie do zniesienia. Warował przy oknie, usiłując przebić wzrokiem ciemności nocy, wszakże poza nieruchomym zarysem drzew i krzewów, rozjaśnionych srebrzystą poświatą księżyca, nic więcej nie wpadało mu w oczy. Wytrzymał tak może z pięć minut, potem zmełł w ustach soczyste przekleństwo i postanowił działać. Wymógł na stryjence, by powtórzyła wcześniejszy manewr z otwieraniem i zamykaniem drzwi, a korzystając ze zwolnionej na kilka sekund blokady jak cień wymknął się w ślad za Afrodytą.
Księżyc właśnie skrył się za chmurami, jeszcze bardziej ograniczając widoczność. Poczuł na twarzy lekki mokry powiew wiatru. Pochylony, wytężał wzrok. Z paralizatorem w dłoni ostrożnie podążał dookoła posesji, trzymając się okolicznych zarośli. Założył, że w pobliżu jeziora nikogo nie spotka. Potknął się wreszcie na czymś, co okazało się ciałem jednego z napastników. Przewrócił tamtego na wznak. Facet był nieprzytomny. Odór gazu usypiającego sprawił, że cofnął się z obrzydzeniem. Poszedł dalej, wchodząc w sosnowy las. Ze skarpy dojrzał jeszcze jednego typa, leżącego z bezradnie rozłożonymi rękami. Ponad poszyciem w oddali błysnęło światło i domyślił się, że ukryto tam wahadłowiec, o którym wspominała dziewczyna. Udał się ostrożnie w tamtą stronę, bacząc, by nie mu nie strzeliła pod butem jakaś sucha gałąź. Obłe kształty pojazdu szybko się przed nim zmaterializowały, ale nie zdążył rozsądzić, czy powinien podejść bliżej, czy nie. Jakaś dłoń zasłoniła mu usta i nim się spostrzegł, wywinął kozła, miękko lądując na trawie.
– Ciii-cho! - Afrodyta zwolniła ucisk. - Tamci już nie są groźni. Został tylko ten ostatni w maszynie.
Z konieczności pozostał z tyłu, pozwalając jej dalej swobodnie grasować. Dziewczyna poskrobała delikatnie w pokrywę włazu. Czuła się w ciemnościach nocy jak drapieżny zwierz, który ruszył na łowy. Chwilę trwało, nim klapa się uchyliła. Amazonce to wystarczyło. Mężczyznę, który był w środku, wyrzuciło jak z katapulty. Wywinął olimpijskie salto. Unieszkodliwiła go, nim zdążył krzyknąć.
– Gotowe! - oznajmiła, siedząc na nim okrakiem.
Jednym skokiem dostała się maszyny, lokując się za sterami i zręcznie manipulując przyrządami pokładowymi. Zaraz też otworzył się luk towarowy.
– Pomóż mi ich przytargać - półgłosem rzuciła. - Albo nie! - zawahała się. - Lepiej zrobić to inaczej. Po co się męczyć?!
Kazała mu wsiąść i lekko poderwała wahadłowiec do góry, osadzając go zgrabnie w kilku kolejnych i niezbyt odległych od siebie miejscach, więc po niejakim czasie cała siódemka - wbrew swojej woli - znalazła sobie raczej mało wygodne posłania w pustej ładowni. Raoul trochę się przy tym zasapał, bo napastnicy byli rośli. Gdy Afrodyta ostatecznie zamykała właz, właśnie jeden z nich zaczynał się budzić. Podniósł głowę i rozejrzał się nieprzytomnie.
– Rozgość się! - Raoul rzucił mu kpiąco na rozstanie.
• • •
Niecierpliwie wybijał palcami rytm na przeźroczystym blacie okrągłego stołu, od wczesnych godzin rannych oczekując na meldunek z Ziemi. Kiedy rozległ się modulowany sygnał, nerwowo poderwał się z fotela.
– No i jak? - zapytał, gdy tylko Konstancja weszła do jego gabinetu. - Są już jakieś wiadomości?
Tamta nie śpieszyła się z odpowiedzią. Przez krótką chwilę wybierała wzrokiem fotel, a potem bez pośpiechu się rozsiadła, co najmniej tak jakby chodziło o kolejną i nudną poranną naradę, dotyczącą z reguły rzeczy nieważkich, bzdurnych i arcybanalnych.
– Owszem, są już wiadomości z Ziemi! - odrzekła oschle i sucho. Zawsze była taka.
– Zostało coś z tej Afrodyty? - tamten się naprawdę niecierpliwił. - No, mówże wreszcie, kobieto! - usiłował ją ponaglić.
Bez przekonania odchrząknęła. A potem wyrecytowała jak kiepski automat:
– Model klonoandroida, oznaczony symbolem CA 1056, o imieniu własnym „Afrodyta”, będący w posiadaniu niejakiego Raoula Duponta, sprawdził się w stu procentach. Wyeliminował bez trudu siedmioosobowy zespół, złożony z byłych funkcjonariuszy Ekip Ekstremalnych i działający na zlecenie prowadzącej mafijne interesy Grupy Trzynastu. Afrodyta pozostała zdrowa i cała, a jej właściciel, jak dotąd, nie złożył u naszego technika żadnych zastrzeżeń, dotyczących jej funkcjonowania!..
Prezes oniemiał. A potem popadł w niebywałe uniesienie. Porwał nagle Konstancję i wycałował w oba policzki. Omal nie odtańczył z nią triumfalnego tańca po jasnym gabinecie, z którego ogromnych okien było widać strzelający w górę na kilkadziesiąt pięter Pomnik Słońca. Później jednak oklapł i ciężko opadł na swój fotel.
– A więc zwycięstwo, wielkie zwycięstwo, choć - bądźmy szczerzy - nieco pyrrusowe! - podsumował, zadyszany. Oczy jednak nadal radośnie mu się świeciły. - Udało nam się wreszcie bezkolizyjnie połączyć słodką dziewczynę do uciech cielesnych z bezpardonową i bezwzględną wojowniczką. Boże, ileż kosztowało naszą firmę naprawianie szkód, wywołanych przez wcześniejsze nieudane modele. Te niedochodowe procesy sądowe i te krociowe odszkodowania. Na szczęście, ten okres mamy już za sobą!
– Niech pan będzie szczery, panie prezesie, nie powiodło by się nam, gdybyśmy się nie odwołali do reguł paradoksu Rogersona. Gdyby nie ta udana teoria matematyczna, dalej dreptalibyśmy w miejscu.
– Masz rację, kochana Konstancjo. Napijesz się czegoś? - skwapliwie zapytał, widząc wchodzącą sekretarkę. Zaraz zaś potem dodał: - A co z tym Raoulem Dupontem? Czy nie należy mu…
– Och, nie! - pewna swego przerwała szefowi. - Skoro jest zadowolony z dziewczyny, nie widzę racji, byśmy się z nim spotykali i dzielili najtajniejszymi sekretami firmy. - Wzruszyła ramionami. - Po cóż miałby wiedzieć, że stał się królikiem doświadczalnym - dorzuciła. - I że wytypowaliśmy go do naszego ukrytego eksperymentu?! Zresztą w jedenastym punkcie zestawu umiejętności klona mieści się sztuka samoobrony. Sądzę, że to powinno rozwiać jego wątpliwości, o ile będzie je mieć!
Zgodził się bez oporów. Z zadowoleniem zatarł ręce.
– My zaś będziemy mogli rzucić na rynek absolutnie nowy rewelacyjny produkt. Nareszcie poprawią się obroty spółki!…
koniec
« 1 7 8 9
1 listopada 2002

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Saloita
Anna Maria Wybraniec

26 I 2019

Najczęściej jednak nie mówiło się o nim, tylko szeptało. W szeptach Franek był aniołem stróżem, dobrym duchem, pilnującym, by nie stało się nic złego, by nikt więcej nie cierpiał tak jak on. Szeptano, że to on zginął w wypadku i nie może teraz opuścić tego miejsca, przybity do krzyża skrzyżowania.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Dziś będziesz z nią w raju
Michał Brzozowski

19 I 2019

Proszę się nie bać. Pewnie niektórzy z was już się zorientowali, że wasza praca polega na… umieraniu. Ale spokojnie. Nie umieraliście dosłownie. Nie umieraliście też w przenośni. Bardziej w analogii.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Bezpieczna przestrzeń
Anna Robak-Reczek

22 XII 2018

Trzeba było uważać. Jak w szkole objęli nas systemem, to przestałam pić colę i zaczęłam uprawiać sport, choć nigdy tego nie lubiłam. Ale mama powiedziała, że dzięki temu będę w przyszłości mniej płaciła za ubezpieczenie. I że będę mogła wyjechać, dokąd będę chciała. A ty musiałeś wdawać się w bójki.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.