Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 12 grudnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Grzegorz Wiśniewski
‹Wiedźmińska Opowieść Wigilijna›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułWiedźmińska Opowieść Wigilijna
OpisGrzegorz „Greg” Wiśniewski kontynuuje swój cykl Opowieści Wigilijnych (zobacz: Obca opowieść wigilijna, Tolkienowska opowieść wigilijna, Imperialna opowieść wigilijna, Matrixowa opowieść wigilijna). Tym razem na tapetę trafił… Sami-Wiecie-Kto.
Gatunekfanfiction

Wiedźmińska Opowieść Wigilijna

Grzegorz Wiśniewski
1 2 3 5 »
Ale alchemik tylko na to czekał. Zbił cios rózgi, odepchnął wiedźmina i sam przeszedł do ataku. Ciął, dźgał i uderzał jak szalony. Tak, jak umiał najlepiej - zupełnie na oślep. Był pewien swego, bo skutki takiej rąbaniny zawsze były opłakane. Dla innych.

Grzegorz Wiśniewski

Wiedźmińska Opowieść Wigilijna

Ale alchemik tylko na to czekał. Zbił cios rózgi, odepchnął wiedźmina i sam przeszedł do ataku. Ciął, dźgał i uderzał jak szalony. Tak, jak umiał najlepiej - zupełnie na oślep. Był pewien swego, bo skutki takiej rąbaniny zawsze były opłakane. Dla innych.

Grzegorz Wiśniewski
‹Wiedźmińska Opowieść Wigilijna›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułWiedźmińska Opowieść Wigilijna
OpisGrzegorz „Greg” Wiśniewski kontynuuje swój cykl Opowieści Wigilijnych (zobacz: Obca opowieść wigilijna, Tolkienowska opowieść wigilijna, Imperialna opowieść wigilijna, Matrixowa opowieść wigilijna). Tym razem na tapetę trafił… Sami-Wiecie-Kto.
Gatunekfanfiction
Drogowskaz stał krzywo, jakby przygięty lodowatą zadymką, która bezlitośnie chłostała rozstaje dróg. Prawdę mówiąc, ledwie wystawał spod śniegu, popękany i najeżony drzazgami, ale nadal zwieńczony zaśniedziałą miedzianą czapą. Deszczułki pokryte gęsto wyciętymi runami niczym płatki dziwacznego kwiatu wskazywały w cztery strony świata. Zakutany w koc, skulony w kulbace jeździec był zbyt zmarznięty, by cokolwiek dostrzec i to wierzchowiec zadecydował się zatrzymać. Brnąc po zamarzniętym śniegu dotarł pod słup i stanął. Parsknął resztkami energii, wypuszczając z pyska chmurę pary.
– Co jest, Ogródek? - rozeźlił się wiedźmin Panta, starając się nie szczękać zębami. - Czego stajesz? Jeszcze nie jesteśmy na miejscu.
Koń parsknął ponownie. Wiedźmin dostrzegł słup.
– No popatrz, jednak jest tu jakaś cywilizacja. - Przekrzywił głowę odczytując runy na jednej z deszczułek. - "W prawo pójdziesz - nie wrócisz”. No popatrz. Kroku nie można zrobić w tej przeklętej krainie, żeby człowieka nie zaczęli pouczać.
Nachylił się do drugiej deszczułki.
– „W lewo pójdziesz -  nie wrócisz”. Coraz ciekawiej. A co będzie na tej? - Panta zerknął co napisano na deszczułce wskazującej skąd przyjechał. - "Jakbym był tobą - to bym tam nie jechał”.
Koń parsknął.
– Nie, poważnie. Tak tu stoi. Jak wołowi. Znaczy, jak wół. - Panta zmrużył oczy i jeszcze raz przeczytał - "Jakbym był tobą - to bym tam nie jechał”. To co, z głodu mam tu zdechnąć?
Ponaglił konia ostrogami, objeżdżając słup z drugiej strony.
– E, nie. Wszystko jasne, Ogródek. Nie ma strachu. - Wiedźmin poklepał szyję wierzchowca. - Na ostatniej jest „Sugerowany kierunek podróżowania”.
Rozejrzał się i cmoknął na konia.
– Mówiłem ci, stary. Tutaj nie sposób się zgubić.
Ruszyli przed siebie, prosto w dół łagodnego stoku. Jechali wzdłuż szpaleru imponujących jodeł, po śniegu zamarzniętym i najwyraźniej ubitym przez sanie. Widać ostatnio musiały tędy diablo często kursować. Niewyraźny gościniec zagłębiał się dalej w las, obficie przysypany białym puchem. W rzeczy samej lasów i śniegu było tutaj do upojenia i Panta znów zaczął wątpić, czy ktokolwiek żyje w tych ostępach. Ostatecznie - kto chciałby mieszkać w tak banalnej, przesłodzonej i kiczowatej okolicy.
Ku jego zaskoczeniu ktoś tu jednak mieszkał. Panta dostrzegł, że za kolejnym zakrętem otwiera się całkiem rozległa polana. Na niej, przytulony do ściany lasu, stał drewniany dworek ze strzechą przykrytą grubą warstwą śniegu. Z komina ulatywał gęsty dym, a w zaparowanych oknach błyskały światła. Wiedźmin ponaglił Ogródka piętami, podjechali bliżej.
Dworek był solidny i całkiem rozległy. Z boku przytulała się do niego nieduża stajnia, w której nocował zaprzęg dziwnych zwierząt. Naprawdę dziwnych, zauważył Panta. Przypominały widłorogi z południa - jednak stan ich poroża dobitnie świadczył, że właściciel zwykł przemieszczać się tym zaprzęgiem od drzewa do drzewa. I nie trzeba było fachowego wozaka, by stwierdzić, że ma jeszcze sporo nauki przed sobą.
Wystarczyło jedno lekkie stuknięcie w drzwi, by ktoś je uchylił. Wiedźmin aż zachłysnął się, widząc w jasnym świetle pochodni gospodynię. Młodą kobietę, zjawiskowo wręcz piękną, o wielkich zielonych oczach w kształcie migdałów i ciemnych włosach schowanych pod fikuśną, przypominającą szlafmycę, czapką z pomponem.
– Wiedźcie, panie - zaprosiła go głosem tak melodyjnym, że odebrał to jak rozkaz.
Przestąpił próg, wciąż pożerając ją spojrzeniem. Zamknęła za nim drzwi, pozwalając podziwiać swoje gibkie ciało, odziane w szynszylowy gorsecik i wysokie, skórzane buty. Zasunęła zasuwy i odwróciła się do Panty.
– Ja… - wykrztusił wiedźmin. - Mój koń… zamarznie.
Uśmiechnęła się lekko.
– Nie możemy na to pozwolić, prawda? - mruknęła kokieteryjnie.
Panta poczuł, że w żyłach tętni mu roztopiona lawa.
– Poważnie?
– Oczywiście. - Zjawiskowa istota minęła go i ruszyła korytarzem w głąb dworku. - Gnomy się nim zajmą. Zaprowadzą do stajni i suto nakarmią.
Panta z całej siły spróbował nie czuć się zawiedziony.
– Aha. Mówimy o wierzchowcu.
Ruszył się wreszcie, przeszedł kilka kroków w jej kierunku.
– Jedno pytanie. Jak ci na imię?
Uśmiechnęła się tak promiennie, że Panta miał wrażenie, iż przyszła wiosna.
– Śnieżynka.
• • •
Siedzieli przy kominku już od godziny. Panta, półleżąc na stosie miękko wyprawionych skór, wpatrywał się w ogień. Od czasu do czasu pociągał ze szklanicy grzane wino lub przekąszał coś z jednego z suto zastawionych talerzy. Gospodarz siedział w wysokim, rzeźbionym krześle, z wysuniętymi przed siebie, skrzyżowanymi nogami. Na piersiach oparł sobie wielki kufel ciepłego piwa i gadał, gadał, gadał. Przestało to właściwie dziwić wiedźmina, podobnie jak strój gospodarza - intensywnie czerwony kostium, obrębiony bielą na rękawach, nogawkach i skraju kaptura. Zsunięty kaptur odsłaniał gęste białe loki i śnieżnobiałą, spływającą niemal do pasa brodę.
– Nie będę cię zanudzał dalszymi szczegółami - podsumował w końcu Białobrody. - Jesteś wiedźminem i pewne nadludzkie sprawy są dla ciebie jasne. Potrafisz też dużo więcej niż przeciętny człowiek.
Wstał i odstawił kufel, podchodząc do niewielkiej jodły, starannie oczyszczonej ze śniegu i przybranej kolorowymi drobiazgami. Wiedźmin musiał przyznać, że to wyjątkowo dziwaczny trend dekoracji wnętrz. Jakby nie dość mieli jodeł za oknem.
– Tak się bowiem składa, że potrzebuję pomocy wiedźmina.
– Odpłatnej? - Panta zaryzykował pytanie.
Białobrody obrócił się do niego z zaskoczeniem.
– Przecież w Kodeksie Wiedźmińskim jest napisane…
Panta kaszlnął.
– Nowelizowaliśmy niedawno.
Białobrody machnął ręką.
– Zapłacę. Stać mnie - zdecydował nawet niespecjalnie zniesmaczony. - Bylebyś pomógł mi rozwiązać pewien problem.
– Nie wyrabiasz się z dostarczaniem prezentów? - Panta odstawił szklanicę. - Nie ma sprawy. Krzepę mam. Daltonistą nie jestem. A i ten twój zaprzęg pewnie potrafię lepiej poprowadzić. Możesz na mnie liczyć.
Białobrody uśmiechnął się pod nosem.
– Prezenty to nie problem - mruknął do siebie, stając obok kominka i z uśmiechem śledząc płomienie. - To najprzyjemniejsza część. Czysta radość. Zaskoczenie. Niedowierzanie własnemu szczęściu. Dziecięce śmiechy. Okrzyki radości. Ciepło domowego ogniska… - Pokręcił głową - Nie, nie. Prezenty to żaden problem, nawet kiedy trzeba pędzić na złamanie karku z miejsca na miejsce…
– O co zatem chodzi?
Białobrody splótł dłonie i strzelił kostkami palców.
– O rózgi - rzekł krótko. - Rózgi to problem. - Wrócił na swoje krzesło i sięgnął po kufel. - W tych czasach jest ich do rozdania coraz więcej. Praktyka robi swoje. Z jednym, czy drugim przypadkiem można dać sobie radę. Jedną rózgę, dwie, nawet cały pęczek - jakoś to leci. - Upił nieco z kufla. -  W masie oczywiście to męczy. Nuży do granic. Pomaga trochę jak się sprawę odpowiednio zorganizuje… trochę lateksu… mały bondage… ale odbiegam od tematu.
Pociągnął z kufla potężny łyk, otarł usta mankietem i zasępił się.
– Są jednak przypadki wyjątkowe. Takie, co potrafią odstręczyć na samą myśl - powiedział cicho. - Nie przysparzają ni radości, ni zadowolenia. Jedynie beznadziejnego znoju, bez szans na lepsze widoki - nagle przeszedł do nerwowego falsetu -  A jednocześnie grożą konsekwencjami daleko gorszymi niż śmierć.
Panta milczał wyczekująco.
– Nic więc chyba w tym dziwnego - Białobrody rzucił ze złością, - że czasami wrzuca się takie przypadki do szuflady i zapomina. Same się jakoś zapodziewają. Znikają. Przestają istnieć.
Kolejny łyk piwa. Panta miał wrażenie, że broda zafalowała z powodu ciężko pracującej grdyki.
– A jak uczy nas przysłowie - Białobrody zaczął recytować niczym magiczną formułkę - rzeczy zostawione samym sobie zmieniają się ze złych na gorsze.
Niespodziewanie Śnieżynka wpłynęła do pokoju i zatrzymała się na grubym dywanie tuż obok Panty. Nim wiedźmin, czy Białobrody zdążyli wykrztusić jakiekolwiek pytanie, piękność sięgnęła do haftek gorseciku i zrzuciła go na podłogę. Potem zgrabnie zzuła buty i zupełnie naga, zaróżowiona ze wstydu, stanęła przed Pantą, pokazując, jak hojna była wobec niej natura.
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Z tego cyklu

Tolkienowska opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Obca opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Matriksowa Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Imperialna Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Pies, czyli kot
— Grzegorz Wiśniewski

Dobrzy, źli ludzie
— Grzegorz Wiśniewski

Płomień Tiergarten
— Grzegorz Wiśniewski

Mój brat, Kain
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.