Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

Krystyna Chodorowska
‹Dzikie stworzenia›

WASZ EKSTRAKT:
90,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKrystyna Chodorowska
TytułDzikie stworzenia
OpisUrodzona w pierwszym nowiu po lutowej pełni. Z zawodu data scientist, w tygodniu lingwista multiklasujący na informatyka, w weekendy przywódczyni barbarzyńskiego klanu (bez multiklasowania). Laureatka głównej nagrody SemEval-2016 za program Ensemble do analizy podobieństwa semantycznego. Tłumaczyła m.in. George’a Martina, Chinę Mieville’a, Petera Hamiltona i Grega Egana. Nominowana do Nagrody Janusza A. Zajdla 2014 za opowiadanie „Kre(jz)olka”, zabita przez Petera Wattsa w powieści „Echopraxia”. Debiutancka powieść „Triskel: Gwardia” ukaże się niedługo nakładem wydawnictwa Uroboros.
Gatunekkryminał

Dzikie stworzenia

« 1 3 4 5 6 7 13 »

Krystyna Chodorowska

Dzikie stworzenia

Nie powiedział, że się zgadza, ale po sekundzie wahania wyrwał mi kartkę z ręki, a potem oddalił się szybkim krokiem, prawie biegiem, jakby bał się, że zacznę go gonić. Ręce i nogi kołysały mu się zabawnie, jakby urosły przez noc, a on jeszcze nie do końca nad nimi panował.
• • •
Gdybym miała samochód, byłoby o wiele łatwiej.
Ballyloughane i Blake’s Hill leżały po przeciwnych stronach miasta, więc musiałam się na coś zdecydować – wybrałam zachodnią część. Piechotą przeszłam kawałek, przez łąkę, aż nad wodę, do miejsca, skąd widać było piaszczyste łachy, ale brzeg był tutaj podmokły i nieregularny, porośnięty trawą. Nie wiedziałam, gdzie się kierować ani czego wypatrywać. Ubłociłam się po kolana, aż w końcu uznałam, że na początek lepiej byłoby się skupić na jakimś małym, ograniczonym terenie.
Popatrzyłam na zatokę i policzyłam czas do zachodu słońca.
Było poza sezonem, więc na przystani w Salthill bez większego problemu dało się wypożyczyć łódkę z silnikiem przyczepnym. Była mała i lekka, wyglądała prawie jak zabawka. Właściciel – Jim Rooney, przeczytałam na bannerze – zarabiał chyba głównie na turystach przyjeżdżających do miasta na wycieczki wędkarskie; szyld zdobiło jego własne zdjęcie z ogromnym łososiem w ręku. Był na nim uśmiechnięty, ale na żywo robił wrażenie wiecznie zasmuconego.
– Pani tak sama? – zatroskał się.
Od przystani do wyspy Mullogh było jakieś pięć kilometrów. Miałam szczęście, że pogoda zapowiadała się spokojna, inaczej faktycznie nie odważyłabym się przepłynąć taką łupinką przez zatokę. Tani dwusuwowy silnik miał najwyżej pięć koni mechanicznych, a właściciel przestrzegał, żebym uważała na odpadający kurek paliwa. Taką odległość spokojnie mogłabym przepłynąć bez żadnej pomocy, ale nie miałam ochoty chodzić po wyspie nocą, zwłaszcza boso. Przy brzegu pełno było ostrych skał i śmieci naniesionych przez wodę. Specjalnie założyłam kalosze, tam nigdy nie wiadomo, co się wbije w podeszwę.
Gdy byłam już blisko wyspy, uniosłam silnik, wskoczyłam w wodę do kolan i resztę przebrodziłam, ciągnąc za sobą łódkę. Większość kamieni na dnie nie była duża, wielkości mojej głowy, na brzegu wznosiło się trochę większych głazów. Powoli obeszłam wyspę, próbując zaglądać w różne szczeliny i zakamarki. Nie było tam nic ciekawego, setki metrów kamienistego brzegu i trochę wytarganej wiatrem trawy. Dopiero na małej piaszczystej plaży znalazłam ślad po ognisku. Eksperymentalnie trąciłam pniak butem – wszystko było stare, wystygłe i mokre.
Na całej wyspie nie było nawet najmniejszego drzewa czy krzaka, ktoś musiał więc przynieść podpałkę ze sobą. Rozpoznałam resztki spalonych opon, wokół walały się butelki i zgniecione puszki po piwie. Ewidentnie licealiści przypływali tu w bardzo konkretnym celu, chociaż niektórzy mieli też potrzeby artystyczne.
Na płaskich, szerokich głazach zobaczyłam rysunki. Pięcioramienne gwiazdy namazane czerwonym sprayem, z dwoma ramionami sięgającymi poza obręb koła, wyciągniętymi w górę. Nie jest łatwo namalować okrąg na nierównym głazie, ale miejscowi kultyści próbowali tego tak długo, aż w końcu się udało. Z ramion gwiazd spływała cienkimi strużkami farba. Przykucnęłam na ziemi. W dole, pomiędzy kamieniami, widać było zaschnięte czerwone ślady i trudno było powiedzieć, skąd się tam wzięły.
Kiedy poskrobałam paznokciem, odeszły drobnymi, rdzawymi płatkami.
• • •
Na sierżant Malone chyba nie zrobiło to większego wrażenia. Kazała mi przyjść o dziesiątej rano, więc wiedziałam, że spóźnię się do pracy przynajmniej godzinę. Miałam nadzieję, że Fergus poradzi sobie z wycieczkami; od czasu tamtej makabrycznej wystawki ruch był jakby mniejszy.
Od umówionej godziny minęło dziesięć minut, zanim wreszcie zawołano mnie do pokoju. Z początku sierżant tylko patrzyła wyczekująco, nie sięgnęła nawet po notes. Dopiero na moją wyraźną prośbę odnalazła w systemie moje poprzednie zeznanie, utworzyła nowy dokument i teraz dwoma palcami dopisywała kolejne fakty.
– Znalazła pani ślady farby na kamieniu?
– Nie wiem, co to było. Wyżej, na tych płaskich kamieniach koło ogniska, wyrysowane były jakieś rysunki, pentagramy. Niżej… nie wiem. Mogła to być farba. Ale wyglądało trochę jak…
Zawahałam się. Sierżant uniosła brwi.
– Krew. – Przełamałam się. – Wyglądało jak krew.
Kobieta zapatrzyła się w ekran, jakby się zastanawiała. Zajrzałam jej przez ramię, żeby się upewnić, że to dodała.
– Czemu pani tak uważa?
– Niektóre takie grupy używają krwi w swoich rytuałach. Składają zwierzęta w ofierze. Pomyślałam, że po tym, co się stało ostatnio w akwarium, warto by się temu przyjrzeć.
– Czy coś wskazywało na powiązania znaków na wyspie z tamtą sprawą? Albo z tą grupą młodzieży, o której pani słyszała?
– Nie – przyznałam. – Ale słyszałam, że już kiedyś na Mullogh znajdowano zabite foki. Może warto by to sprawdzić.
Nie doczekałam się odpowiedzi.
– Może chociaż warto sprawdzić, co Connall Standen i Bonnie Bez Nazwiska robili trzy dni temu wieczorem?
– Mhm.
Rozpoznałam ten ton. Nie sugerował, że funkcjonariuszka docenia moje zaangażowanie i zamierza podjąć działania w oparciu o przekazane przez mnie informacje. Oznaczał raczej, że jej przerwa na kawę zaczęła się pięć minut temu, a ona zastanawia się, dlaczego jeszcze tu stoję i próbuję z nią rozmawiać.
• • •
Fergus, pozostawiony samotnie w akwarium, poradził sobie znakomicie. Dzieci go uwielbiały, bo potrafił się śmiać i wygłupiać, ale potem zawsze bardzo poważnie odpowiadał na ich pytania. Gdy weszłam, pokazywał im aksamitne kraby, udając, że jego ręce to wielkie szczypce. Co jakiś czas zatrzaskiwał je tuż przed twarzami maluchów, które odskakiwały wtedy z piskiem i chichotem.
Nie miał mi za złe spóźnienia, a gdy opowiedziałam mu o całej sprawie, spojrzał na mnie czujnie. Myślałam, że chodzi o moje odkrycie na wyspie, ale szybko wyprowadził mnie z błędu.
– Widziałaś Fionna w porcie? – spytał.
Przytaknęłam, zanurzając rękę w wiadrze, podczas gdy dzieci z wycieczki patrzyły zachwycone, jak śledzie kłębią się wokół kolejnej porcji karmy.
– Tak. To dziwne?
Wzruszył ramionami.
– Nie. W sumie nie. Tak tylko spytałem.
– Ale po co?
Fergus nagle odwrócił się, jakby całkowicie pochłonięty karmieniem ryb. Obrócił wiadro do góry dnem i opróżnił je do akwarium, a potem ustawił się tyłem do mnie i zaczął opowiadać o cyklu życia śledzi.
– Zastanawiałem się ostatnio nad tym zbiornikiem ośmiornic – powiedział, gdy weszłam za nim na zaplecze. – Wszyscy zawsze narzekają, że trudno je wypatrzeć, więc zastanawiałem się, jak zmienić rozkład skał, żeby czuły się bezpieczne, a jednak było je choć trochę widać. Rzuć na to okiem, co? Jeśli uznasz, że to dobry pomysł, mogę to zrobić jeszcze dzisiaj.
Z ośmiornicami faktycznie był problem. Trzymaliśmy je w okrągłym walcowatym zbiorniku, tak by dało się na nie spojrzeć z każdej strony, ale one uparcie chowały się do kosza, który stał w środku, kuląc się w cieniu rzucanym przez ustawione wokół skały. Fergus bardzo się starał. Nosił kieszonkową latarkę i za każdym razem wymierzał wąziutką wiązkę światła w szczelinę pomiędzy kamieniami, przez dłuższą chwilę szperał w mroku, aż w końcu wołał z entuzjazmem: „O, tam! Widzicie? Tam jest!”. Nie byłam pewna, czy rzeczywiście dostrzega jakiś kształt w ciemności zalegającej na dnie zbiornika, czy po prostu chce to zasugerować dzieciom, żeby nie wyszły zbyt rozczarowane.
Podał mi notes otwarty na odpowiedniej stronie. Na rysunku kamienie ustawiono inaczej, pozostawiając między nimi szczeliny w regularnych odstępach, tak aby łatwiej było na chwilę wycelować tam latarką, przez większość czasu pozwalając zwierzętom zachować wrażenie, że są całkowicie niewidoczne. Wyglądało to całkiem zmyślnie, i instynktownie czułam, że Fergus ma rację, ale nie zamierzałam mu odpuścić tak łatwo.
– Czemu to dziwne, że widziałam Fionna w porcie?
– Nie powiedziałem, że to dziwne. – Wzruszył ramionami. – Po prostu nikt z nas nie wie, co on właściwie robi, jak już wyjdzie z pracy. Może opiera się o ścianę w jakiejś szopie, zamyka oczy i zostaje tak do jutra? Dobrze wiedzieć, że łazi po mieście jak każdy normalny człowiek. – Zmienił temat. – Co sądzisz o tym zbiorniku?
– Podoba mi się. A co mówił Paul?
« 1 3 4 5 6 7 13 »

Komentarze

11 II 2018   10:33:00

Jedna drobna wada całego opowiadania- praktycznie od początku wiadomo, że bohaterka to












selkie

25 II 2018   21:31:17

Trzyma w napięciu. Chce się doczytać.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.