Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Krystyna Chodorowska
‹Dzikie stworzenia›

WASZ EKSTRAKT:
90,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKrystyna Chodorowska
TytułDzikie stworzenia
OpisUrodzona w pierwszym nowiu po lutowej pełni. Z zawodu data scientist, w tygodniu lingwista multiklasujący na informatyka, w weekendy przywódczyni barbarzyńskiego klanu (bez multiklasowania). Laureatka głównej nagrody SemEval-2016 za program Ensemble do analizy podobieństwa semantycznego. Tłumaczyła m.in. George’a Martina, Chinę Mieville’a, Petera Hamiltona i Grega Egana. Nominowana do Nagrody Janusza A. Zajdla 2014 za opowiadanie „Kre(jz)olka”, zabita przez Petera Wattsa w powieści „Echopraxia”. Debiutancka powieść „Triskel: Gwardia” ukaże się niedługo nakładem wydawnictwa Uroboros.
Gatunekkryminał

Dzikie stworzenia

« 1 2 3 4 13 »

Krystyna Chodorowska

Dzikie stworzenia

– Nie przypominam sobie.
– W takim razie jeszcze jedno pytanie. Czy wiadomo pani, żeby ktoś z pracowników akwarium miał jakichś osobistych wrogów?
– Słucham?
– Czy mogła to być złośliwość albo prywatna zemsta?
Wydało mi się to jeszcze mniej prawdopodobne niż hipoteza, że ktoś mógłby czuć niechęć do akwarium jako takiego. Dwójka policjantów pokiwała głowami i pozwolili mi odejść. Po wyjściu spojrzałam na telefon – przesłuchanie trwało niewiele dłużej niż rozmowa z Fionnem.
Przed odejściem skonfiskowali wszystkie nagrania z kamer bezpieczeństwa. Podejrzewałam, że nic na nich nie zobaczą, bo były wycelowane w drzwi wejściowe, nikomu nie przyszło do głowy patrzeć, co się w tym czasie dzieje w okolicach szyldu z foką. Wokół było bardzo ciemno, potem dowiedzieliśmy się, że zobaczyli tylko kilka przejeżdżających ulicą samochodów. Nie dało się odczytać numerów.
Tego dnia niewiele ze sobą rozmawialiśmy. Wiedzieliśmy, że centrum i tak nie zostanie otwarte dla zwiedzających, ale wciąż trzeba było nakarmić zwierzęta i oczyścić zbiorniki. Gdy tylko policjanci pozwolili nam odejść, wszyscy po kolei biegliśmy prosto do basenu dla fok, żeby na własne oczy zobaczyć, że wszystko z nimi w porządku. Mieliśmy w oceanarium dwie: Sandy i Shannon. Pamiętam, że pierwszego dnia w pracy, kiedy przykucnęłam na brzegu basenu, obie wynurzyły się z wody, przez chwilę węszyły w powietrzu, a potem zajazgotały obydwie naraz.
– Witają nową koleżankę – zażartował Fergus.
Później, gdy chodziłam wzdłuż wody, nosząc sprzęt, czasem pływały za mną, w tę i z powrotem, nawet jeśli nie zbliżała się akurat pora karmienia; obie były wciąż młode i nie przepuszczały żadnej okazji do zabawy. Może tylko mi się zdawało, ale dziś miałam wrażenie, że nawet one wyczuwają wszechobecne napięcie. Zamiast podążać za mną, kręciły się w kółko, co chwila skręcając i zawracając wpół drogi, jakby goniły własny ogon i nie mogły sobie znaleźć miejsca. Czasem wystawiały głowy i zawodziły albo nerwowo szczekały.
Aila trzymała się dzielnie, ale widziałam, że ręce jej się trzęsły, gdy porcjowała suchą karmę. Fergus pewnie też to dostrzegł, bo na chwilę zniknął w kantorku naszego szefa, Paula, który podszedł później do Aili i zamienił z nią parę słów. Pokiwała głową jakby z ulgą i zdjęła fartuch roboczy. Po jej minie poznałam, że wysłał ją do domu bez odliczania godzin.
Fionn skończył pracę o normalnej porze, a potem wsiadł do furgonetki i odjechał bez słowa; tym razem nawet nie skinął nam głową na pożegnanie. Fergus i ja jak zwykle wracaliśmy deptakiem, biegnącym w samym środku trawnika, nad brzegiem zatoki.
Lubiłam te spacery. Zwykle wykorzystywaliśmy je, żeby pogadać, chyba że akurat za długo nie byłam w morzu. Wtedy nie potrafiłam się skupić na rozmowie, bo praktycznie nie mogłam oderwać wzroku od wody. Fergus nauczył się rozpoznawać te chwile. Pewnie myślał, że to ten czas miesiąca.
Dzisiaj żadne z nas nie było w nastroju na pogaduszki. Niebo było niskie, zachmurzone, jak zwykle groziło deszczem.
– Myślisz, że ich złapią? – spytałam w końcu.
– Myślę, że nie.
– Czemu nie?
– Widziałaś minę tej Malone. Zresztą to już nie pierwszy raz.
Spojrzałam pytająco.
– Nikt wcześniej nie zrobił czegoś… no wiesz, czegoś takiego, ale na tych małych wysepkach, na Tawin albo Mullogh już parę razy znajdowano martwe foki. Zmasakrowane. Jakby ktoś rozwalił im głowy kijem.
– I co?
– I nic. Gliny przeleźli się po okolicy, zaszli do portu, popytali rybaków, czy ktoś coś wie. I tyle. Co mieli jeszcze zrobić? Przesłuchać rodzinę? Sprawdzać, czy ofiary się znały? Gdzie chodziły i czym się interesowały? Przecież to foki.
Od łukowatego mostku odchodziła ścieżka, za którą można było skręcić w większą ulicę biegnącą do miasta albo złapać autobus. Byliśmy już prawie u celu, gdy Fergus zatrzymał się i wskazał przed siebie.
– Zajrzysz do McDonougha na rybę?
Zazwyczaj cały dzień karmienia zwierząt tylko zaostrzał mi apetyt, ale dzisiaj na samą myśl o rybach zrobiło mi się niedobrze.
– Nie, nie dzisiaj. Trochę się na nich obraziłam. Jak byliśmy tam ostatnim razem, poprosiłam o sos tatarski i nie włożyli mi go do torby, a kosztował euro dwadzieścia. Zjem sobie coś zdrowego. Może wegański obiad.
– No, jak chcesz. – Wiedziałam, że oznacza to samotny posiłek, dla Fergusa najzdrowszą dopuszczalną opcją był wegeburger z dodatkowym mięsem. – To do jutra?
– Aha.
• • •
W Vege Kiosku było ciepło i tłocznie, po samych fryzurach gości poznałam, że studenci Szkoły Sztuk Pięknych właśnie skończyli zajęcia i teraz pochylali się nad talerzami pełnymi surówek i roślin strączkowych.
Sally, która stała za ladą, miała na ramieniu nowy tatuaż, kruk zrywający się do lotu na tle sierpu księżyca. Musiała go zrobić kilka dni temu, bo skóra wokół rysunku wciąż była różowa i napuchnięta.
– Słyszałam, co się stało! – wypaliła na mój widok. – Straszne! Widziałaś to barbarzyństwo?
Przychodziłam do Kiosku w miarę regularnie, zawsze, gdy czułam jeszcze w żołądku wczorajsze ryby, albo po prostu dochodziłam do wniosku, że potrzebny mi detoks po tych wszystkich frytkach i daniach na wynos. Sally wiedziała, gdzie pracuję. Zerknęłam do blaszek. Z warzywnej lazanii został już tylko mały kawałek.
– Tak. Mogę lazanię?
– Nie rozumiem, jak w ogóle można zrobić coś takiego! – Dziewczyna nałożyła ostatnią porcję na talerz i pociągnęła gniewnie nosem. – Mam nadzieję, że tym razem złapią skurwieli za rękę.
– Kogo?
– No przecież wszyscy wiedzą! Ci cholerni rybole!
Przypomniałam sobie minę sierżant Malone, machinalnie spisującej nasze zeznania.
– Myślisz, że to oni?
– A to nie oczywiste? Komu tu najbardziej zależy, żeby mordować foki?
Rybacy z całej okolicy już od kilku lat domagali się wydania zgody na tępienie fok, twierdząc, że zwierzęta dziesiątkują stada dorszy, niszczą im połowy i plączą sieci. Wystarczy jedno ugryzienie, tłumaczyli, i cała ryba jest do wyrzucenia. Rada miejska nie zgodziła się na polowania i zleciła organizacji ekologicznej przeprowadzenie stosownych badań w tej sprawie. Od czasu do czasu ktoś znów nagłaśniał temat, ciskając gromy na miejscowe władze, które bardziej troszczyły się o los fok niż mieszkańców, których sytuacja i bez tego była już wystarczająco ciężka. Badania ekologów nadal trwały.
Sally wylała na podgrzany talerz przecier pomidorowy z sosjerki. Przypomniała mi się czerwona farba spływająca z desek i przez chwilę nie byłam pewna, czy zdołam przełknąć nawet te warzywa.
– Poza tym każdy, kto żyje z zabijania zwierząt, powinien być z automatu podejrzany. Pieprzeni mordercy. – Dziewczyna wysypała na talerz garść koperku i otrzepała ręce o fartuch. – Sześć pięćdziesiąt.
Pod tatuażem na jej ramieniu umieszczony był podpis, cytat z wiersza D.H. Lawrence’a.
„Nigdy nie widziałem dzikiego stworzenia użalającego się nad sobą.”
• • •
Do desek przybito głowy dwóch fok.
Jedna zwykła, druga szara. Tyle byłam w stanie wypatrzeć. Nie czułam żadnego zapachu – może tylko coś bardzo lekkiego, niepokojącego, co kojarzyło się z krwią i strachem. Równie dobrze mogło to być złudzenie, dzieło mojej wyobraźni. Ssaki nie wyczuwają zapachów w wodzie, bo nie da się oddychać wodą, a poza tym foki, chociaż szczekają, to jednak nie są psami.
Co jeszcze mogła zrobić policja? Dowiedzieć się, kim były ofiary? Przesłuchać najbliższą rodzinę? Fergus miał rację. Przecież to foki.
Może widziałam je gdzieś wcześniej. Obie były małe, młodziutkie. Po prostu szczeniaki, po sześć miesięcy, nie więcej. Może kiedyś je widziałam. Może minęliśmy się w wodzie.
Po obiedzie wyszłam z baru i przeszłam drogą wylotową za miasto, do Salthill i Furbogh, na osiedle rybaków. Przy drodze ciągnął się rząd starych, jednopiętrowych domków z ogródkami. Niektóre były tradycyjnie pobielane, innym ściany pomalowano w weselsze kolory, odcienie żółci albo błękitu, ale wszystko wskazywało na to, że lepsze czasy mają już za sobą. Farba była popękana, zwłaszcza na framugach drzwi i w ramach okien, wszystko zdawało się zaniedbane i przybrudzone, jakby całej tej okolicy przydało się porządne szorowanie garścią pieniędzy.
« 1 2 3 4 13 »

Komentarze

11 II 2018   10:33:00

Jedna drobna wada całego opowiadania- praktycznie od początku wiadomo, że bohaterka to












selkie

25 II 2018   21:31:17

Trzyma w napięciu. Chce się doczytać.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.